Jak tam popylają godziny kolejnego dnia?
Nawet nie wiesz, jak mnie wkurża całe to łażenie za internetem, ale wciąż nie
mam własnej szkatuły z siecią. Ale spoko, już niedługo, więc odliczajmy godziny,
minuty i dni.
W każdym razie wiem jedno
- jest dół. Z głośników sączy się ten pierdolony Myslovitz, a ja nie mogę go
wyłączyć, bo też i nie chcę. Wiesz, ludzie przychodzą i odchodzą, ale kurwa
dlaczego tak masowo? Brakuje mi wielu rzeczy w tym momencie. Brakuje mi dawnego
Giętkiego, zanim zaczął chlać, brakuje mi mojej studentki od angola... Zaczyna
brakować mi nawet ojca, choć nie widziałem go już od sześciu lat, a od czterech
nie potrafię płakać. Heh, stary wzbudza we mnie dziwne uczucia. Z jednej strony
teraz nie jest mi już potrzebny - wyszedłem z wieku, w którym chłopcom potrzebni
są mężczyźni. Jeżeli można go nazwać mężczyzną. W każdym razie naokoło jest
tylko Myslovitz. Nie w spokoju i nie w dzień, nie chcę łatwo i nie za sto lat...
Nie bez bólu, nie chcę w domu, nie szczęśliwie i wśród bliskich...
Może i
jestem miękki, ale naprawdę czasem wszystko mnie przerasta.
Wygląda to na ostatni list, ale spoko,
to nie takie klimaty jeszcze. Boże, nadchodzi najgorsze - nie oglądaj moich
zdjęć... Ale spoko - trzeba przetrwać. Powiedz mi, dlaczego tak jest? Nie pytaj
co, ale dlaczego to coś jest? Nie wiem co, ale po kiego to jest? Dlaczego ja to
mam w duszy? Czy to jest wina jakichś ludzi, środowiska, moja własna... Nie wiem
co to jest, ale jest i mnie wkurwia. Możliwe, że czyni mnie kimś innym, może
lepszym, może gorszym, może daje czasem siłę, pozwala biec mimo bólu, ale po
chuj mi takie coś?
Czasem wydaje mi się,
że jestem bardzo nieszczęśliwy. Wiem, jak znaleźć szczęście, wiem, co by mnie
uleczyło, ale na to trzeba czekać jeszcze wiele lat, może zbyt wiele. Gra toczy
się o to, żeby wytrzymać, żeby przedwcześnie, przez zwykłą niecierpliwość nie
skończyć. Kurwa, chcę stąd zwiać i znowu czuć ten rytm. Chciałbym sam nie wiem
czego. Dlaczego jest tak mało ludzi na tym świecie? Dlaczego niemal nikt mnie
nie rozumie? Dlaczego nie ma wolności ? Czemu nie można żyć jak się chce?
Dlaczego nie mogę tak wielu rzeczy? Kurwa, i czemu się tylu innych boję chociaż
nie jest to nic wielkiego. Nie wiem, pewnie tacy są ludzie.
Pewnie są już tacy, że muszą zdeptać
każdego, kto jest inny albo zmienić go w coś podobnego im samym. Moja prawdziwa
autobiografia to kupa gówna, z którego nie ma wyjścia jeżeli tu pozostaniesz.
Wiesz o czym czasem marzę? O spokoju i wolności. Spokój = przyjście do domku po
ciężkim dniu, siąście sobie w fotelu, pogadanie z kimś bliskim, posłuchanie,
poczytanie, pooglądanie, pisanie romantycznych bzdur i takie tam marzenia
każdego wstrętnego intektualisty. Wolność = wpuszczanie do domu matki Nocy,
pójście nad morze, zwykłe szczęście płynące z możności robienia rzeczy dziwnych,
jak puszczanie piosenek w środku nocy, otwieranie okien i wyłażenie na dwór,
żeby spojrzeć w to zafajdane, rozgwieżdżone niebo. Niby proste rzeczy, ale
spróbuj je osiągnąć.
Czasem zastanawiam
się, jak wygląda życie takiego Marczuka, czy Mellera albo innej łajzy życiowej.
Czy oni myślą o sobie tak jak ja o nich? Czy wiedzą, że tracą życie na bzdurach,
że są idiotami i nie próbują tego zmienić? Ale z drugiej strony, czy oni czasem
nie są naprawdę wolni? Czy to właśnie oni nie są czasem lepsi? Wiem, że nie, ale
pospekulować miła rzecz. Czasem chciałbym mieć dzieciaka, żeby mu coś przekazać.
Wszystko to, o czym teraz myślę. Obawiam się, że kiedyś będę kimś innym i będę
uczył bachora tego, co wszyscy ojcowie uczą dzieci. Wiesz, jazdy na rowerku,
grania w piłkę, karty, te pierdolone bzdury, na których widok mamusiom kręci się
łezka w oku. Nie chcę tak. Jeżeli by tak było i tak nie zapomniałbym o sobie z
teraz. Zawsze będę takim pokurwionym kolesiem, ale rzadziej i może to umknąć
otoczeniu, w domyśle temu wyimaginowanemu dzieciakowi. A może nie będę? Gdzieś
tam też może mi się w życiu udać i będę typem w garniaku za kilka tysiaków, a
jawkami będę rzucał grajkom na dworcu. Może mi się kurwa udać i będę miał kupę
forsy, zajebistą dupę za żonę, plastikowy dom i muzykę z najnowszych list
przebojów. Nie chcę żeby mi się udało. Ale musi mi się udać, żeby mieć wolność i
spokój. Pierdolony paradoks. Nazwijmy to prawem paradoksu Słoneczka i idźmy
dalej. Mam nadzieję, ze jeszcze jakoś to znosisz? Heh.
A teraz sformułujmy zasadę Acidlandu. Przyjmijmy umowę, że pan x ma wszystko. W każdej minucie swojego życia pragnie jednak tego jednego gówna, którego nie ma. W książkach i filmach pan x próbuje to zdobyć, traci wszystko co ma, zdobywa skarb, okazuje się on być poniemieckim pociskiem, który urywa panu x ręce i nogi i takie małe coś, czym mógł podnosić statystyki urodzeniowe, ale pan x jest zajebiście szczęśliwym facetem, bo podczas kurewskich poszukiwań znalazł miłość, wolność i ogólny peace. THE END. HAPPY END. Ale tak na serio - gówno prawda. Przecież on nie ma nóg, rąk i nawet jeżeli ma miłość, wolność i peace to co z tym robi? No kurwa nic.
Dlatego też poruszając się dalej w środowisku fizyki molekularno - jądrowej prostego życia wysuńmy przypuszczenie wróbla z dachówką: Moje rozumowanie przebiega tak - przysłowia mądrością narodu, więc sięgnijmy po pierwsze z brzegu. Np. lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu. Z wzoru:
wróbel
gołąb
-------
= ------
garść
dach
Mamy wróbla w garści, ale nasze aspiracje są większe, więc chcemy wejść na daszek po gołąbka, bo jest tłusty, ładny i w ogóle - symbol pokoju, więc niby dlaczego nie można go zajebać i do gara? Dach jest wysoki, śliski, można z niego spaść i zbić sobie Nogę. Więc jako władcy Matrixu mnożymy wszystko obustronnie przez ten chrzaniony dach.
wróbel
gołąb
-
------- = ------- /
x dach
garść
dach
W ten sposób lądujemy na dachu, bo wróbel z naszą garścią jak wynika ze wzoru, właśnie tam ląduje, a my jesteśmy mocno przywiązani do tej garści. Spoko jesteśmy na dachu, ale coś tu nie gra. Pomnożyliśmy wszystko przez dach, więc ten pierdolony dach zniknął spod gołębia (drugi ułamek w proporcji <gołąb przez dach>) i teraz ptak jest na ziemi. Z wróblem w garści zaczajamy się na krawędzi dachu i pragniemy na gołębia skoczyć, wbić go w ziemię, oskubać i w budyń go. Ale jak spadniemy to się połamiemy, więc będzie mały zonk, bo z bezwładnej dłoni ucieknie wróbel, a chrupot kostek wystraszy gołębia. W ten sposób stracimy wszystko, bo jeszcze żury przyjdą, dadzą kilka kopków, komóreczkę, zegareczek i kalkulatorek zabiorą i cała fizyka w chusteczkę się kochać poszła. To jest właśnie przypuszczenie gołębia z dachówką. Sam to wymyśliłem. Potwierdza to, że powinno się zadawalać tym, co jest, a nie dążyć do czegoś więcej. Jednak przeczy to zasadzie Acidlandu. Zostawmy bowiem na razie prawo paradoksu Słoneczka. Przeczy, bo przecież ten chrzaniony pan x spierdalając się z dachu znalazł miłość, wolność i ogólny peace. A jeżeli byłby to pan niewazne, ew.szotkiefka, ew.eleib, ew.wstrętny intektualista romantyk, ew.Homek Toft, ew.gnojek albo Słoneczko to kto wie, czy któremuś nie udało by się wyciągnąć więcej z tej wolności , miłości i peacu. I kto wie, czy wszyscy oni straciliby nogi, ręce i zewnętrzne narządy rodne spadając z tego dachu albo dostając poniemieckim pociskiem? Może taki na przykład Homek, by kurwa przeżył nienaruszony i by miał życie w ręku? Miałby fajną, ładną, inteligentą żonę, dzieciaka, domek, pieniądze na przeżycie godne no i oczywiście miłość, wolność i peace.
No i tak doszliśmy do paradoksu Słoneczka. Nie chcę żeby mi się udało w stylu pana x, ale w stylu Homka, why not? Dobra, koniec, bo to staje się zbyt logiczne i ktoś jeszcze pomyśli, że jestem mądry jakiś albo co. W każdym razie sobie to przemyśl, bo to na serio ma sens, tylko żebyś poważnie podeszła do problemu. Możesz to pokazać tym swoim kolegom różnym, może oni mi pomogą. Niech piszą esemki albo mejle na adresik mailowy. Dzięki za wysłuchanie.
PS. To naprawdę ma sens.