NOWE TRZY PRAWDY


Cóż, każdemu chyba zdarzyło się wdepnąć w gówno. Nie jestem tu więc wyjątkiem. Tyle tylko, że gówno, w które właśnie wdepnąłem, zdecydowanie nie było pochodzenia psiego i nie zdobiło żadnego trawnika.
Tak, chodzi mi o "Trzy prawdy". Art, za który posypały się na mnie gromy, oraz trochę ciekawych epitetów. Oficjalne polemiki też były, w liczbie trzech jak na razie (stan z AM#37), autorstwa dżeja, prof. Ogóra$a i Sonica. Jako że przeprowadzone przez Qn'ika actionmagowe reformy uniemożliwiają mi odpowiedź bezpośrednimi konktr-polemikami, potraktowałem sprawę zbiorczo.

[Eddie: W końcu ktoś potraktował to poważnie, jak miło. Chłopie, ja Cie normalnie chyba ozłoce! ;) ]

Ale może, zanim przejdziemy do sedna, jeszcze po słówku do poszczególnych actionmagowych adwersarzy. Nie mogę się powstrzymać od małej prywaty...
A więc, na początek i zgodnie z abecadłem, Dżej. Rzekomo ośmieszyłeś mnie Twoją polemiką. Doceniam dobre chęci, i, aby nie robić Ci przykrości, publicznie zapewniam, że czuję się ośmieszony.
Prof. Ogóra$. Dla Ciebie mam jedynie oznaki szacunku i pozdrowienia - pokazałeś, że z "Trzema prawdami" można polemizować spokojnie, w sposób przemyślany i nie kompromitując się przy tym.
Sonic. Chciałbym zwrócić Ci uwagę, że Twoje utyskiwania na poziom mojego tekstu (Nie będę się już odnosił do samego poziomu tekstu, w którym Axel pisze coś o galaretach w głowie czy iście poetycznym "najpierw było nic potem wybuch i stało się coś") nabierają nowego wydźwięku w świetle Twych późniejszych, skrupulatnych wyliczeń, jakiej długości (w metrach... kwadratowych!) miałaby być arka Noego. Prosiłbym też o dokładne cytowanie mojego arta; w oryginale był znacznie bardziej poetycki. A tak poza tym, to na przyszłość nie pisz może nic o poczuciu humoru, skoroś go ewidentnie pozbawion...
No i jeszcze jedno, co mnie omal nie zabiło: prawa autorskie - takie na niby, żebyś się nie czepiał - przysługują Pasibrzuchowi za zwrot o "niepoprawnych kreacjonistach", mój ty bystrzaku.

Dobra. Teraz najważniejsze, czyli Nowe Trzy Prawdy. Mniejszego są może kalibru od poprzednich, i jakby bardziej hermetyczne, ale mają być jeno tamtych Trzech Prawd uzupełnieniem. A i ich adresaci są nieco inni - tym razem nie myślę o ogóle ateistów, a o tych jednostkach, które wzięły się, czy to na forum Action Maga, czy via e-mail, za prostowanie moich poglądów.
Co nie znaczy, że nie zapraszam do lektury wszystkich, których takowe, prawdziwe, interesują.

1. NIE JESTEM KATOLIKIEM. Nie wiem, czemu wszyscy robią ze mnie katolika. Czy ja gdzieś, do - za przeproszeniem szanownej gawiedzi - jasnej k***y wędrowniczki napisałem, że jestem katolikiem? Nie przypominam sobie. Wręcz przeciwnie (patrz "Religia - wiara - Bóg", art zamieszczony miesiąc po "Trzech prawdach"). Więc co? Pismo automatyczne? Po pijaku nic nigdy nie napisałem, jako że jeszcze ani razu w życiu nie byłem pijany, więc ta możliwość też odpada. Praktycznie każdy, z chlubnym wyjątkiem prof. Ogóra$a, polemizował z "Trzema prawdami" jako z tekstem napisanym przez katolika. Sonic marudził, że Kościół zapodział gdzieś Arkę Przymierza (pomijam fakt, że gdy takowa się zapodziała, o Kościele nikt jeszcze nie słyszał), Dżej tłumaczył mi, że wierzę w to, w co wierzę, bo Kościół mi tak każe. Szkoda, że nikt nie potraktował mnie jako muzułmanina, buddystę albo animalistę. Byłoby jeszcze zabawniej.

2. NIE MAM ABSOLUTNIE NIC DO EWOLUCJI. Najczęstszym po religijnym fanatyźmie, i równie absurdalnym zarzutem, jaki padał pod moim adresem, jest jakobym negował ewolucję. Pokażcie mi, kochani ateiści, w którym to miejscu się takiego negowania dopuściłem. Szukałem, szukałem, ale nie znalazłem w jakimkolwiek moim arcie ani słowa, którym poddawałbym teorię ewolucji w wątpliwość. Ciekawe czemu... Może dlatego, że w nią wierzę?
Uważam jedynie, że sam fakt istnienia ewolucji absolutnie nie jest równoznaczny z nieistnieniem Boga. Nie widzę powodu, dla którego nie możnaby posadzić za ewolucyjną kierownicą Boga właśnie. Zastanów się, Axel (nikt inny niech się nie zastanawia, a już broń Boże żaden ateista; myślę na głos). Czemuż to wielkie wymierania, jakich kilka oglądała nasza planeta, brały swój początek hen, daleko, w kosmosie? We wrzechświecie lata wszelkiego skalnego śmiecia od cholery, to prawda. Ale szanse, aby jakikolwiek odpowiednich wymiarów asteroid obrał kurs kolizyjny z Ziemią są bardzo niewielkie (nie pamiętam w tej chwili, ale po przecinku było naprawdę sporo zer). O kolizję więc strasznie trudno, chyba, żeby czyjś wielki palec zrobił pstryk! i posłał kamyk na Ziemię... W celu dokonania na przykład małej korekty osiągnięć ewolucji...

3. ANI DO NAUKI OGÓŁEM. Jak to się dzieje, że niemal wszyscy wmawiają mi wyparcie się nauki? Czyżby przeciętny ateista, słysząc o Bogu, automatycznie przestawiał się na jednotorowe myślenie? "Wierzy w Boga - znaczy się, odrzuca naukę. Przełączmy blastery na dezintegrację i do boju, na pohybel ciemnogrodowi!"?
Przecież jedno wcale nie wyklucza drugiego! Wiara w Boga nie jest alternatywą dla wiary w naukę. Obydwie te wiary można swobodnie połączyć... Czego jestem żywym przykładem. Przecież nikt nie będzie na serio twierdził, że wszyscy ludzie są potomkami Adama i Ewy, a cała dzisiejsza fauna istnieje tylko dzięki Noemu, który pozabierał po parce zwierząt na swoją arkę. Śmiać mi się chce z ateistów pokroju Sonica czy dżeja, którzy dosłownie interpretując Pismo Święte dochodzą do wniosku, że przedstawione tam wyderzania raczej nie mogły naprawdę mieć miejsca, i odrzucają Boga jako stojącego za tymi "kłamstwami".
A z bezgranicznym zaufaniem nauce też bym uważał - ludzie, naukowcy nie są w tej chwili w stanie określić, w jaki sposób powstały wzgórza morenowe (na dzień dzisiejszy istnieje blisko 40 teorii!), nie mogą doliczyć się, ile w końcu było tych zlodowaceń (spora rozbieżność - od czterech do dziesięciu), nie znają dokładnej genezy jezior przybrzeżnych (czy to mierzeje zamknęły zatoki, czy też może morska woda przesiąkała do położonych blisko brzegu zagłębień?)... A mieliby dokładnie wiedzieć, jak powstała Ziemia? Jest to wiedza na "prawdopodobnie", oparta na komputerowych symulacjach, które bywają bardzo zawodne. Przykład? Efekt cieplarniany. Całe obliczenia szlag trafił, bo, jak się okazało, komputery nie uwzględniły wpływu chmur na niwelowanie "efektu szklarni".
Nie będzie przesadą, jeśli stwierdzę, że w kwestiach będących przedmiotami sporu naukowe tłumaczenia są przekonywujące dokładnie tak samo, jak te tłumaczące je istnieniem Boga. Przekonywują dokładnie na tyle, na ile się w nie wierzy.
Jeśli jednak połączymy obie możliwości, nałożymy na siebie to, co widzi naukowiec z tym, co widzi teolog, wszystko stanie się jakby spójniejsze.

I to tyle, jak o głoszenie prawd chodzi.

Chociaż nie, mam jeszcze w zanadrzu bonusowe mini-prawdy:

a) Nic nikomu nie wpajam. "Trzy prawdy" miały jedynie skłonić do przemyślenia kilku spraw.
b) Nie twierdzę, jakobym na pewno miał rację. Bardzo możliwe, że się mylę. Ale na tym świecie się o tym raczej nie przekonam. Możliwe, że na tamtym też nie, jeśli jednak nie istnieje.
c) Nie lansuję się, broń Boże, na drugiego Pasibrzucha. Co nie wymaga szerszego komentarza.

W gruncie rzeczy to już koniec. Chciałbym jeszcze jedynie przeprosić wszystkich rozczarowanych, że oto zabawa się kończy. Jak bowiem widzicie, nie zamierzam zagłębiać się w polemikę. Raz dlatego, że po Qn'ikowych reformach temat (nie)istnienia Boga zostaje w Action Magu zamknięty [Eddie: O ja bardzo przepraszam, ta reforma jest mojego autorstwa! ], dwa dlatego, że dalsza wymiana ciosów jest całkowicie pozbawiona sensu. Ani ja nie przekonam nikogo, kto przekonanym być nie chce, ani ja się raczej nie skłonię ku ateizmowi. Żadna ze stron nie byłaby w stanie zamknąć dyskusji naprawdę konretnym argumentem, polemika szybko zamieniłaby w przysłowiowe - za przeproszeniem szanownej gawiedzi - pieprzenie kotka za pomocą młotka. Już tak się zresztą dzieje; sami widzieliście, jak te polemiki ateistów, poza może Ogóra$ową, wyglądają. Zaślepienie, jeżenie kolców i pyskówka. Wybaczcie, ale jako karateka z czteroletnim stażem nie zamierzam walczyć w zwarciu.
Nie czuję się przegranym; po prostu w odpowiednim momencie mówię: pas.

Widocznie tak musi być. Muszą być ateiści, i ludzie wierzący w Boga. Czerń i biel, yin i yang.

Axel Prubaj Hoolaynoga

P.S. Językowych purystów przepraszam za kurwę wędrowniczkę. Chciałbym jedynie zaznaczyć, że stoi ona tam, gdzie stoi z powodu mojego skrajnego poirytowania ewidentnym brakiem rozumienia słowa pisanego u co niektórych. Co niektórzy owi mogą być z siebie naprawdę dumni, bowiem usilnie robiąc ze mnie katolicką babcię-dewotkę udało im się wywołać u mnie, zadeklarowanego pacyfisty, chęć działań zaczepnych z potężnym mawashi-geri jodan w roli głównej.

[Eddie: A ode mnie następnym razem dostaniesz dwimyo nopi bandae dollyo chagi za takie wyrażenia, zrozumiano? :) ]

P.P.S. Tak, post scriptum numer dwa. Post post scriputm, proszę Gordona Freemana. Nie piszę listu do cioci, tylko art do AM, więc mogę stawiać tyle peesów, ile mi się podoba. To znaczy umiar zachować trzeba, żeby się cenzorom nie narażać. A więc pozdrawiam Advocate'a (wpadnijcie na jego stronkę; proszę cenzorów o niekasowanie tej reklamy, jestem coś chłopakowi winien) [Eddie: To mu piwo postaw następnym razem, a nie będziesz tu... takie... no :) ], Manwego, Overbrzucha, Żyletę, Antipopa, Faramira, Slavika i pewnych dwóch zakręconych Ślązaków. Oraz Anię.