Opowiadania
Czytelników


Cykle

Inne

Komentarze

[ Online ]

Powrót do
AMaga




 
 

 

:::: Military ::::

Casus belli


Słońce leniwie wspinało się ponad horyzont, smagając promieniami coraz większe połacie terenu. Wśród zaszczyconych świetlnym dotykiem były też Bydłowice, niepozorna wioska położona w miejscu, które nawet nie zasługuje na umieszczenie na mapie, czego najlepszym dowodem jest fakt, iż rzeczywiście - żaden atlas nie miał w indeksie wiadomej nazwy. Prawdę powiedziawszy, na zmianie tego stanu rzeczy niespecjalnie zależało nawet mieszkańcom, więc nie kartografów nie można posądzić o jakiekolwiek zaniedbanie.

Jak co ranek, wraz z mieszkańcami budziło się życie. Kury na widok noworozsypanego ziarna poczęły czynić kroki w celu jego spożycia, krowy muczeniem oznajmiały o swoim istnieniu, a jedynie kozy powstrzymywały się od dawania oznak życia. Były to bowiem kozy ubite wczorajszego dnia.

Ten obraz spokoju i sielanki był niemal identyczny za każdym z dwudziestu dwu płotów ustawionych wzdłuż głównej i jedynej, bydłowickiej drogi, zagradzających dwadzieścia dwie niskie chałupy, poskładane głównie z drewna bądź nieociosanych porządnie cegieł. Jedyne budynki, jakie nie wpasowywały się w wiejski schemat, to krwistoczerwona remiza strażacka i dom władcy tej polnej krainy - willa sołtysa, biała niczym śnieżny puch, dumnie pnąca się ponad grunt w centralnym punkcie wsi. Mimo swej odmienności, dawno już mieszkańcy przestali zwracać uwagę na swego rodzaju przepych, który z początku nie chciał dopasować się do ich poziomu. Dom się przystosował, jak mówiono, choć lepiej byłoby powiedzieć, że bydłowiczanie przystosowali się do niego. Zapewne i tego dnia, kolejnego w letnim okresie i tym samym równie upalnego co poprzednie, willa stałaby zapomniana i smutna, z ubrudzonym sadzą od niedawna oknem, zapomniana mimo wystawienia na widok publiczny. Byłoby tak, gdyby nie jeden szczegół; nowy przedmiot, nieznany dotychczas mieszkańcom wioski. Rzecz, która u każdego, włącznie z sołtysem Pawlińczykiem, wywołała nie tyle zdziwienie, co szok. Otóż, na podjeździe pod domem głównego przedstawiciela wsi pojawił się czołg.

Pojazd ów stał na betonowym podeście o wysokości około pół metra. Do prostokątnego cokołu przypięta była połyskująca tablica, na której wyryto enigmatyczny napis "Pomnik Walczących".

Wrzawa, harmider i nieopanowany chaos są epitetami, które najpełniej oddają atmosferę pospiesznie zwołanego wiejskiego zebrania. Zgromadzeni przed pomnikiem obywatele tłumnie przybyli na, mającą się rozpocząć piętnaście minut temu, dyskusję z sołtysem. Jej tematem była, oczywiście, poranna niespodzianka. Gospodynie wraz z krzepkimi mężami i dziećmi podziwiały zabytek wojskowości, czekając na pojawienie się Pawlińczyka w oknie swego parterowego domostwa, jak to zwykł czynić podczas ważnych spotkań. Po długim oczekiwaniu wysmukła osoba tegoż wystawiła się na pytający wzrok publiki.
- Dobrzy ludzie - zaczął podniośle sołtys, który na tą okazję wdział najlepszą flanelową koszulę. - Dobrzy ludzie...
Przez chwilę panowała niezręczna cisza, którą przedstawiciel władz chciał jak najlepiej zagospodarować, myśląc nad następnym słowem, lecz nie było mu to dane. Wysoki mężczyzna w słomkowym kapeluszu zabrał głos:
- Co to je?
- Ależ, panie Zwierkiewicz, proszę nie przeszkadzać, kiedy mówię - oburzył się Józef Pawlińczyk. - Już właśnie chciałem powiedzieć, że to... ten czołg, pomnik... on, jak już chciałem powiedzieć... on... był niespodzianką! - przy wypowiadaniu ostatnich słów aż podskoczył z radości, jak gdyby nagle przypomniał sobie coś bardzo ważnego.
- Skąd się to pieruństwo wzięło, panie Jóżku? - zapytała jedna z kobiet.
- Pani Zapyziak, no proszę, pani... Ja mówię, nu? To niechże pani nie przerywa, dobre? - sołtys ponownie popadł w zadumę.

Wieśniakom imponowały przerwy w wypowiedzi Pawlińczyka, gdyż dzięki nim uchodził on za osobę oczytaną i wykształconą, lecz jedna osoba, dziecko mianowicie, najwyraźniej nie potrafiło docenić pracującej inteligencji i bezczelnie przerwało sołtysowy tok myślenia.
- Mama, pan Józek chyba nie wie.
- Nie! Wiem! - oburzył się sołtys. - Właśnie, że wiem.
- No to godej pan, skąd to przyszło. - zawołał ktoś z tłumu. - Myśmy niczego nie widzieli, kto to stawiał ani jak.
- Wiem, żeście nie widzieli, wiem. - z pogardą odparł Pawlińczyk.
- Niby skąd?
- Jak żeście przedwczora w remizie na dyskotece balowali, to pewnie do dzisiaj żeście odsypiali. - na dźwięk tych słów tłum oburzył się nieznacznie, ale tylko nieznacznie, gdyż było w nich sporo prawdy.
- No to godej pan, a nie zmieniaj tematu. Zresztą pewnie wtedy tak samo z nami hulał, że jeszcze do jutra nie będzie przytomny. - tu z kolei oburzył się sołtys, bardziej niż jego podopieczni, do czego zmuszało go stanowisko - bo na pewno nie wiara w nieprawdziwość zarzutów.

Między stłoczonymi dyskutantami zaczęła się rozpychać jakaś osoba, co nie zainteresowało absolutnie nikogo. Wrzaski owej persony osiągnęły jednak lepszy skutek i wkrótce dookoła niej utworzyło się przestronne koło.
- Co się pan drzesz? - ktoś rzucił cicho.
- Jak pan nie pamiętasz, skąd jest pomnik - mówił uwolniony z uścisku, skromnych rozmiarów i odzienia, młodzik - to weź pan sprawdź, co podpisywałeś. Przeca potwierdzenie na odbiór pomnika musiało być.
- Mądry się znalazł, studencik... - zamruczał sołtys, lecz nie odparł nic więcej.

W tej chwili Pawlińczyk zagłębił się do wnętrza swego domu, jednak nie udał się na poszukiwania stosownego papieru. Wiedział bowiem, że go nie znajdzie, gdyż cały jego gabinet wraz z dokumentami spłonął, co było efektem pewnej nazbyt swobodnej zabawy w remizie. Stało się bowiem tak, że sam sołtys, wraz z trzyosobową grupą strażacką bawili się nieopodal willi, gdzie przeniesiono przyjęcie po wyczerpaniu zapasu napojów z pobliskiego sklepu. Gdy służby pożarnicze były niezdatne do dalszej swawoli, sołtys zapragnął ocucić towarzyszy, a wiadomo powszechnie, że w środku nocy nic tak nie rozbudza, jak sztuczne ognie, którą to prawdę cała wieś wynosiła z corocznego sylwestra. Niestety, odpalenie petard wywołało jedynie pożar gabinetu Józefa, a na mężczyzn nie podziałało w ogóle, czyli - przyniosło skutek zgoła odwrotny od zamierzonego.

Czekający tłum po kilku godzinach znudził się patrzeniem w okiennice i wszyscy zebrani postanowili powrócić do własnych zajęć, dochodząc do słusznego wniosku że czołg nie zając - nie ucieknie.


Słońce prażyło, lecz palący upał nie zniechęcał ludzi od przebywania w ogródkach tego pięknego, lipcowego popołudnia. Po kilka rodzin gromadziło się na miedzy, rozkładało kanapki, dzbanki z herbatą i gryle, po czym spędzało czas na upojnym leniuchowaniu na świeżym powietrzu i rozprawianiu o wszystkim, co tylko przyszło na język. Dzieci, piszcząc i śmiejąc się biegały po podwórku, wymyślając kolejne i coraz to głośniejsze zabawy. Towarzyszyły im w tym zwierzęta, głównie psy, które podskakiwały i biegały po ogródkach.

Podczas robienia któregoś z kolei okrążenia wokół dorosłych, jedno z dzieci, blond berbeć o bujnej czuprynie, wykrzyczało słowa, które wprawiły w osłupienie wszystkich obecnych.
- Pif! Paf! Zabiłem Miecia!
Śmiech malucha, mierzącego do kolegi z połamanego patyka, został zagłuszony przez doniosłe, grupowe "och!".

Koło gospodyń wiejskich szczelnie oblegało bramę prowadzącą do domu sołtysa Pawlińczuka. Ten w końcu zaszczycił kobiety swoją obecnością i obdarzył je wszystkie promienistym uśmiechem.
- O co chodzi, moje panie? - rzekł, rozkładając ręce i sygnalizując tym samym dobrą wolę, a wszystkie zapytane naraz poczęły mu odpowiadać, dzięki czemu poznał wiadomą historię jednocześnie z wielu punktów widzenia.
- Moje panie - podjął Józef - czy dziecięca zabawa jest powodem do takiego aferowania się?
- Panie! - wrzasnęła któraś z tłumu. - Pan musisz zabrać ten czołg! On nam dzieciaki deprawnikuje!

Sołtys pomyślał, że rzeczywiście dobrze byłoby pozbyć się kłopotliwego podarku, ale inna sprawa, że nie wiedział od kogo prezent pochodzi, ani w jaki sposób znalazł się pod jego domem. Powiedział więc:
- To nie takie proste. Widzicie, moje panie...
- Zabieraj pan to cholerstwo! Widzisz pan, co w telewizji pokazują, jak teraz młodzi zabijają! Nie chcemy mieć dziecka-mordercy!
- Tak! - zakrzyknął chór niewiast.
- Drogie panie... tak prosto się nie da. Procedury są i...
- Co się nie da, panie Pawlińczyk? Wszystko się da, ale pan jest dupa! Dupa i pijak!
Obrażony zrobił się purpurowy na twarzy, choć z początku niedowierzał, że jakaś kobieta może jemu, przedstawicielowi prawa w tej wsi wyrzucić coś podobnego!
- To teraz ja jestem dupa, co? Ja? - złość wzbierała w mężczyźnie we flaneli.
- No tak, przeca to pana wina, ten czołg.
- Moja...? Moja...? - nagle na jego twarzy pojawił się wyraz tryumfu.
- Przecież - kontynuował - to te gnojki z rządu wszystko tak knocą! To wina rządu! Mamy nieudolnego prezydenta - i tyle! A rząd jest beznadziejny! To ich wina!
Z wyrazu twarzy gospodyń można wywnioskować, że słowa sołtysa przemówiły do ich duszy, a jeśli nie aż tak głęboko, to przynajmniej do samej świadomości.
- Tak, to przecież przez rząd takie wysokie podatki. - rzekła z godnością Maciakowa, która rzeczonych podatków nie opłacała od ponad roku. Zawtórowało jej grono przyjaciółek, a wkrótce demonstracja antypomnikowa przemieniła się w antyrządową.
- Rząd robi z dzieci morderców! - wywnioskowała któraś z dam.
- To przez morderców z rządu ludzie zabijają. I płacą wysokie podatki! - skonstatowała inna.
- Ale, ale, moje panie - zabrał głos pan Józef, być może chętny dociec sprawiedliwości, a być może że chcący podratować trochę reputację rządu, jako, że sam był jego przedstawicielem. - Może być jeszcze jeden winny. Na przykład, tego... - zamyślił się, po czym znów wybuchnął z tryumfem - A nie zwróciły panie uwagi, że pewne osoby należą do klub miłośników wojskowości?
- Prawda, panie... - nagle przypomniała sobie jedna z kobiet. - Myślisz pan, że to ktoś z nich?
- Może... Nic nie jest wykluczone - zasugerował Józef.
- Sprawdzimy to, nie? Nie pozwolimy, żeby stare konie głupie żarty robiły i jeszcze nam dzieci pruderowały. Na pole, albo krowy doić!


Koło gospodyń wiejskich wraz z sołtysem zawitało do siedziby Klubu Miłośników Militariów, czyli do domu jednego z członków. Był to człowiek pięćdziesięcioletni, podobnie jak jego koledzy zresztą, ubrany w coś, co mogło przypominać mundur żołnierza, jeśli mocno zmrużyć oczy i wyobrazić sobie ów mundur.
- A czego panie chcą? - zapytał emerytowany wojskowy w progu swych drzwi, lecz nie usłyszał odpowiedzi, a tylko został odepchnięty. Zrobił tym samym drogę dla kilkunastu kobiet i dumnego z siebie Józefa Pawlińczyka.
Oddział oskarżający wkroczył do dużego pokoju, gdzie przy piwie urzędowali pozostali trzej członkowie klubu. Zostały im przedstawione zarzuty, na co najwyższy rangą - sierżant Rożenek, jak sam się zameldował - odrzekł:
- Głupoty pleciecie! Skąd my pomnik czołgu!
- No wy, wy, w końcu to wy jesteście wojskowi! - syknęła niska kobieta z wałkami na włosach.
- Eee, tam. Zresztą jakbyśmy robili pomnik, to nie durnych pancernych, co to tylko w puszce tyłek gniotą, ale prawdziwych bohaterów! Piechoty!
- Tak, panie - wtrącił się kapral Borowik - służyliśmy w piechocie... To jest wojsko, nie głupie pancerniaki. Tamci to mieli, o, tak dobrze, o, jak w hotelu. W życiu bym im pomnika nie postawił.
- Panie, coś pan tak na czołgistów zawziął? - wtrącił się sołtys.
- Co? - rozsierdził się wojak - A służyłeś pan kiedyś? W piechocie? Jak oni rezerwistom musztry robili? Nie, nie służyłeś pan nigdy, to morda w kubeł, bo nie wiesz pan, panie, co to za szuje są! Wot, szuje!

Zarówno kobiety, jak i sołtys, czuli się przekonani o prawdziwości tych słów. Zostały one bowiem wypowiedziane z taką hardością, jak gdyby niechęć do kolegów z wojska psuła czterem mężczyzną krew od trzydziestu lat równie skutecznie, co wytwarzany przez nich samogon.
- A ten czołg - podjął na nowo wojskowy - to pewnie waszych chopów wina! Oni jeszcze głupsi niż czołgiści. Kto przecie ciągle nam wypomina, że nie pracujemy ino rentę wielką jak studoła bierzemy, no kto?

Gospodynie uznały, że wiele jest słuszności w podejrzeniach Rożenka, gdyż faktycznie - w domu, po dniu pracy w polu, ulubionym zajęciem ich mężów było obgadywanie tych "leniwych, podłych rencistów, co to biorą taką kasę w miesiąc, co oni muszą wypracować przez pół roku".


Sołtys, stojąc na czele pochodu złożonego z koła gospodyń wiejskich i członków Klubu Miłośników Militariów, zawitał na rozległe pola, które rozpościerały się hen, daleko za granice wsi. Obrotny był z niego człowiek, nic dziwnego więc, że niedługo wszyscy rolnicy zebrali się w sali, słuchając oskarżeń ze strony własnych żon.
- Czy wyście, baby, pogłupiały? - krzyknął chór wieśniaków.
- Właśnie - teraz ozwał się tylko jeden, który przejął rolę ambasadora mężczyzn. - Na cholerę nam czołg! Wygląda toto głupio jak siodło na świni, a zresztą czy wy myślicie, że my nie mamy nic do roboty, tylko jakieś durnoty nam w głowie? My musimy zarabiać, nie to, co te gnoje z rentą jak pensja prezydencka.

Przemawiający ostro spojrzał na kombatantów, a zaraz potem wywiązała się kłótnia. Przyłączył się do niej sołtys, następnie reszta mężczyzn, a na końcu gospodynie, które - z godną uwagi zawziętością - nagle zaczęły wrzeszczeć, że oni wszyscy dzieci im deprawują.



Następnego dnia już z samego rana całe Bydłowice były na nogach. Powodem tego okazała się niespodziewana wizyta telewizji, które to wydarzenie było pierwszym o naprawdę ogromnym znaczeniu w historii wsi. Wieśniacy włożyli odświętne stroje i wylegli przed domy tuż po informacji listonosza, pukającego do każdych drzwi i ogłaszającego radosną nowinę.

Wóz transmisyjny zaparkował przed czołgiem, a z jego wnętrze wyszły trzy osoby - jedna, będąca mężczyzną z dużą, nieporęczną kamerą na barkach i druga, również mężczyzna, trzymający w ręku mikrofon. Trzecią personą okazała się przystojna dziennikarka, która skierowała wzrok w stronę kamery, wzięła mikrofon od kolegi i wyrzekła, co następuje:
- Witam państwa ze wsi Bydłowice, gdzie minister sprawiedliwości zarządził postawić Pomnik Walecznych, upamiętniający czołgistów broniących, jak sam powiedział: "wszystkich wsi, wszędzie, zawsze". Przed państwem sołtys wsi, Józef Pawliński. Panie sołtysie, co pan sądzi o pomyśle postawienia pomnika tuż przed pańskim domem?
- Uważam - rzekł elegancki dziś pan Józef, szczerząc zęby w obiektyw - że jest to znakomity pomysł, który świadczy o umiejętnościach organizacyjnych naszego rządu. Minister sprawiedliwości poświęcił się słusznej sprawie, i za to go podziwiam.
- Dziękuję panu. Teraz zapytamy o zdanie mieszkańców wsi. Przepraszam pana, pan jest byłym wojskowym, tak? Co pan sądzi o pomniku?
- Psze pani - kiwając nerwów głową, przemówił kombatant - myślę, że to świetny pomysł. Trzeba pamiętać o bohaterach, a pancerni na pewno byli bohaterami. Ich bohaterstwo jest wielkie, należy o nich pamiętać. Pomnik to zdecydowanie świetny pomysł.
- Dziękuję, a co pani myśli o inicjatywie ministra?
- Och, ja? - Zapyziakowa przygładziła fryz - Znakomicie! Znakomicie! Dzieciaki powinny się uczyć bohaterstwa i odwagi. Tak, powinny. Odwaga jest najważniejsza, zawsze tak myślałam.
- Dziękuję - dziennikarka zwróciła się w stronę Zwierkiewicza - a pan co myśli o pomniku, jako rolnik, który żywi i broni?
- No, bardzo ładnie wygląda...



Military

militarypolice@wp.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||