|
Zima 1957
- Nie no, jasne, nie ma sprawy (nie ma sprawy! Boże, czyż to nie
brzmi jak najgorszy banał świata?!)... każdemu się może
zdarzyć (nie! i lepiej, żeby się nie zdarzyło, nikomu!)...
jasne, wiesz, nie gniewam się (ja? nie, bo niby o co, a Ty?)...
w porządku, przedzwoń, kiedy sprawy inaczej się ułożą,
rozumiem, każdemu może coś wypaść (coś?! to nie jest COŚ,
to jest najgorsza tragedia, jaka mogła go spotkać)... przecież
ja ostatnio też nawaliłem, to nie Twoja wina (oczywiście, że
nie jego, niczyja, ale tak boli...). Pa, przedzwonię niedługo (chociaż
wcale nie chcę z Tobą rozmawiać, już nigdy, nie wiem, co Ci
powiedzieć!).
Odłożyłem słuchawkę. Nie, nie pamiętam, chyba po prostu puściłem
ją, opadła luźno. Tak, jeszcze przez chwilę po wyjściu z
budki dźwięczał mi w uszach sygnał telefonu. Jakby krzycząc
"nie! nie! nie!". Ale przecież nie cofnę czasu...
Zresztą, co ja mógłbym zrobić? Mogę tylko powiedzieć, że
mi przykro. A i to nie będzie prawda. Przykro? Przykro mi, gdy
widzę bezpańskiego psa, teraz czuję się nikim! Jakby świat
walił mi się na głowę. A co musieli czuć oni? Czy oni byli
jeszcze w stanie myśleć po tym, co się stało?
Granat aparatu telefonicznego wydał mi się jakiś nie na
miejscu. Czarna słuchawka bujała się, jak gdyby nie była
przed chwilą świadkiem tej rozmowy. Jak gdyby nie słyszała załamującego
się głosu mężczyzny i odpowiadającego mu z zakłopotaniem
drugiego. Jak gdyby nie wiedziała, że ten pierwszy płakał...
Może nie wie? Nie, to bez sensu, przecież cały czas tu była...
Oparłem się o ścianę budki i przymknąłem oczy. Ujrzałem go
przed sobą, takiego jak zawsze, uśmiechniętego, patrzącego z
miłością na swojego syna. Jego jedyne tak upragnione dziecko-
mówił, że za niego oddałby życie. To było kilka miesięcy
temu. Widzę tę scenę, jakby miała miejsce nie wcześniej niż
parę minut temu. Koło nóg chłopca zaczyna się plątać
czarny spaniel, wesoło merdając tym, co zostało z jego ogona.
Długie uszy zabawnie opadają na psie oczy. Chłopiec pyta matki
czy może iść się pobawić ze zwierzakiem i, poczekawszy na
jej skinienie głową, wybiega z pokoju.
-Zresztą i tak dorośli na pewno chcą pogadać na osobności-
rzuca z uśmiechem, stojąc już w drzwiach. Śmiejemy się
wszyscy i zaczynamy rzeczywiście naszą dorosłą rozmowę. Jego
żona jak zwykle wprowadza atmosferę niesamowitego ciepła. Przy
niej zawsze czuję się tak... rodzinnie. Jest piękną kobietą.
Kochają się, naprawdę mocno, tego nie da się ukryć. Po
kilkunastu latach małżeństwa nadal nie mogą wytrzymać bez
siebie więcej niż kilka godzin...
Po paru minutach dostrzegłem przed hotelową budką telefoniczną
niecierpliwiących się w kolejce ludzi. Muszę iść do siebie,
przyszło mi do głowy, chociaż nie wiem, dlaczego stało się
to dla mnie nagle tak ważne. Wyszedłem, wywołując kilka
westchnień i jęków wśród oczekujących na zwolnienie
telefonu.
Obrotowe szklane drzwi... Ludzie wchodzą i wychodzą, nie zauważają
się nawet nawzajem. Miałem ochotę wykrzyczeć im to, o czym
wiedziałem od paru godzin, co sprawiało, że nie mogłem
powstrzymać, szalejących w mojej głowie myśli. Tacy zabiegani
tak im się spieszy. Czy oni nie wiedzą, co się stało?! Nie,
no jasne, że nie. Skąd mieliby wiedzieć? Nie wiem kiedy znalazłem
się po drugiej stronie szklanego kołowrotka dla ludzi, ale
poczułem się w nim, jak jakiś mały gryzoń, biegający w kółko,
bez najmniejszej świadomości otaczającego mnie ogromu świata.
Znalazłem się na chodniku przed hotelem. Parę godzin temu to właśnie
tu spotkałem naszą wspólną znajomą, to tu się dowiedziałem.
Potem byłem w stanie tylko wejść do hotelowej kawiarni i po
paru drinkach udało mi się wystukać numer telefonu przyjaciela.
Parę godzin temu szedłem tędy, nie wiedząc jeszcze o niczym i
właśnie tu ją spotkałem. Jak zwykle gdzieś jej się spieszyło,
ale, też jak zwykle, znalazła chwilę, żeby ze mną porozmawiać.
Mówiła, że musi mi powiedzieć coś ważnego. Rzeczywiście,
to było ważne. Ale kiedy zaczęła mówić, wydawało się, że
to ją cieszy... Teraz myślę, że było wręcz przeciwnie. Oczy
nie błyszczały jej z radości, ale od łez. Kiedy wymawiała
powoli te słowa, spuściłem głowę. Wbiłem oczy w chodnik i
nie potrafiłem wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Wydaje mi
się, że nawet nie myślałem. Ona z zakłopotaniem rzuciła, że
jej się spieszy i odeszła w którąś stronę. A ja stałem tam
kilka minut, zanim zdołałem wejść do hotelu, który jak gdyby
nigdy nic, stał spokojny i wielki za moimi plecami. Chyba z
przyzwyczajenia trafiłem do kawiarni, a kelner, znajomy zresztą,
podał bez słowa "to, co zwykle". Czy wypiłem? Tak,
nawet więcej niż planowałem. Alkohol czasem pomaga, przełknąć
coś takiego, oswoić się się z myślą, że... Ale zrozumieć
nie. Nie wierzę, żebym mógł kiedyś zrozumieć, dlaczego ten
świat jest tak cholernie popieprzony!
Siedziałem tam, gapiąc się na wykładzinę i wciąż słyszałem
jej słowa:
-Wczoraj powiesił się czternastoletni syn twojego przyjaciela.
Kiedy rodzice wrócili do domu zobaczyli w łazience wisielca,
swoje dziecko... Ludzie mówią, że chłopiec kochał się
nieszczęśliwie w pięknej dojrzałej kobiecie...
Zosia
vhg@poczta.onet.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||
|