[taka filozofia spokoju...]

 

      Są w życiu takie momenty, że człowiek usilnie poszukuje celu, że czuje iż powinien zacząć coś robić. Żeby osiągnąć tą upragnioną wolność pracujemy nad sobą dniami i nocami. Jest to możliwe, kiedy jest się samotnym, a także kiedy ma się wielu przyjaciół. Jestem człowiekiem, który ma przyjaciół, ale ja po prostu rzadko ich potrzebuję. Lubię czasem samotność i jest ona jedną z moich potrzeb. Taka natura. Ale wróćmy do tematu, bo zaczynam odpływać. Chodzi mi o to, że

Stanąłem w drzwiach i upadłem na twarz / Pierwszy raz zrozumiałe coś / Kochałem swój cień / Ja nie liczyłem się / Widzę jak mój cień dogania mnie...

      Te słowa można różnie rozumieć, ale pewnego dnia naszła mnie interpretacja inna od wszystkich poprzednich. Wcześniej była to dla mnie fajna piosenka, jedna z lepszych. Teraz to jest coś innego, jestem silnie z nią związany, bo pomogła mi coś w sobie zauważyć. Zobacz:

kochałem swój cień - każdy człowiek tworzy sobie jakiś cień. Nie taki na ścianie, czy podłodze. Cień przyszłości. Wyobrażenie o sobie. Ja też mam takie wyobrażenia. Widzę siebie jako kogoś sławnego na przykład. Albo kogoś, kto wiele osiągnął, ma dość kasy na spokojne życie, rodzinę i jest całkowicie niezależny. Dążyłem do takiego cienia. Próbowałem po prostu go osiągnąć. Nieważne w jaki sposób. Jako koleś lubiący różne analizy ułożyłem sobie szczegółowy plan, plan bez żadnych wad, plan, który wyniósłby mnie ponad ludzi. Uczyniłby ze mnie istotę zdolną w końcu zjednoczyć się ze swoim cieniem. Zdolną do bycia nim. Kochałem ten cień, tego gościa. Miałem być wymarzonym, wymarzonym przeze mnie. Miałem być... Nieważne kim. Już aż tak nie będę się odsłaniał, ale miałem być kimś wielkim. Chciałem mieć pieniądze w przyszłości. Wiadomo, że pieniądze to nie wszystko i ja ich nie chcę w sensie milionowym. Chciałem mieć kasy wystarczająco dużo na spokojne życie. Jak powiedziała Marylin Monroe: "Pieniądze szczęścia nie dają, ale pozwalają wygodnie być nieszczęśliwym". Dokładnie tak to rozumiałem. Tylko, że ona chciała miliardów dolarów, a ja, powtarzam, chciałem spokojnego życia. Chciałem mieć wysoką średnią ocen w szkole. Kułem i kułem, bo moja ambicja płonęła. Zmuszałem się do ciężkiej pracy i na początku miałem wyniki lepsze niż wcześniej. Poczułem się jak prawdziwy władca, swego losu. Zapomniałem o jednym...

Ja nie liczyłem się - tak, w tym wszystkim wyżej widziałem tylko cień. Tego z przyszłości, kogo chciałem doścignąć. Widziałem go, słuchałem, byłem nim, nie sobą. Nie, inaczej - byłem sobą, ale zbyt często marzyłem o byciu nim. Zacząłem być dorosły w ten sposób, że martwiłem się zbyt wieloma rzeczami. Martwiłem się o przyszłość, o pieniądze, moją przyszłą, własną rodzinę. Martwiłem się o wszystko, czego wcale jeszcze nie mam. Zmuszałem się do wielu rzeczy. Często po prostu chciało mi się płakać, ale ja i tak już nie mam łez, więc tylko bolało. Jednak nie mogłem przestać, bo tam daleko przede mną coś świeciło. To mój cień. Przyciągał mnie. Kazał iść do przodu, mimo bólu, bo kiedyś będę mógł być nim. Widziałem się za te lata i podobało mi się. Bo to było moje marzenie, mój sen, a chyba nikt nie stawia przed sobą koszmarów. Mój cień był piękny, był ideałem mnie samego. Miał ideał u boku, wszystko było zajebiście ładne. Więc mówiłem sobie: "Ból to tylko informacja... Ból to tylko informacja... Ból to tylko..." Do książek, do nauki! Tak, koniec lenienia się, trzeba myśleć o przyszłości. Nie mogę tego kupić, bo oszczędzam kasę na coś tam, co pomoże mi w przyszłości (nie teraz). Nie mogę słuchać muzyki, czytać! Muszę się uczyć, muszę trenować wciąż i wciąż. Kiedyś (nie teraz) będę miał na to czas, będę miał kasę na kupowanie płyt i książek, będę miał czas na siedzenie w fotelu i czytanie ich. Czułem się, jak prawdziwy władca swego losu. Kułem go, choć żelazo mojego ducha gięło się w cierpieniach i wcale nie było łatwym do obróbki materiałem, sprzeciwiało się mojemu cieniowi. To chyba podświadomość, ale zapomniałem o sobie...

widzę, jak mój cień dogania mnie - znacie pojęcie paradoksu? Nie takiego literackiego, takiego życiowego. Więc paradoksalnie, im bliżej byłem cienia, tym bardziej jakaś cząstka chciała się od niego oddalić. Miało być coraz lżej, a tu jest, kurwa, coraz ciężej! Ależ ja wtedy bluzgałem, ale trzeba iść dalej, w końcu nic nie stracę... Tak myślałem. Paradoksalnie, im wyraźniejsze były korzyści wynikające z uczenia się, tym ciężej było mi się skupić. Paradoksalnie, kiedy im się przyjrzałem, doszedłem do wniosku, że tak naprawdę nie osiągnąłem jednak zbyt wiele. Jedyny sukces poważny odniosłem w tym, co lubię robić. To wszystko, do czego się zmuszałem w imię przyszłości i tak biegło własnym torem. Ja popychałem to wszystko lekko swoją pracą na odpowiednie bocznice, ale osiągnąłem poziom nieopłacalnie wyższy, jeżeli wziąć pod uwagę to, ile pracy w to włożyłem. W końcu nie goniłem cienia, bo zaczęło naprawdę boleć. Zaczęło naprawdę boleć, bo wszystko było zbyt daleko. Nie mogłem dotknąć ręką. Posmakować. W domu też tego nie było. Widziałem to kilka razy u innych, ale oni nie mogli być moimi kolegami. Wydaje mi się, że trochę się spalili, ale wtedy widziałem w nich ludzi sukcesu. Może trochę zmęczonych, ale z tym, co osiągnęli mają teraz czas na wszystko. Tak myślałem, wciąż zapominając o jednym...

      Wciąż zapominałem o tym, że każdy władca poza siłą, tym upajającym uczuciem ma też wieczór. Wtedy wraca do domowego zacisza, włącza muzykę i kładzie się. Analizuje co zrobił dla swojej przyszłości. Jednak w pewnym momencie zaczyna płakać, bo jest cholernie zmęczony, a jutro trzeba zasiąść na tronie. Nie może sobie wyluzować, nie może zrobić kawy z mlekiem. Nie może nic... Myśli, że jeszcze dziś (a już 23:48) trzeba przejrzeć wiele wniosków, wiele pracować, żeby królestwo jego syna było szczęśliwe. I płacze tak bezsilnie i nikogo nie ma obok niego. Nie może już teraz uciec, a przynajmniej tak mu się wydaje, bo uciec można zawsze.

      Zerwałem z cieniem. Za dużo mnie kosztował, a zbyt mało dawał. Nauczyłem się, że nie warto gonić za przyszłością kosztem teraźniejszości. Nie chodzi mi o to, że trzeba żyć chwilą, bo na dłuższą metę tak się nie da. Chodzi mi o to, że zachowując pełną odpowiedzialność trzeba wyluzować. Czasem nawet porzucam tą odpowiedzialność. Robię na co mam ochotę i liczę na szczęście. Czasem też się modlę - Boże, ja jestem potężną istotą, mam wiele sił i naprawdę na dużo mnie stać, ale potrzebne jest mi szczęście i spokój. Spokój ducha, luz, a szczęście postaw gdzieś blisko. Żebym go szukał, ale żeby wciąż mi uciekało, żeby pomagało mi. Żebym nie był dziś pytany, żeby sprawdzian odwołali. Wiem, moja wina, bo mogłem się uczyć, mogłem być przygotowany na każdy atak, ale nie miałem ochoty. Heh, śmieszna modlitwa, żałosna i dziecinna, ale pomaga. Gdy tak sobie usiądziesz wśród muzyki po turecku i się skupisz to to działa.
      Czasem, kiedy nie mam ochoty się uczyć, bo widzę, że tego jest za dużo robię na co mam ochotę. Idę na rower albo po prostu leżę i myślę. Wspominam dobre rzeczy, doświadczenia, przeglądam nieliczne zdjęcia, jakie mam, totalne wyluzowanie. Bo nie mam ochoty. Po prostu nie zmuszam się do niczego. Taka praca i tak nic nie daje. Kiedy coś robisz, a wciąż i tak myślisz o przyjemności, to będziesz to robił byle jak, szybko, żeby tylko dostać się w końcu do tej wyczekiwanej rzeczy. Więc ja najpierw zaspokajam wszystkie swoje radości, oczekiwania, a dopiero potem biorę się za robotę. Poza tym ambicja jest świetną rzeczą, ale można się w niej spalić. Kiedy próbujesz być dobry ze wszystkiego, to w końcu zauważysz, że jest gorzej niż było. Musisz włożyć bardzo dużo energii w to, czego nie lubisz, zmusić się, a cierpi na tym to, co lubisz. Nie masz czasu na rozwój swej psychiki, nie pracujesz nad sobą.

      Zastanów się, jak się czujesz po ciężkim dniu pracy. Na co masz ochotę? Na dalszą pracę? Na spalającą, męczącą pracę? Chyba nie. Musisz tylko uwierzyć, że jesteś dość dobry, żeby wszystkiemu sprostać i modlić się o szczęście. Może to brzmieć, jak zerwanie z wszelką odpowiedzialnością, ale tak nie jest. Ja dalej się uczę, ale z naciskiem na przedmioty, które lubię, które coś mi w życiu dadzą. Czasem jest to niebezpieczne, ale spoko. Dobra, ja tu chrzanię o jakiejś odgórnej filozofii, kiedy wszystko ogranicza się do jednego stwierdzenia:

Rób na co masz ochotę

      Ja też na początku się bałem, że stracę wszystko, na co pracowałem, jeśli zamiast nauki włączę sobie muzyczkę i poleżę, pomyślę. Ale spoko, daj zadziałać przeznaczeniu, będzie co ma być i tak już nic nie zmienisz, poczekaj i popatrz, kiedy zrozumiesz więcej, sam też włącz się do akcji. Najważniejsze słowa od teraz to: "Spoko", "Luz" i "Wyjebane". Nawet nie masz pojęcia, jak to denerwuje ludzi. Heh. Ale to jest taka właśnie postawa życiowa. Może i nie jest doskonała w każdej sytuacji, ale nadaje się idealnie, jako forma odpoczynku, kiedy czujesz się wypalony pracą, nie masz na nic ochoty, zmuszasz się do każdej najdrobniejszej rzeczy. Wtedy to właśnie jest dobre.

      Nawet nie wiesz, ile tracisz oddając się tylko nauce, pracy w pogoni za swoim cieniem. Widzisz, teraz pewnie myślisz, że jestem idiotą, że mam przejebane, bo co ja w życiu osiągnę robiąc to, na co mam ochotę. Myślę, że po prostu czasem warto jest się ponieść nurtowi, zaakceptować wszystko jakim jest. Myślę też, że to niemożliwe, kiedy nie znamy siebie, kiedy nie mówimy, co czujemy. Kiedy próbujemy być dla siebie sztucznie mili, współczuć, kiedy tak naprawdę w duchu nam to zwisa. Mówić na co się ma ochotę i robić jest naprawdę trudno, ale dobrze. Czuć ten spokój, nawet w jakiś sposób się spełniasz jako człowiek. Wiesz, że wtedy ludzie trochę mniej cię będą lubić? Ludzie, których okłamywałeś, udawałeś ich kumpla. Po przyjęciu tej filozofii zostaną ci tylko te osoby, którzy cię naprawdę lubią - więc masz tu dodatkową korzyść. To jest jak sito, taka filozofia spokoju...

      I to miał być koniec tego tekstu, ale wspomniałem wyżej o ludziach i teraz muszę to pociągnąć, bo mi to spokoju nie da. Nie lubię, jak ludzie tak na mnie patrzą, kiedy robię na co mam ochotę. To będzie takie małe ostrzeżenie, bo kiedy nie jesteś dość silny, to ta filozofia cię zabije.
Kiedy wszyscy pracują, a ty masz sobie wyluzowane i w ostatniej minucie zabierasz się do pracy i robisz wszystko do końca lepiej niż inni, którzy harują od godziny- rodzą się upiory.
Kiedy wszyscy się czymś martwią, a ty masz sobie wyluzowane - rodzi się zawiść.
Kiedy każdy chce jednego, a ty czego innego - rodzi się niechęć do inności.
Kiedy ktoś cię prosi o coś, a ty nie robisz tego, bo nie masz ochoty - rodzi się chęć zemsty.
Gdy ktoś ci się śmieje w twarz, złośliwie i wkurwiająco, a ty mu powiesz: "Wbijam w ciebie, gnoju, zejdź mi z drogi" - rodzi się coś dziwnego.
Kiedy wstajesz rano z łóżka, przyzwyczajony do ciszy, a ktoś papla, jak mu się spało i plącze się pod nogą, a ty go nie słuchasz, masz wyluzowane - rodzi się porzucenie, dziwactwo i niechęć.
Kiedy wyznajesz tę filozofię wszyscy mogą cię opuścić. Jeżeli jednak masz coś do powiedzenia, jakąś charyzmę to spoko. Możesz mieć wyjebane, bo ludzie i tak przyjdą. Jeżeli tak naprawdę nie da się ciebie nie lubić to też wyjebane i sobie w spokoju wyznawaj. Jeżeli jesteś wyrzutkiem społeczeństwa, kimś kogo dzieci popcooltury dziwnie nie lubią to spoko - znajdą się podobni tobie. Zawsze odnajdą się inne wyrzutki i jeżeli ich polubisz, jeżeli będziecie mieć wspólne przeżycia, to proszę podziel się z nimi tą filozofią. Ona pomaga. To jest jak remedium na pastel, taka filozofia spokoju...

Piccolo