|
|
|
Artykuł
dosyć lekki i ciekawy, myślę, że przeczytacie z przyjemnością i troszkę
się pośmiejecie. Opisana tu historia zdarzyła się naprawdę, około rok temu,
a jej głównym bohaterem jestem ja, człowiek, który ma luźne ścięgna, jak
to lekarz określił i przez to rzepka kolanowa w lewej nodze czasem zmienia
swoje miejsce położenia. Tekst ten dedykuję pani odbierającej telefony
w pogotowiu, która to przyjęła zgłoszenie o moim wypadku.
Najpierw troszkę poopowiadam o moich wcześniejszych przeżyciach związanych z polską służbą zdrowia. W szpitalu na dłuższy czas byłem trzy razy: dwa razy, kiedy byłem mały i niewiele z tego pamiętam, zresztą i tak bym nic w tej kwestii nie powiedział, bo zwyczajnie nie mam ochoty, a ten trzeci raz był jakieś 4 lata temu, kiedy to miałem ciężkie zapalenie zatok. Było koszmarnie, znaczy się opieka lekarska OK, ale jedzenie było takie, że gdyby mama mnie nie dokarmiała to bym chyba z tego szpitala wyjechał a nie wyszedł. Nie śmiać się, ja wcale nie jem tak dużo, zresztą nie jestem gruby, po prostu jedzenie było co najmniej marne. Wtedy po raz pierwszy dowiedziałem się, co to znaczy zwalać się z nóg z głodu. Żeby było śmieszniej był to szpital specjalistyczny, a po takim można by oczekiwać dość wysokich (jak na polskie warunki, jak ja lubię to sformułowanie :)) standardów. Ponadto miałem jeszcze trzy nieplanowane (znaczy się: w jednej chwili nie wiem, co się dzieje, a w drugiej patrzy na mnie facet w białym kitlu) wizyty w szpitalu/na pogotowiu. Najpierw miałem dość niegroźny, lecz krwawy wypadek, kiedy to trzeba było zaszyć mi lewe udo (dla lubiących krwawe szczegóły: było siedem szwów). Innym razem, kiedy byłem z wizytą u siostry, dostałem najgorszego zatrucia pokarmowego w moim życiu. Wierzcie mi, takiej jazdy jeszcze nie mieliście, kiedy to nawet po wypiciu szklanki wody musicie tę wodę... ekhem... usunąć już w minutę po wypiciu, nieważne, czy górą, czy dołem :). W pierwszym wypadku lekarze zadziałali sprawnie, choć oczyszczenie głębokiej rany zajęło im trochę czasu i sporo bólu było, ale jakoś wytrzymałem. W drugim natomiast lekarz dał mi parę kilogramów tabletek i jakieś krople, po których nie można było prowadzić pojazdów mechanicznych, nic dziwnego zresztą, bo nieźle mi to do łba uderzyło, a że żołądek z wiadomych przyczyn był pusty, to siła działania była dodatkowo wzmocniona. Szkoda, że nie miałem siły, aby się tym nacieszyć :). Grunt, że już następnego dnia byłem zupełnie zdrowy, choć słaby i otumaniony. Natomiast trzeci raz... nie, tego wam nie powiem, najgorszy błąd mojego życia, którego nigdy więcej nie popełnię. Wiem, że pisząc to wzbudziłem mnóstwo domniemań, wyobrażam sobie nawet jakich, ale niczego więcej się nie dowiecie, bez względu na to, co sobie pomyśleliście. Wracając do tematu: w sumie nie licząc kiepskiej diety w szpitalu, w którym miałem okazję przebywać, mam całkiem niezłe mniemanie o polskiej służbie zdrowia, wbrew temu, co mówi się w telewizji. Zresztą prawda jest taka, że telewizja mówi tylko o tym co złe, bo kogo obchodzi to, że ktoś został uratowany? Jednak zdarzają się sytuacje, kiedy to wszystko balansuje na granicy tragedii, bądź jak w moim przypadku – tragikomedii (choć tak tragicznie jak w przypadkach, o których mówi się w telewizji nie było). Jak na tragikomedię przystało potrzebny jest element tragizmu, w tym wypadku rzepka, która wyskoczyła ze stawu kolanowego, oraz element komedii, a tu pojawia się niezastąpiona służba zdrowia. A więc pewnego dnia, gdy byłem w domu, a konkretnie w moim królestwie, potocznie zwanym pokojem postanowiłem odbyć wycieczkę do okna, aby je otworzyć. Niestety, łóżko podstawiło mi nogę, potknąłem się i jakoś tak niefortunnie stanąłem, że wspomniana rzepka kolanowa zmieniła swoje miejsce położenia. Poczułem niesamowity ból, później falę ciepła promieniującą z mojej nogi. Postąpiłem zgodnie z regulaminem udzielania pierwszej pomocy samemu sobie: – Dareeeek!!! – krzyknąłem. Po chwili pojawił się Darek – mój starszy brat we własnej osobie. – Pomóż mi się położyć. – A co, sam nie umiesz? – Nie zadawaj głupich pytań, tylko mi pomóż. Tak zmotywowany przeze mnie Dariusz pomógł mi się położyć, a następnie wezwał wsparcie w postaci jednostki specjalnej: mama, sztuk jeden. Po podciągnięciu nogawki spodni mama troszkę zbladła, a brat zaczął snuć apokaliptyczne wizje. Ja jednak uważałem w drugiej klasie gimnazjum na biologii i wiedziałem już, co mi się stało. Przez chwilę zastanawiałem się, czy samemu sobie tego nie nastawić, ale szybko się rozmyśliłem, bo nigdy wcześniej tego nie robiłem. Podczas gdy brat powoli zbliżał się do wizji amputacji nogi, ja poinstruowałem jednostkę specjalną, aby wezwała pogotowie i powiedziała, co mi się stało. A teraz moment kulminacyjny, czyli rozmowa mamy z panią z pogotowia, której dedykuję ten tekst (z oczywistych względów nie słyszałem rozmowy, ale tekstów padających ze słuchawki domyśliłem się po odpowiedziach mamy): – Pogotowie, słucham. – Dobry wieczór, mojemu synowi coś się stało w nogę, twierdzi, że wyskoczyła mu rzepka kolanowa, czy ktoś może przyjechać i coś z tym zrobić? UWAGA! – A sam nie może przyjść? Dalsza część rozmowy jest nieistotna. Gdyby nie ból, to bym chyba tarzał się po podłodze ze śmiechu. Leżę na łóżku, nie potrafię zgiąć nogi w kolanie, nawet nią poruszyć nie mogę, bo ból się wtedy nasila, a ta pyta, czy nie mogę sam przyjść. Normalnie dowcip roku! Rozumiem, że miała na myśli podrzucenie mnie samochodem, ale i tak przetransportowanie mnie do niego z drugiego piętra wiązałoby się z niesamowitym bólem, chyba, że ktoś wcześniej dałby mi w łeb. Ale nic to, w końcu przybyło pogotowie. Do mojego pokoju wpada grubawy lekarz i pielęgniarka. Facet obejrzał nogę, coś tam zagadał o moim akwarium, mądrze mówił, chyba sam hodował rybki, później dorwał się do kolana, nastąpiła krótka chwila bólu i noga jak nowa. Wszystko ładnie, pięknie, lekarz prosi pielęgniarkę o bandaż. A ta na to, że nie ma. Nie ma! Tym razem nie pęknąłem ze śmiechu, bo nie wypadało. Mama poszła do sąsiadki po bandaż, swoją drogą chciałbym widzieć minę sąsiadki, kiedy mama tłumaczyła jej, że lekarz pogotowia prosi o bandaż, bo sam nie ma. Koniec końców bandaż zdobyła, zawinęli mi nim nogę, wypisali karteczkę, pouczyli mnie trochę na przyszłość, co mam robić, gdyby sytuacja się powtórzyła i poszli. Co ciekawe, noga powinna trafić do gipsu, tak bynajmniej mi moja wiedza medyczna podpowiadała, zresztą później ortopeda to potwierdził. Podsumowując: najpierw chcieli, abym sam przyszedł na pogotowie, później nie mieli bandaża, no i nie wstawili nogi do gipsu. O to ostatnie nie mam pretensji, wprawdzie później rzepka była trochę niestabilna, jeśli można tak to nazwać, lecz po dwóch tygodniach chodzenia z bandażem na nodze wszystko minęło. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło: teraz w razie czego mogę sam sobie kolano nastawić, a to szpan nie mały :). A Polaków jako lekarzy pogotowia nikt nie przebije. A telefonistek tym bardziej. [Eddie: O ile mi wiadomo - mam kolege zawodowego rehabilitanta - przy tego typu obrazeniach nie powinno sie wstawiac nogi w gips, a raczej w jakis stabilizator. Gips powoduje unieruchomienie niemal calej nogi, a co za tym idzie, oslabienie miesni i sciegien, co dla stabilnosci rzepki jest bardzo istotne. Lba jednak uciac sobie nie daje, bo moglem cos z jego wykladow zapomniec. ] |
|
|