Dzięki uprzejmości belfrów, na totalne zapomnienie możemy pozwolić sobie dwa razy w semestrze (ci bardziej wredni pozwalają na jedno). Wszystko gra do póki nie zapomnimy po co przyszliśmy do szkoły. Jeśli tak się zdarzy, można łatwo stracić kontrolę. Wtedy, zapominając o konsekwencjach, bezwładnie oddajemy się naszym przyjemnościom. Mamy wrażenie iż rozwijamy skrzydła i fruniemy ku siódmemu niebu. Szybko okaże się, że równie szybko jak się tam znaleźliśmy, możemy stamtąd wyfrunąć i boleśnie stłuc sobie tyłek podczas lądowania na Ziemi. Zapominamy odrobić kolejnej pracy domowej, poświęcić czas ważnemu zagadnieniu z np. historii. Nauka odchodzi na dalszy plan. W pewnym momencie kończą się magiczne literki i trzeba ponownie stawić czoła szkolnym obowiązkom. Te jednak po dłuższej przerwie okazują się przerastać nasze umiejętności i wykraczać poza naszą wiedzę. Zaczyna się żmudne odrabianie zaległości poprzedzone kilkoma gałami. Uczniowie w pocie czoła, pod wpływem stresu związanego ze zbliżającym się końcem semestru, niezadowolenia belfrów, pracują na pozytywne wyniki końcowe. Niektórym się udaje. Oprócz przyzwoitej cenzurki dorabiają się nerwicy, wrzodów na żołądku i niekiedy drobnych wad serca (po części z tymi schorzeniami to prawda). Część niestety oblewa semestr. Konsekwencji chyba nie muszę tłumaczyć. Zimowanie w szkole, niezadowoleni rodzice i stracony rok. Powiecie że życie jest długie. W porządku, ale czy 18 lat to odpowiedni wiek na kończenie podstawówki?
Osobiście jestem człowiekiem leniwym. Zbyt leniwym by chciało mi się odrabiać zaległości. Staram się zatem być w miarę systematyczny i trzymać równy poziom. Oprócz nauki, mam jeszcze kilka zainteresowań którym lubię poświęcać wolny czas. Właśnie, czas. Gdy oddajemy się pogoni za zaliczeniem zaczyna nam brakować tego czasu. Zamiast grać, czytać, spotykać się z przyjaciółmi itd. katujemy matematykę w pocie czoła ponieważ za dwa dni mamy kolejne zaliczenie. Niby można ten stracony okres nadrobić, lecz pewne sytuacje są niepowtarzalne. Należy o tym pamiętać. Jeśli nie ukończymy szkoły, mamy marną szansę na znalezienie pracy. Niestety, za sympatyczny uśmiech i ładny garnitur (który będzie trzeba sobie kupić) nikt nas do porządnej pracy nie przyjmie. Bez niej, nie będziemy mogli rozwijać swoich zainteresowań. Z niektórych będzie trzeba nawet zrezygnować. No ale pozostają rodzice, a ci zawsze będą pomagać dzieciom. Owszem, ale nie bez końca. No ale o czym ja piszę. Przecież z wielkiej miłości (czyt. Głupoty), można doprowadzić ich do bankructwa. Wiecznie pracować nie będą, a emerytury w tym kraju pozwalają jedynie powoli zejść z tego świata.
Od nie przygotowania wszystko się zaczyna. Na początek niewinnie, potem z tragicznym końcem. Szkoła to nie kara za grzechy lecz okno na świat, drzwi. Wiedza jest doń kluczem….
Ps. Do popełnienia tekstu skłoniła mnie historia mojego kumpla z
podstawówki. Nie wiem co dzieje się z nim w chwili obecnej. Mam nadzieję że daje
radę i trzyma się dobrze…. Gdy skończył podstawówkę w wieku 17 lat dostał się do
zawodówki. Mierzył nisko, ale zawsze uważałem że człowieka powinno ocieniać się
na podstawie wartości ogólno-ludzkich. Tych miał całkiem sporo. Tak się
rozszalał iż nie ukończył nawet zawodówki i zostały mu jedynie
praktyki.
Ps. Pewnie większości z was uwagi te nie dotyczą. Na pewno
też wszyscy o tym wiedzą. Ale tak na wszelki wypadek ostrzegam.
Ps. I
zapewne uznacie mnie za jakiegoś wymądrzającego się kujona a tekst za smętne
pitolenie. Wasza sprawa i wasze życie. Uprzedzam że życie mamy tylko jedno.
Decyzja należy do was.