|
Jest Legionowo [4 i 5]
-4-
- Ta ściana nie trzyma pionu! - pieklił się Kuba.
- Trzyma, trzyma. Tylko pion jest krzywy - wyjaśnił Rokita.
- Jakim cudem pion może być krzywy! - Kuba był wyraźnie zły.
- No właśnie. Cudem. To coś, co je budujemy, jest już tak
wielkie, że robi bałagan z wymiarami - Rokita wypowiadał się
jako ekspert od bałaganu wszelakiego - przypomnij sobie klatkę
Powiata - tu Kuba wspomniał swoją pierwszą i ostatnią samotną
wycieczkę do ZOO, podczas której nie dość, że siedzące w
jednej z klatek bliźniaczki Sukkubówny swoimi swawolnymi
gestami pobudziły w jego mózgu najmroczniejsze domeny, to
jeszcze rzeczony Powiat łypnął na niego okiem tak, że Kuba się
przewrócił.
- Jest ona tak wielka, że powinna być zewsząd widoczna - Kuba
z trudem, ale i z ulgą powrócił do koncentracji na wypowiedzi
inż. Rokity - a widzisz ją teraz?
- eee... nie.
- No i widzisz!
- Nie widzę!
- A nie widzisz dlatego - Rokita błyskawicznie wrócił do własnego
toku rozumowania, jako że o innych nigdy nie miał żadnych
informacji - że swoimi wymiarami zakrzywia ona wokół siebie
przestrzeń. Ale że ja ją budowałem, jest ona najwspanialszym
dziełem w wieloświecie. Do teraz, bo same fundamenty tego
ustrojstwa są wielkie jak pół klatki. A co to tak właściwie
będzie? - zainteresował się znienacka Rokita.
- To będzie silnik - znudzonym głosem udzielił odpowiedzi Kuba
- mówiłem ci to już chyba około czterdziestu dziewięciu razy.
- Tak, silnik, załapałem.
- To dobrze.
- A co on to miał robić, bo zapomniało mi się?
Wbrew pozorom kooperacja projektanta-architekta Kuby i inżyniera-alkoholika
Rokity przebiegała całkiem nieźle; jeden miał we względnej
pogardzie drugiego, co pozwalało utrzymywać im do siebie pewien
dystans, a jednak też ich własne poczucie wartości i dumy dawało
im energię do współpracy nad wspólnym dziełem; niemalże
oddawali temu projektowi własne dusze; zresztą w przypadku Kuby
tak było w istocie.
- Szef idzie! - krzyknął leżący na szczycie fundamentów
diabli członek Ekipy Budowlanej. Na ten sygnał leżące i
poniewierające się diabłyzerwał się i rzuciły do roboty,
czyli mieszania ektoplazmy z piaskiem, wożenia spoiny taczkami
na miejsce budowy; specjaliści w goglach oddzielali małymi młoteczkami
kawałeczki z Kuli Mrocznych Dusz. Małe, czarne bryłki wiły im
się w rękach, ale oni nie zwracając na to najmniejszej uwagi
wrzucali je do otworów w tych czerownych, półprzeźroczystych
kamieniach, które wykute były z podłoża. Po wrzuceniu doń
kawałka Mrocznej Duszy, kamień puchł i rozciągał się niczym
zdenerwowana galaretka; poza tym tężał i spełniał wtedy rolę
wspaniałego budulca.
Tymczasem, z zadziwiającą regularnością, na placu budowy
zjawił się Legion, czyli główny zleceniodawca budowy, w asyście
Kuby Rozpruwacza, architekta, który w biegu próbował pokazać
Legionowi duże arkusze ze starannie narysowanymi na nich
projektami. Nieco przed nimi szedł inż. Rokita, który z dumą
pokazywał dokonania swojej Ekipy Budowlanej, a ukradkiem spoglądał,
czy ktoś w tej ważnej chwili wizytacji nie obija się.
- I tu, panie, wkrótce zaczniemy kłaść podstawy pod wał... -
gorączkowo tłumaczył Kuba.
- Otóż to, otóż to - kiwał głową Legion w geście aprobaty.
- To jest również między innymi zasługa oczywiście mojej
Ekipy - wtrącił Rokita głosem tyleż radosnym, co i
nieskromnym.
- Twoi pracownicy naprawdę są wspaniali - atmosfera radości
przeniknęła nawet Legiona - kiedy ich widzę, zawsze pracują
na pełnych obrotach - tu podążył wzrokiem za biegnącym diabłem
pchającym przed sobą taczki z usiłującymi się z nich wydostać
kamieniami - kiedy oni w ogóle mają czas na odpoczynek?
- Wiedzą, że nie mogą zawieść swojego pana - usłużnie mijał
się z prawdą Rokita, a Legion był zbyt ucieszony postępującymi
pracami i tym, że jedna trzecia projektu jest gotowa bez
potrzeby brania budulca z jego ukochanego zamku, aby wyczuć fałszywość
u swojego nadzorcy prac budowlanych.
- A ty, mój architekcie, co to tam mi proponujesz? - Legion
zauważył w końcu Kubę.
- Panie, technika w moim świecie się zmienia, idzie do przodu,
więc zamiast tłoków i pieca proponowałbym coś nowego -
maszynę indukcyjną! Jest ona ekonomiczniejsza...
- Więc to zrób - Legion udzielił pozwolenia - a kiedy będzie
to w końcu gotowe?
- Biorąc pod uwagę tempo pracy... przygotowani materiałów...
uzwojenie... dopasowanie geometryczne... jakieś 240 lat.
- 240!? Przecież przy tak sprawnie pracującej ekipie zajmie to
co najwyżej osiemdziesiąt!
- Dobrze, mój panie, twe życzenie stanie się czynem - chórem
niemalże odpowiedział Kuba i Rokita.
- Więc, pracujcie dalej, dla chwały naszego wymiaru - na
odchodne rzucił Legion.
Kiedy już odszedł do swego pałacu, Rokita zwrócił się do
Kuby:
- Oczywiście, wcześniej pomnożyłeś czas budowy przez trzy?
- Oczywiście, że tak.
-5-
- A mówię pani, pani sąsiadko, że on to jest dziwny taki -
szepnęła jedna stojąca pod sklepem mięsnym niechuda i niemłoda
kobieta do drugiej, podobnej do swojej rozmówczyni.
- Ano racja, racja. Ja widziałam, jak dół w ogrodzie kopał.
- To widziała go pani ostatnio? Ja go od pół roku nie widziałam.
Tylko jakieś światła w oknach błyskają... - tu ręką dzierżącą
pokaźną płócienną siatkę z zakupami wskazała na dom stojący
na lewo od małej masarni - aż to czasem strach. Czy tam
przypadkiem... - tu sąsiadka nachyliła się do drugiej - jakie
złe nie siedzi - szepnęła.
- A bój się pani Boga - odpowiedziała rozmówczyni.
- Boga nie należy się bać, Boga należy kochać - usłyszały
głos zza żywopłotu, który mógłby być nawet szyderczy,
gdyby dwie panie były w stanie to zauważyć. Ale zza zasłony
wyłoniła się już cała postać, która wyglądała zza
ogrodzenia przez przerwę w żywopłocie. Najpierw sąsiadki
ujrzały dziwną fryzurę, gdzie wpadające w kolor blond włosy
były na całej głowie postawione na sztorc i przycięte na tym
samym poziomie, a całość mogła skojarzyć się z szerokim okrągłym
pędzlem. Postać, jak się okazało będąca młodym człowiekiem,
odziana była w granatowe dresowe spodnie i poszarzały
podkoszulek. Między owym podkoszulkiem a fryzurą zagościł uśmiech
skierowany do dwóch sąsiadek. Tego rodzaju uśmiechy widzą
zazwyczaj małe futrzaste zwierzątka u nadjeżdżającej
osiemnastokołowej ciężarówki, kiedy kulą się w świetle
reflektorów. W tym przypadku synonimem reflektorów było
spojrzenie owego młodzieńca, ale efekt był ten sam: dwie panie
nieco się skuliły i przysunęły do siebie.
- Dzień dobry paniom - powiedział tonem pod którym, zdawało
się, kryły się wymyślne i bolesne tortury.
- Dzie... dzień dobry - odpowiedziały po chwili wahania sąsiadki.
- Robię porządki w ogrodzie - młodzian miażdżył tym
stwierdzeniem pewność siebie obu pań. Nie doczekawszy się
odpowiedzi, odszedł parę kroków w tył, nie spuszczając
jednak wzroku ze swoich rozmówczyń. Zbliżył się do rozłożystego
drzewa po czym chwycił lewą ręką grubą, nisko rosnącą gałąź
o grubości słupa energetycznego. Nadal patrząc na sąsiadki, ułamał
gałąź, a na jego twarzy nie zagościł nawet cień wysiłku.
Więcej; obie panie, które dokładnie widziały cały czas jego
oczy, nie zauważyły, nie wyczuły żadnego wysiłku. Ułamanie
takiej gałęzi, z której odseparowaniem od drzewa miałby kłopot
doświadczony drwal mający do dyspozycji ostrą siekierę, nie
było dla tego osobnika bezwzględnie żadnym problemem.
- Do widzenia nadobnym paniom - odpowiedziała postać.
- Do... do widzenia - odpowiedziały nadobne panie i, jakby
zwolnione z niewidocznego uścisku, niepewnie oddaliły się, każda
w stronę swego gospodarstwa domowego.
- Chyba w końcu obszedłem system - powiedział do siebie młody
człowiek o fryzurze niczym pędzel.
Mariusz Saint
mariuszsaint@interia.pl
<<< powrót do Cykli :::: ^^ do góry ^^||
|