Lampa Alhazreda
Howard Phillips Lovecraft
1890-1937

Po siedmiu latach od zniknięcia starego Whipple’a, Ward Phillips otrzymał lampę. Należała ona, podobnie jak dom przy Angell Street, gdzie mieszkał, do jego dziadka. Phillips zamieszkiwał w tym domu od czasu zaginięcia swego przodka, lampa wszelako pozostawała w posiadaniu prawnika staruszka, dopóki nie upłynęło siedem lat, wymagane przy orzeczeniu przypuszczalnej śmierci właściciela majątku. Życzeniem dziadka było, aby lampę, na wypadek wszelkich nieprzewidzianych zdarzeń, czy to śmierci, czy jakichkolwiek innych, przechowywał jego prawnik, podczas gdy Phillips mógł w owym czasie swobodnie buszować po ogromnej bibliotece Whipple’a, gdzie zgromadził on wiele osobliwych „białych kruków”.
Przeczytawszy choć część owych niezwykłych woluminów, Phillips byłby dostatecznie przygotowany, by odziedziczyć, już jako człek dojrzały, „najcenniejszy skarb” należący do staruszka Whipple’a.
Phillips miał lat trzydzieści i był słabego zdrowia, wynikało to z przewlekłej choroby, która nękała go już od wczesnego dzieciństwa. Przyszedł na świat w rodzinie średnio zamożnej, ale dziadkowe oszczędności roztrwonione zostały na rozmaite chybione inwestycje, przeto jedyne, co odziedziczył po nim Phillips, to dom przy Angell Street wraz z całym wyposażeniem. Phillips został pisarzem, płodził opowiadania do tanich, brukowych czasopism, ażeby związać koniec z końcem, poprawiał również teksty literackie, zarówno wiersze jak i prozę; były to utwory zazwyczaj lichej jakości, których niezliczoną masę przysyłali doń literaci dalece mniej odeń utalentowani, liczący, iż dzięki cudownym właściwościom jego pióra ich żałosne wypociny zostaną w końcu wydane drukiem.
Siedzący tryb życia jeszcze bardziej osłabił jego odporność na chorobę; był wysoki, chudy, nosił okulary, często się przeziębiał i raz nawet chorował na odrę.
W cieplejsze dni lubił wypuszczać się za miasto, gdzie bawił się jako dziecko, często zabierał pracę ze sobą i siadywał wciąż na tym samym, zalesionym brzegiem rzeki, który zwykł był odwiedzać od najwcześniejszych, chłopięcych lat. Brzeg rzeki Seehonk nie zmienił się ani odrobinę przez te wszystkie lata, Phillips zaś, żyjący stale przeszłością, wierzył, że aby pokonać upływ czasu, należy z uporem i niewzruszenie trzymać się miejsc, które odwiedzało się od wczesnego dzieciństwa. Wyjaśniał te teorie w listach, prowadził bowiem bogatą korespondencję: „Pośród tych leśnych, tak dobrze mi znanych ścieżek, zupełnie zaciera się przepaść pomiędzy wiekiem XIX i XX, do tego stopnia, iż wracając stamtąd, spodziewam się ujrzeć miasto takim, jakim było w końcu ubiegłego stulecia!”
Oprócz przesiadywania na brzegu rzeki często wchodził również na wzgórze Nentaconhaunt, ze zbocza którego mógł patrzeć na swe rodzinne miasto i czekać na wschód słońca, a wraz z nim oglądać urzekającą panoramę miasta, pogrążającego się z wolna w ciemnościach nocy. Podziwiał dwuspadowe dachy i szczyty mroczniejące w barwach oranżu i karmazynu, szmaragdową poświatę i tęczowe rozbłyski oraz światła pojawiające się jedno po drugim pośród wąskich uliczek rozległego miasta, a raczej magicznej krainy, z którą Phillips był związany bardziej, aniżeli z miejscem, którym była ona za dnia.
Skutkiem swych wieczornych wycieczek Phillips pracował zwykle do późnej nocy, a lampa, gdyż dawno już z powodów oszczędnościowych zarzucił korzystanie z elektryczności, mogła mu się przydać, poza tym miała dziwny, ciekawy kształt i była wyraźnie bardzo stara.
List, który otrzymał wraz z ostatnim podarkiem od staruszka, będącego jedynym opiekunem Phillipsa od czasu przedwczesnej śmierć obojga jego rodziców, wyjaśniał, iż lampa pochodziła z pewnego starożytnego grobowca w Arabii. Należała ona niegdyś do na wpół obłąkanego Araba znanego jako Abdul Alhazred i była dziełem mitycznego plemienia Ad- jednego z czterech tajemniczych, mało znanych szczepów zamieszkujących Arabię: Ad na południu, Thamood na północy, Tasm i Jadis w środkowej części półwyspu. Odnaleziono ją dawno temu w ukrytym mieście Irem, Mieście Kolumn wzniesionym przez Shedada, ostatniego despotę Ad. Nazywano je Miastem Zakazanym albo Miastem bez Nazwy, leżącym, jak powiadają jedni, w obszarze Hadramant, inni zaś twierdzą, iż jest ono pogrzebane pod odwiecznymi, ruchomymi piaskami arabskich pustyń i choć zwykle zakamuflowane, od czasu do czasu natykają się na nie niektórzy z wybrańców proroka.
W zakończeniu swego długiego listu stary Whipple napisał: „Może ona przynosić rozkosz zarówno zapalona, jak i pozostając zgaszona. W podobny sposób potrafi dostarczać bólu. Jest źródłem zarówno ekstazy, jak i grozy.”
Lampę Alhazreda wyróżniał niezwykły wygląd. Była to lampa dziwna i wyglądała na wykonaną ze złota. Miała kształt podłużnego naczynia, jakby kaganka, z uchwytem z jednej i długim dzióbkiem na knot z drugiej strony. Zdobiło ją wiele osobliwych wzorów, w tym także liter i rysunków piktograficznych należących do języka nieznanego Phillipsowi, który, choć obeznany z wieloma arabskimi dialektami, nie był w stanie rozszyfrować ich znaczenia. Nie był to również sanskryt, ale język znacznie odeń starszy, składający się z osobliwego połączenia liter i hieroglifów, w tym także piktogramów. Phillips poświęcił całe popołudnie, aby ją wypolerować z zewnątrz i od środka, po czym napełnił lampę oliwą.
Tej nocy, odstawiając na bok świece i lampę naftową, przy której pracował przez wiele lat, zapalił lampę Alhazreda. Ciepło jej poświaty mile go zaskoczyło, podobnie jak moc światła i długość płomienia, ale jako że miał zaległości w pracy, nie zaprzątał sobie głowy takimi drobiazgami, lecz skupił się na obecnym zadaniu: przeróbce długiego wiersza, zaczynającego się następująco:

Ranka jasnego był to dzień,
Gdym zjawił się na tym padole.

Chudoby mej zmroczniały cień
Na brew mą padło, cne pacholę...

Cały utwór miał równie staroświecki, wręcz archaiczny charakter. Zazwyczaj Phillips lubił wszystko co staroświeckie i archaiczne. Żył zanurzony w przeszłości do tego stopnia, że wywierała ona ogromny wpływ na jego światopogląd i filozofię. Przepełniony był ideą bezosobowego pogaństwa i fantazji wykraczających poza czas i przestrzeń, nierozłącznie powiązanej od dzieciństwa z jego najskrytszymi przemyśleniami i odczuciami, jakoby wszelkie próby oddania w słowach jego nastrojów- chociażby nawet najbliższe prawdy i możliwie najwierniejsze- zawierały w sobie sztuczność, obcość i zbyt duże wpływy powszechnych wyobrażeń. Od dziesięcioleci w snach nawiedzały go osobliwe odczucia nadzwyczajnych przygód, atmosfery niezwykłości i uniesień, połączone z wizjami obcych krain, budowli i niebios. Oczyma duszy zawsze widział siebie jako trzylatka, spoglądającego w dół z mostu kolejowego na najbardziej zabudowaną część miasta, przepełnionego atmosferą niewysłowionej, zapierającej dech, niepojętej cudowności oraz wyzwolenia, które skrywały się pośród niewidzialnych wymiarów i choć zapewne nieosiągalne, wydawały mu się znacznie bliższe, gdy postrzegał je w labiryntach prastarych marmurowych schodów z tarasami okolonymi rzędami balustrad. Mimo iż Phillips z całego serca pragnął cofnąć się do czasów, kiedy świat był jeszcze młody i mniej zabiegany, do osiemnastego wieku lub nawet dalej, gdy sztuka konwersacji kwitła w najlepsze, a mężczyzna mógł ubierać się z wyszukaną elegancją i nie być obiektem podejrzliwego zainteresowania ze strony sąsiadów, to brak inwencji w wersach, nad którymi się trudził i ubóstwo treści, w połączeniu z jego osłabieniem zmęczyły go w końcu do tego stopnia, iż niemożliwe stało się dlań kontynuowanie tych mozolnych działań; stwierdziwszy przeto, iż nie jest w stanie poprawić tekstu tak, jak by sobie tego życzył, odłożył go i odchylił się na krześle by odpocząć.
Wtedy też dostrzegł w swoim otoczeniu pewną subtelną zmianę. Znajome rzędy książek pod ścianami i okno, które zwykle zasłaniał, tak by żadne światło z zewnątrz, czy to słońca, czy księżyca, czy gwiazd nie przedostawało się do jego sanktuarium, spowijało w osobliwy sposób nie tylko światło płynące z arabskiej lampy, lecz również widniejące w nim przedmioty i obrazy. W blasku padającym na regały z książkami można było dostrzec sceny, których Phillips nie byłby w stanie wyobrazić sobie nawet w najśmielszych, fantastycznych marzeniach. Cienie zaś, choćby cień oparcia krzesła rzucany przez światło na regały, nie były niczym szczególnym, ot, spłachetki czerni pośród plam ciemności.
Phillips siedział zdumiony i patrzył na tworzące się obrazy. Przez chwilę sądził, że padł ofiarą dziwacznego złudzenia wzrokowego, nie trwało to jednak długo. To niezwykłe, ale po pewnym czasie przestał również interesować się naturą tego zjawiska, wyjaśnienie stało się dlań zbyteczne. Zdziwienie w końcu przeminęło i gdy znów spojrzał w światło, nie zastanawiał się już nad niczym ani o nic nie pytał, sycąc jedynie wzrok prezentowanymi mu cudami. Świat, który ujrzał w świetle lampy, bajeczny był i osobliwy ponad miarę. Phillips nigdy dotąd nie widział czegoś podobnego, ni na jawie, ni w snach.
Wydawało się, iż są to obrazy z czasów, kiedy ziemia była jeszcze młoda, lądy wciąż się formowały, ze szczelin w skałach i glebie buchały wielkie kłęby pary, a w błocie widać było wyraźne ślady pełzających stworzeń. Wysoko w górze latały dzikie bestie, które walczyły i rozszarpywały się nawzajem, a z otworu w skale na brzegu morza wysunęła się gigantyczna kończyna jakiegoś zwierzęcia, niczym istoty z fantastycznej opowieści. Wyglądała ona jak macka i zafalowała złowrogo w blasku czerwonego, wyblakłego słońca.
I nagle obraz się zmienił. Głazy i kamienie zastąpione zostały przez omiataną wichrami pustynię, na której niczym miraż pojawiło się opuszczone, ukryte miasto, zaginione Miasto Kolumn, bajeczne Irem. Phillips wiedział, że choć ulicami tego miasta nie stąpała już żadna ludzka istota, to wśród kamiennych murów wciąż czaiły się przerażające stworzenia, miasto zaś nie obróciło się w ruinę, jak można by się tego spodziewać, lecz wyglądało tak jak w czasach swojej świetności lub kiedy je zbudowano, a więc na długo przed tym, jak zamieszkujący je lud został wytępiony, czy raczej zmuszony do odejścia, przez istoty z niebios, które po oblężeniu zawładnęły Iremem. Nie było ich jednak widać, wyczuwało się tylko wyraźnie mroczną aurę przyczajonej grozy, jak powiew zimna albo czający się pośród piasków cień spoza czasu. Daleko poza miastem i pustynią wznosiły się ośnieżone górskie szczyty, gdy tylko na nie spojrzał, w jego myślach pojawiły się ich nazwy. Miasto na pustyni nazywano Zakazanym lub Bez Nazwy, śnieżne turnie były Górami Szaleństwa lub może Kadath na Lodowej Równinie. Bawił się wyszukiwaniem tych nazw, przychodziły mu bowiem z łatwością, wpadały do głowy, jakby tylko czekały, aby pojawić się w jego myślach. Siedział długo w bezruchu, wpatrując się z fascynacją w bajeczne obrazy, gdy wtem zaczął odczuwać pewien niepokój. Krajobrazy pojawiające się przed jego oczami wydawały się ulotną, senną fantasmagorią, a jednak zawierały w sobie element lęku, podsycany jeszcze mglistymi, aluzyjnymi sugestiami na temat odrażających istot mających zamieszkiwać te tereny, toteż zgasił w końcu lampę i drżącymi dłońmi zapalił świecę, odetchnąwszy z ulgą na widok jej znajomego, drobnego płomyka.
Długo zastanawiał się nad tym, co zobaczył. Dziadek nazywał lampę „najcenniejszym ze swoich skarbów”, musiał zatem znać jej właściwości. Czymże zaś one były, jeśli nie zawartą w metalu pamięcią przyszłości, magicznym przedmiotem objawienia, ukazującym temu, kto siedział przy jej blasku, miejsca niewypowiedzianej zgrozy i cudowności, znane poszczególnym jej właścicielom?
Phillips nie wątpił, że Alhazred znał dobrze wszystkie te miejsca. Och, jakże nieprecyzyjne i mętne było to wyjaśnienie! Im dłużej Phillips myślał o tym, co zobaczył, tym bardziej czuł się skonsternowany. W końcu powrócił do swej pracy i zatracił się w niej, odsuwając w cień trawiące go niepokoje i frustracje.
Dnia następnego, w piękny październikowy wieczór, Phillips wybrał się na wycieczkę. Tramwajem dotarł na koniec miasta i potem ruszył dalej pieszo. Zapuścił się o milę dalej niż kiedykolwiek dotąd, podążając drogą rozchodzącą się z Plainfield Pike na północ i na zachód, biegnącą pod górę niewielkiego wzniesienia u zachodniego krańca Nentaconhaunt, skąd rozpościerał się niesłychanie sielski widok na rozlegle łąki, prastare kamienne mury, gęste gaje poniżej i odległe dachy domów na południu i zachodzie. Znajdował się o niecałe trzy mile od serca miasta, a jednak czuł, jakby otaczała go swojska atmosfera pierwotnej, wiejskiej Nowej Anglii z czasów pierwszych kolonistów.
Tuż przed zmierzchem wspiął się na wzgórze po ścieżce dla wozów, okalającej stary las, i z wierzchołka podziwiał zapierający dech w piersiach krajobraz, błyszczące strumyki, odległe lasy i mistyczne, nabiegłe oranżem niebo z wielką tarczą słońca tonącą czerwono pośród warstw stratusów. Znalazłszy się w lesie, oglądał zachód słońca spomiędzy drzew, po czym skręcił na wschód, by dotrzeć na bardziej mu znane zbocze z widokiem na panoramę miasta, którego zawsze szukał. Nigdy dotychczas nie zdawał sobie sprawy z ogromu Nentaconhaunt. Był to w rzeczywistości raczej miniaturowy płaskowyż z odrębnymi nieckami, grzbietami i wierzchołkami aniżeli zwyczajne wzgórze. Z niektórych ukrytych wewnętrznych łąk- nie widocznych i zapewne nie odkrytych dotychczas przez innych ludzi- ujrzał zaiste cudowna panoramę odległego miasta, bajecznych wieżyc, czarodziejskich kopuł, zdających się pławić w powietrzu, otoczonych miękką aurą niezgłębionej tajemnicy. W górnych oknach niektórych z wyższych wież malowały się ognie słońca, jeszcze długo po tym, jak je stracił z oczu, nadające całemu widokowi tajemnego, niezwykłego poblasku. I nagle zobaczył wielki dysk księżyca Łowcy, unoszący się ponad iglicami i minaretami, podczas gdy na rozpalonym czerwienią niebie na zachodzie poczęły migotać Wenus i Jowisz. Przechodził przez płaskowyż różnymi trasami, niekiedy przez sam środek, innym razem zaś skrajem lasu, gdzie mroczne zbocza doliny opadały ku równinie poniżej, a wielkie monolityczne głazy odcinające się na tle pomarańczowego nieba zdarzały się wytyczać prastare miejsca sekretnych spotkań druidów.
Dotarł w końcu do lepiej znanego sobie terenu, gdzie trawiasty skraj starego, zasypanego akweduktu przywodził na myśl starą drogę rzymską, i ponownie stanął na wschodnim stoku, który znał od wczesnego dzieciństwa. W mieście poniżej zapalały się światła, niczym konstelacje gwiazd rozbłyskujące w pogłębiającym się zmierzchu. Księżyc skąpywał całą okolice w bladozłotej poświacie, blask Wenus i Jowisza na zachodzie przybierał na sile. Przed sobą miał biegnącą w dół stromego zbocza drogę do przystanku tramwajowego, skąd dotrze na powrót do prozaicznego świata codziennego.
Phillips podczas tych chwil spędzonych w krainie zmierzchu nie zapomniał ani razu o doznaniach z ubiegłej nocy i z pewną dozą ekscytacji oczekiwał nadejścia zmroku. Niewyjaśniony lęk, który się w nim budził, przygasł, zduszony fascynacją i niecierpliwym wyczekiwaniem kolejnej nocnej przygody, której natura była ma kompletnie obca.
Tego wieczoru pospiesznie skończył kolację, aby móc jak najszybciej udać się do swej pracowni, gdzie sięgające od podłogi po sufit regały z książkami powitały go aurą niczym nie zmąconej stałości. Tej nocy nawet nie spojrzał na pracę, którą miał wykonać, lecz od razu zapalił lampę. Następnie usiadł, oczekując co się wydarzy.
Łagodna poświata rozlała się na zastawione książkami ściany. Nie migotała, ogień palił się jednostajnie i równo, i jak wcześniej, za pierwszym razem, Phillips poczuł bijące od kaganka uspokajające, kojące ciepło. I nagle, powoli, księgi oraz ściany zaczęły rozmywać się, blaknąć, ustępując obrazom z innego miejsca i czasu.
Tej nocy Phillips oglądał je przez wiele godzin. Nazywał równocześnie postrzegane miejsca i obrazy, sącząc z zamkniętej dotychczas żyły swej wyobraźni, którą stymulował blask lampy Alhazreda. Ujrzał dom jak z bajki, skapany w bezmiarze mlecznych oparów; miejsce to wyglądało trochę jak cypel w pobliżu Gloucester i nazwał je dziwnym, wysokim domem wśród mgieł. Zobaczył stare miasto z domami o dwuspadowych dachach i z biegnącą przez środek nitką mrocznej rzeki, miasto wyglądające jak Salem, ale znacznie bardziej niesamowite i posępne- nadal mu nazwę Arkham, rzece zaś Miskatonic. Ujrzał złowrogie, budzące niepokój nadmorskie miasto Innsmouth i leżąca za nim Diabelską Rafę. Widział morską głębię, w której spoczywa w uśpieniu martwy Cthulhu. Oglądał osmaganą wiatrem połać płaskowyżu Leng i mroczne wyspy Mórz Południowych, pejzaże ze snów, odległe krainy, miejsca z tego i innych światów, poziomy istnień występujące w odmiennych kontinuach czasoprzestrzennych, starsze niż sama Ziemia, sięgające wstecz poprzez Prastare Bóstwa, do Hali na początku, i jeszcze dalej.
Oglądał te sceny jednak jak przez okno lub drzwi, które zdawały się przywoływać go kusząco , namawiając, by porzucił swój nudny, patetyczny świat i ruszył w podróż po tych czarodziejskich, cudownych krainach. Pokusa ta narastała w nim coraz bardziej, coraz trudniej było mu się jej oprzeć, miał chęć porzucić to wszystko, czym się stał, i dać szansę temu, czym mógłby być. Jednak tak jak poprzednio zgasił lampę, z ulgą witając znajomy widok zastawionych książkami regałów w pracowni dziadka Whipple’a.
Przez resztę nocy, miast przy blasku świecy kontynuować monotonne poprawki- jak sobie zamierzył- pisał opowiadania, w których przywoływał sceny oraz istoty ujrzane w świetle lampy Alhazreda.
Pisał przez całą noc, a przez kolejny dzień spał wyczerpany. Następnej nocy znów pisał, aczkolwiek poświecił trochę czasu na odpowiedzi na listy swoich korespondentów; donosił w nich o swoich „snach”, nie mając pewności, czy faktycznie widział wszystkie te obrazy na własne oczy, czy też były one sennymi wizjami, lecz przekonany, że światy będące wytworem jego wyobraźni złączyły się nierozerwalnie z tymi należącymi do lampy, stapiając w jedno jego tęsknoty i pragnienia młodości z twórczymi wizjami, wchłaniając pospołu miejsca z lampy i sekretne głębie serca Phillipsa, które, jak lampa Alhazreda, sięgały najdalszych otchłani wszechświata.
Przez wiele kolejnych nocy Phillips nie zapalał lampy.
Noce wydłużyły się w miesiące, miesiące w lata.
Zestarzał się, a jego opowiadania ukazały się drukiem; mity o Cthulhu, Hasturze Niewysłowionym, o Yog- Sothoth, Shub- Niggurath, Czarnej Kozie z Tysiącem Młodych, O Hypnosie, bogu snów, o Wielkich Pradawnych i ich posłańcu, Nyarlathothepie- wszystko to stało się częścią duszy Phillipsa i znajdującego się poza jej rubieżami świata cieni. Ożywił Arkham, i opisał dziwny, wysoki dom wśród mgieł ,cień nad Innsmouth, szepcacego w ciemności i grzyby z Yuggoth, oraz koszmar w Dunwich, a proza i wiersze płonęły blaskiem lampy Alhazreda, mimo iż Phillips już od dawna jej nie używał.
Tak minęło szesnaście lat, aż pewnej nocy Ward Phillips natknął się na lampę, tam gdzie ją postawił, za rzędem książek na jednej z najniższych półek regału dziadkowej biblioteki. Wyjął ją i natychmiast dał się urzec jej prawdziwemu czarowi, tak ze wytarłszy starannie, ponownie postawił lampę na biurku. W ciągu ostatnich lat Phillips bardzo podupadł na zdrowiu. Był słaby, śmiertelnie chory, wiedział, że jego dni są już policzone, i zapragnął raz jeszcze ujrzeć światy grozy i dziwów, kryjące się w poświacie lampy Alhazreda.
Zapalił lampę raz jeszcze i spojrzał na ściany.
Stało się jednak coś dziwnego. Tam, gdzie wcześniej widział światy i stworzenia, które Abdul Alhazred oglądał podczas swoich wypraw, pojawił się teraz, w czarodziejski sposób, obraz krainy, którą znał i z całego serca kochał Ward Phillips, nie Współczesny wszelako, lecz zamierzchły, z czasów, które dawno przeminęły, a które były mu tak drogie; z dni, kiedy będąc dzieckiem przeżywał przygody mitycznych greckich herosów na brzegu rzeki Seekonk. Ujrzał bowiem raz jeszcze polany z czasów swego dzieciństwa, znajome zatoczki, gdzie spędził najwspanialsze chwile życia, starą altankę, którą zbudował na cześć bożka Pana, wszystkie bardziej lub mniej zapomniane wydarzenia z najwcześniejszych i najszczęśliwszych swoich lat- wszystkie one i każde z osobna pojawiły się na ścianach na wprost niego. Lampa bowiem oddawała mu jego pamięć. Jego wspomnienia. Phillips pomyślał z rozrzewnieniem i entuzjazmem, że być może lampa obdarzyła go również pamięcią przodków, któż mógłby bowiem zaprzeczyć, że nie tak właśnie wyglądały miejsca prezentowane teraz w złocistym, miodowym blasku, w czasach młodości jego dziadka lub może innych jego antenatów, w bardziej zamierzchłej przeszłości.
Znów odniósł wrażenie, że ogląda te sceny jak przez drzwi. Miejsce zdawało się go zapraszać, toteż podniósł się chwiejnie i ruszył w stronę ścian. Zawahał się tylko przez moment, lecz pomaszerował ku regałom z książkami.
Nagle zalał go oślepiający blask słońca. Poczuł, że okowy pękają, uwolnił się od nich, i pobiegł zwinnie wzdłuż brzegu Seekonk do miejsc leżących gdzieś w dali przed nim, gdzie czekały nań obrazy dzieciństwa i gdzie odrodziwszy się, mógł przeżywać na nowo wydarzenia z dawnych, dobrych czasów, kiedy Ziemia była jeszcze młoda...

Zniknięcie Warda Phillipsa odkryto dopiero, gdy do miasta zjechał pewien ciekawski miłośnik jego twórczości. Podejrzewano, że pisarz wybrał się na wycieczkę do lasu, tam zaniemógł i zapewne zmarł, mieszkańcy Angell Street znali bowiem jego samotnicze nawyki i wiedzieli o jego stale pogarszającym się stanie zdrowia. Choć grupy poszukiwaczy wyruszyły wkrótce w teren, przetrząsając okolice Nentaconhaunt i brzegi Seekonk, po Wardzie Phillipsie zaginął wszelki ślad. Policja była przekonana, że pewnego dnia ktoś gdzieś odnajdzie jego szczątki, aczkolwiek tak się nie stało i po jakimś czasie sprawę tę, jako nie rozwiązaną, odłożono ad acta, do archiwum. Minęły lata. Stary dom przy Angell Street został zburzony, książki z biblioteki wykupiono do antykwariatów, a wszystkie inne rzeczy sprzedano na złom, w tym także staroświecką, zabytkową arabską lampę, albowiem w erze technologii, jaka nastała po nostalgicznych czasach, w których żył Ward Phillips, nikt już jej nie potrzebował.

-przepisał Gromph

używanie zawartej tu grafiki, tekstów, kodu html, bez zgody ich autorów zabronione