Nadzieja


Słońce wędrowało po nieboskłonie ku najwyższemu punktowi, by powiadomić ludność o południu. Niebo było prawie bezchmurne, czyste, miejscami pięknie niebieskie. Na tym pięknym tle szybowało różnego rodzaju ptactwo, ciekawie spoglądające w dół, w miejsce, w którym stała gromadka ludzi, ciągle się powiększająca, o nowe twarze, bo zewsząd zbiegali się coraz bardziej ciekawscy. Na dziedzińcu postawiono podest, na którym ktoś wcześniej ustawił pień starego drzewa, naznaczony licznymi śladami, zapewne powstałymi na skutek uderzeń ostrym przedmiotem. Gdzieś z bocznej części dziedzińca, dało się słyszeć pokrzykiwania, czyjeś rozmowy, przekleństwa. Stamtąd właśnie nadchodziła grupa kilkudziesięciu ludzi. Kiedy znaleźli się już przy podeście, z grona ich wyszło dwóch osobników, którzy trzymali jakiegoś młodzieńca, niższego i zapewne o wiele lżejszego, od strażników. Podeszli z nim do pnia, kazali mu klęknąć, zapytali, czy związać mu oczy, odpowiedział, że nie. Ręce miał skute, nogi też, tyle że łańcuchem umożliwiającym poruszanie. Ukląkł, jak mu kazano, głowa jego spoczywała na pniu, czuł zapach drewna, który przypominał mu o spacerach z ukochaną, po lesie, niedaleko rzeczki, przy której to przesiadywali większość zachodów słońca, ale to było, minęło bezpowrotnie. Ze wspomnień obudziło go zgniłe jabłko, które bezpardonowo roztrzaskało się na jego twarzy, nie mógł nic zrobić, nic, musiał to przecierpieć, chociaż i tak już wiele wycierpiał w życiu, tylko, że nie był to ból fizyczny. W ślad za jabłkiem, poleciały gruszki, jajka, pomidory, a nawet kamienie. Po twarzy zaczęły spływać strużki krwi, jedna płynęła dosyć długo, zaczynając wędrówkę po twarzy, od brwi, płynęła, jakby po jakimś torze, pewnie zmierzając do celu. Tym torem mogło być korytko, choć niewidoczne, powstałe podczas rajdu łez, który w ostatnich tygodniach dość często torował sobie drogę po jego policzkach. Strużka już miała spłynąć na podbródek, kiedy wycieczkę przerwał kamień, trafiający w okolice ust, strużka się rozprysła, krople krwi, na tle pięknego nieba, tańczyły z wiatrem, by bezdźwięcznie spaść na deski podestu, wsiąkając w szczeliny, zostawiając znikomy ślad po młodzieńcu. On, z głową ułożoną na pniu, starał się o tym nie myśleć, chociaż wiedział, że to tylko początek jego drogi ku spokojowi. W jego głowie zaczęła rodzić się nadzieja, nadzieja na to, że kat, który miał się zjawić, otwierając Bramy Spokoju, nie zdąży na czas, a on będzie się mógł cieszyć życiem, choćby jeden dzień dłużej. Lecz on się bał nadziei, bał się jej, bo miał ją, kiedy spacerując po lesie, myślał, że dobrze mu się ułoży z wybranką serca. Zawsze, kiedy ją widywał, kiedy się z nią spotykał, rozmawiał, w sercu jego rosło drzewko, zwane Nadzieją. Zawsze chciał, aby to drzewko, urosło kiedyś do rozmiarów drzewa Miłości, pod którym to będzie mogła przesiadywać jego ukochana, nie opuszczając jego serca. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie jedno słowo: "NIE". Słowo to, niesione wiatrem, wdarło się do wnętrza, do serca, szalało na fali wiatru, siało pustkę wokół siebie, aż dotarło do drzewa, które już było dosyć mocno zakorzenione w sercu, wiatr długo szalał, drzewo stawiało opór, ale i tak uległo, zostało złamane, nadzieja cała poszła na marne, okazała się nic nie warta, była tylko po to, by dawać człowiekowi szczęście, a raczej uczucie szczęścia, by po jakimś czasie odwrócić się od niego, zostawiając go samego. Bardzo żałował później, że drzewo to zostało "tylko" złamane, bo korzenie tak i tak pozostawały. Właśnie teraz, w momencie, kiedy czekał na przeznaczenie, wydawało mu się, że drzewko Nadziei, znowu powraca do życia, już zaczęły kwitnąć pączki nadziei, nadziei, która przemykała po jego głowie, mówiąc, że kat nie nadejdzie, że może być spokojny, właśnie tego się bał, bał się, że znowu rozpęta się szaleńczy wiatr, który zniszczy nowo powstałe drzewko. Ale mimo tego, uwierzył w nadzieję, uwierzył w to, że raz jeszcze będzie mógł popatrzeć na księżyc i powspominać.

Z oddali słychać było turkot kół, które co jakiś czas wpadały w różnej wielkości dziury na brukowanej jezdni. Końskie kopyta bez skrupułów uderzały o zniszczoną już jezdnię, wydając dźwięczny, metaliczny odgłos. Głowy gapiów, jak na komendę, odwróciły się w stronę słyszanych odgłosów. Tak, był to wóz, wóz, którym jechał kat, młodzieniec o tym nie wiedział, ponieważ był zwrócony w przeciwną stronę. Po chwili cały harmider ucichł, teraz dało się słyszeć tylko pojedyncze uderzenia o drogę, które wydobywały się spod twardej podeszwy katowskich butów...

W gęstwinie traw, leżał mężczyzna, w sercu jego tkwiła strzała a na koszuli, brudnej i spoconej, widniały ślady krwi, które to niechybnie dawały znak, że strzała trafiła w dobre miejsce. Człowiek ten leżał samotnie, w pobliżu nie było widać nikogo, kto mógłby mu pomóc. Wiedział, że to są jego ostanie chwile, jeśli można to nazywać chwilami, bo leżał już dosyć długo, a cierpienie i ból miast maleć, narastały coraz mocniej, przypominając konającemu, że będzie umierał w cierpieniu. Ciągle się zastanawiał dlaczego? Ale odpowiedzi nigdzie nie mógł znaleźć, szukał jej w pokładach swej pamięci, ale niczym na tonącym statku, zostały one zalane bólem, nie mógł dostać się do Księgi Wspomnień, nie mógł sobie odpowiedzieć na to pytanie, dlaczego właśnie on. Słońce już zachodziło, niebo na horyzoncie, nabierało barwę krwi, pomyślał sobie, że to jakiś znak, że w tym momencie, nie tylko on odejdzie do Krainy Spokoju, ale jeszcze kto inny, inne osoby, które tak jak on, cierpią, po to tylko, żeby znaleźć schronienie pod płaszczem spokoju...

Kat wszedł po drewnianych stopniach na podest, stał chwilę, przyglądał się młodzieńcowi, któremu to miał dziś otworzyć Bramy Spokoju, ponieważ uznano, że zabił swoją ukochaną osobę, bo nie chciała z nim być, ale młodzieniec wiedział, że to nie tak, że on nie zabił jej, ponieważ za bardzo ją kochał by mógł to zrobić, wiedział, że ona popełniła samobójstwo, kiedy to powiedziała "nie", bo jej ojciec zakazał jej widywać się z młodym chłopakiem. W ręku kata błysnął, dopiero co ostrzony, topór, kat zapytał, czy na pewno młodzieniec nie chce, by związano mu oczy, chłopak jakby tego nie dosłyszał, ale po chwili zorientował się, że tuż obok niego stoi kat. Po twarzy, po której to jeszcze spływała krew, nagle zaczęły spływać łzy, już nie miał na tyle sił, by stawić czoła przeznaczeniu, wiedział, że nadzieja ponownie zawiodła, że on był jej zabawką. Ponownie usłyszał słowa kata, odpowiedział tak jak wcześniej: "nie". Kat przeżegnał się, stał jeszcze chwilę, w myślach modlił się za tego chłopaka, modlił się za jego duszę, która zaraz po uderzeniu, umknie ku niebu... Słońce, krwawo rozlewając się po niebie, dochodziło już do horyzontu. Ostatnie promienie słońca powędrowały ku ostrzu topora, który dumnie je odbijał. Topór został uniesiony, powyżej głowy kata, po ostrzu ześliznął się mały promyczek słońca, który po chwili znikł. Ludzie, stojący wokół podestu, patrzyli ciekawie, niektóre kobiety nawet zaczęły płakać, inni się odwracali, nie chcąc patrzeć na to, co miało już za chwilę nastąpić, jeszcze inni wybiegali spośród tłumu. Młodzieniec widział, jak niektórzy odchodzą, nie chcąc patrzeć na to straszne "widowisko", pomyślał jeszcze chwilkę o ukochanej, kąciki ust nieco się podniosły, dając świadectwo lekkiego uśmiechu, który przemknął po twarzy, wywołany myślą, o spotkaniu, które się zbliżało, o spotkaniu z wybranką, jeszcze chwilkę się uśmiechał, po czym uśmiech znikł na zawsze. Słychać było lekki trzask, zapewne łamanej szyi, głowa jakby chwilę wirowała w powietrzu, by z głuchym, pustym dźwiękiem, wylądować w koszu, podstawionym tuż obok pnia. Uwolnione krople krwi tańczyły na tle krwawego nieba, miejscami nie można było odróżnić krwi od nieba, krople poleciały we wszystkich kierunkach, również na czarny strój kata, na deski, na ludzi. Ciało osunęło się na podest, widok nie był przyjemny, ludzi zaczęli się rozchodzić, niektórzy nie kryli się teraz z płaczem, płakali, głośno pokrzykując, dlaczego to się stało, że to było straszne, szczególnie dla jego rodziny, ale kat wiedział, że to nie jest takie straszne, bo teraz młodzieniec będzie mógł przebywać ze swoją ukochaną w nieskończoność...

Słońce zaszło całkowicie, na niebie zaczęły migotać gwiazdy, jakby rozmawiając między sobą, o tym, co dziś się wydarzyło. Ciemność przykryła martwego mężczyznę ze strzałą, która dumnie wbita w serce, przypominała o długiej śmierci tego człowieka. Zwłoki młodzieńca spoczywały już w ciemnym dole, przysypywane ziemią...

Po czarnym niebie, bezgłośnie mknęły dwa ptak, które, między sobą rozmawiały o miłości. Mówiły o tym, że ludzie, w obliczu miłości, chcieliby znajdować się w sytuacji, w jakiej znalazł się młodzieniec, czyli w sytuacji jasnej, który mimo tego, iż miał nadzieję, szybko stracił życie, bezboleśnie, bo żaden człowiek nie chciałby stać przed miłością, będąc w sytuacji mężczyzny ze strzałą w sercu, ponieważ on ciągle cierpiał, a i tak zmarł, choć o wiele więcej wycierpiał. Ptaki rozmawiały jeszcze o tym, że ludzie nie powinni sobie nawzajem robić płonnych nadziei, bo lepiej jest ponieść klęskę w miłości od katowskiego topora niż od strzały, napełnionej cierpieniem, która prowadzi, tak jak topór, do śmierci, ale przez bardziej krętą i długą drogę...
 
 

Zwariowany, ale oddany - eSiu