|
Dzieci wojny
I
Kiedy zmarł ojciec było im ciężko. Miał wtedy czternaście
lat i za wszelką cenę starał się zastąpić go młodszemu
rodzeństwu. Szczególnie trudno było mu z Robertem, dziesięciolatek
ciężko przeszedł śmierć ojca. Często były na niego skargi
ze szkoły, a matka i tak zapracowana nie radziła z nim sobie.
Widział ją jak późno w nocy kładąc się spać modliła się
klęcząc przy łóżku. Ukrywała twarz w zniszczonych dłoniach,
ukrywała te wyblakło błękitne oczy, ukrywała siwiejące włosy.
Modliła się głośno, a gdy skończyła i podniosła się,
widział, jak po jej twarzy spływają łzy. Tylko raz widział
matkę gdy płakała. Było to na pogrzebie ojca. Scena jej
modlitwy tym bardziej wryła mu się w pamięć.
Potem czuł się jeszcze bardziej odpowiedzialny za swoją rodzinę.
Pomógł Robertowi, gdy ten skończywszy szesnaście lat wplątał
się w niezbyt dobre towarzystwo. Zaczął nawet ćpać. Matka o
tej sprawie nigdy się nie dowiedziała. Po sześciu latach coraz
mniej zostawało w niej z tej dzielnej, twardej kobiety którą
była za młodu. Zawsze czuł odpowiedzialność także za nią.
Tak chciałby ojciec.
II
Zdziwił się tym, że gdy matka dowiedziała się o rozpoczęciu
wojny nie przejęła się, jakby jej to nie dotyczyło. Dopiero
kiedy jej powiedział - mamo, ja idę - zaczęła zauważać co
się wokół niej dzieje.
III
Nie chciał zabijać. Codziennie, w myślach przeżywał tę
chwilę, kiedy strzela. Jego kula miękko wybija się w ciało
przeciwnika. Wokół jest tyle krwi, mnóstwo krwi na jego rękach.
Zawsze robiło mu się niedobrze. Ale był żołnierzem. Żołnierz
musi być twardy. Wiedział o tym. Lubił wojnę, kiedy mógł
siedzieć na tyłach, słuchając o kolejnych zwycięstwach. Taką
w której nie widział ciał, tylko głuche wybuchy na ekranach.
Tak jakby tam nie było ludzi. Tu, w tym okopie, mimo iż był
twardy, bał się. Normalnie po ludzku się bał. Ale nie był
jednym z tych miękkich pacyfistów, nie rozumiejących żołnierzy.
Bo czy można mówić, że kocha się swój dom, rodzinę, nie
walcząc o nich? Życie mężczyzny to ból, krew i pięść. Bo
czy czuć można tak samo, gdy się nic nie poświęci? Ale co
innego jest mówić o wojnie, o bólu, krwi i pięści, niż
siedzieć w okopie. Niż czekać na śmierć, swoją lub
przeciwnika. Bo kiedy człowiek siedzi w okopie, trzęsie się z
zimna, śmierdzi, niedojada i poci się ze strachu zaczyna wątpić.
A potem coraz mniej zostaje w nim z człowieka, więcej z
zaszczutego zwierza. Zwierza który broni się za wszelką cenę.
Palił papierosa. Był sam. W takich chwilach zwykle myślał o
domu. O tym, że wróci tam w chwale. Że skończą się tam jego
wszystkie koszmary, które tu nie dają mu spać. Znajdzie
dziewczynę, pobawi się ze swoją chrześnicą. Zje smaczny
obiad z matką i rodzeństwem. Będzie szczęśliwy. Wreszcie
bezpieczny i szczęśliwy. Kiedy skończył palić i wywalił
peta, rozległ się sygnał alarmowy. Żołądek zwinął mu się
boleśnie. Ale jednocześnie trochę mu ulżyło. Naiwnie pomyślał,
że to się może wreszcie skończy. Jakby wojna zależała od
tej jednej głupiej jadki.
Siedzieli w tych okopach, Bóg tylko wie jak długo.
Nieprzyjaciel stale ich obstrzeliwał. Stracili już wielu ludzi.
Ale nie wycofali się. Rozkaz to rozkaz, jak wierzyła większość.
Rozsądniejsi nie dostrzegali po prostu szans ucieczki. Mundury
śmierdziały im tym co zostaje po wybuchu. Niebo było szare, od
jednolite. Przestał już liczyć dni.
Jakiś panikant bez rozkazu nie wytrzymał i wybiegł z okopu.
Chciał uciec. Nie miał szans. Wrogowie trafili go gdy był już
daleko. Nie zginął. Leżał po prostu i wył.
Nikt nie był na tyle głupi, by próbować go ratować. Nikt nie
był na tyle zimny, by go zabić. Łatwo się mówi o wielkich
sprawach w wielkich słowach. Trudniej cokolwiek zrobić.
Więc on leżał tam i wył.
Słyszał go świetnie w tych okopach. Na początku było mu żal
tego człowieka, ale potem wycie zaczęło mu coraz bardziej działać
na nerwy. Nie mógł marzyć o domu, nie mógł myśleć, o tym
czy w końcu zastrzeliłby człowieka w bezpośrednim starciu.
Skończyły mu się nawet papierosy. Minęło parę godzin, a on
wiedziałby, że oddałby wszystko, gdyby ten człowiek przestał
wyć. Inni jakoś ignorowali chyba jego wycie. Zostało ich
zresztą niewielu. A on już nie wytrzymywał.
Tam, na terenie wroga, jak zarzynane zwierze, na przemian modlił
się do Boga i klął na Niego, człowiek.
Czuł powoli jak te wszystkie wyrzuty przewiercają jego mózg.
Czuł jakby był chory gdy tamten opowiadał na półprzytomnie o
swojej rodzinie. Nawrzeszczał nawet na niego, a kiedy inni go
uspokoili takim samym wrzaskiem, chciało mu się płakać. Zrobił
by wszystko, byle by ten głos umilkł.
Wszystko. Wszystko za chwilę.
Wziął karabin.
Widział doskonale rannego.
Pociągnął za spust. Raz, potem drugi, trzeci. Ranny nadal wył.
Pudłował. Inni patrzyli na niego ze zdumieniem. On ich nie
widział. Zauważył tylko, że wycie ucichło.
Patrzył na swoje ręce. Brudne od piasku, o obgryzionych
paznokciach. Odłożył karabin. Wyciągnął mechanicznie mały
pistolet. Stał przez chwilę z lufą przyłożoną do czoła, aż
go powstrzymali. Nie rozumiał tego, ale gdzieś w głębi siebie
chciał żeby go powstrzymali. Potrzebował ich rozgrzeszenia. Śmierci
nadal się bał.
Wzięli mu pistolet, a on skulił się w okopie, nie widząc
kompletnie nic. Był daleko, daleko w domu. Jego matka tuliła go
do siebie, jak wtedy, gdy był mały. Jak on wtedy tego nie lubił.
Nieprzyjaciele znów wznowili ostrzał.
IV
Nie wiedział dlaczego tak się stało, że akurat on ocalał.
Postrzelili go tam, na polu bitwy i stracił przytomność.
Obudził się w polowym szpitalu, w łóżku, które wydało mu
się niebem w porównaniu z brudem i wilgocią okopów. Dziękował
Bogu za cud, modlił się jak nigdy, codziennie. Był ranny i nie
musiał wracać na front. Postrzał na szczęście nie był poważny,
zostanie mu tylko powojenna pamiątka - blizna. Będzie mógł
dumny z wypiętą piersią powiedzieć - mamo, patrz jak waleczny
jest twój syn. Tu jest jego blizna. Tu była jego krew. Krew którą
przelał za takie matki jak ty, za takie siostry jak moje, za
taki dom jak nasz. Ciągle wypytywał się o wieści z frontu.
Cieszył się z każdego zwycięstwa. Jak na meczu futbolowym -
jego drużyna zwycięża. Z sąsiadami z łóżek robili nawet
zakłady. O papierosy.
Noc w noc nie chciał kłaść się spać. Często leżał z
otwartymi oczami, aż do bólu, aż do chwili kiedy jego organizm
poddawał się i w końcu zasypiał.
Noc w noc śniły mu się biało-czarne jak klatki starego filmu
obrazy. Bez dźwięku i bez ruchu. Śniły mu się twarze innych
żołnierzy, druty, okopy. To jak zapala papierosa. Jak strzela.
Śniły mu się twarze umierających wykrzywione w bólu. Kolejna
powojenna pamiątka. Tylko do tej nigdy się nie przyzna.
V
Obok ich obozu często przechodzili uchodźcy. Ciągli do granicy.
Obstrzeliwani po drodze, wygłodzeni, patrzyli wielkimi oczyma
zastraszonych zwierzątek. W starych szmatach ciągnęli za sobą
cały swój i zrabowany innym po drodze majątek, nawet zwierzęta,
głównie kozy.
Bali się żołnierzy, bo ci, tam na froncie mordowali ich braci,
ich dzieci, ich mężów. Tam, paręnaście kilometrów dalej
palili ich domy i gwałcili i mordowali córki. Zabijali ich
zwierzęta i zabierali wszystko. Bali się ludzi w mundurach, ale
niektórzy przychodzili żebrać, osłabieni z głodu. Dlatego
zakazano im się zbliżać do obozu.
Czasem stał na skraju obozu, paląc przyglądał się tym
pielgrzymkom. Pewnego dnia z jednej z tych grup wybiegła koza.
Goniła ją mała dziewczynka. Chwycił kozę, zanim wbiegła do
obozu. Zwierze było strasznie wychudłe. Widząc to mała stanęła
w miejscu i patrzyła się na nich. Zawołał ją. Nie zareagowała.
Zaczął prowadzić na sznurku kozę do dzieciaka, ale ona cofała
się za każdym razem, gdy on zrobił krok. Potem nadal stała w
miejscu i patrzyła się uparcie. Zniecierpliwiło go to. Puścił
kozę, a tak wbiegła prosto do obozu. Mała bez wahania pobiegła
za nią. Chwycił ją gdy biegła, lecz ona zaczęła się
wyszarpywać. Puścił ją w końcu, kiedy go ugryzła. Zaklął
i wrócił do obozu. Mała stała w miejscu.
Był głodny, dostał z przydziału jakieś świństwo, pewnie z
puszki. Albo z kozy. Po paru godzinach wrócił na swoje stałe
miejsce obserwacji.
Na środku pustego pola stała mała sylwetka z rudawą chustą
wokół głowy. Uparcie wpatrywała się w obóz, nie ruszając
się z miejsca. Robiło się już ciemno i zimno, zaczynał wiać
przenikający przez ubranie, skórę, aż do kości zimny wiatr
pustyni. Stanął naprzeciw niej, w swoim stałym miejscu. Droga
w oddali była prawie pusta.
Nie wiedział ile czasu minęło. Miał ochotę podejść do
dziecka, wrzasnąć na nie, że to nie on zabrał jej tą cholerną
kozę, i ze ma sobie iść, szukać swoich rodziców, bo pewnie
się o nią martwią. Ale stał. I nikt nie przyszedł po małą.
W pewnej chwili dziewczynka zachwiała się i upadła.
Przyniósł ją do obozu, zemdlałą z głodu w ukryciu. Nie
chciał, żeby inni z niego żartowali. Oto idzie
nieboszczka matka Teresa z Kalkuty. Tylko dzisiaj ogolić nóg
zapomniała. Święty Franciszek i jego zwierzątko.
Kiedy się obudziła, nie krzyczała. Patrzyła tylko tymi
wielkim szarymi oczyma, oczyma pełnymi pustki. Dał jej
jedzenie, na które zaraz się rzuciła. Nie odezwała się przy
tym ani słowem.
Siedział tak z nią, brudną, wielkooką i po pewnym czasie zaczął
mówić do niej. Opowiadał jej o domu, o śmierci ojca, o matce,
jak płakała i problemach Roberta. O tym jak Anka rzuciła go,
bo był za biedny i jak rodzina to dla niego wszystko. Ona nie
odzywała się, pewnie nie rozumiała ani jednego słowa. Patrzyła
tylko. Patrzyła uważnie. Mówił jej o wszystkim, o czym nie mógł
powiedzieć nikomu, tu na tym polu bitwy, by nie wyjść na słabego.
O tym, że bał się zabijać i o tym jak strzelił do swojego, a
teraz pewnie dadzą mu medal. O tym, że kuchnia jest tu wstrętna.
Że tęskni. Potem, choć sam nie rozumiał dlaczego zaczął płakać.
Nie płakał już tak dawno, w domu nie płakał nigdy. Patrzyły
na niego szare oczy pełne pustki. Wielkie oczy dziecka.
I gdy on płakał, dziewczynka przestraszyła się. Zaczęła coś
mówić w swoim narzeczu, strasznie szybko, a on nic nie rozumiał.
A mówiła o kozie, o tym jak rodzice kazali jej ją prowadzić i
pilnować. I szła, szła z kozą długo. Była bardzo zmęczona
i głodna. Potem strzelali do nich i wszyscy pobiegli w różnych
kierunkach. Tłum popchnął ją gdzieś, a ona nie znalazła już
swoich rodziców. Długo ich szukała i była strasznie głodna.
Myślała, że umrze. Pilnowała kozy, by nikt jej nie zabrał, a
gdy jej rodzice wrócą odda im ją i będą z niej dumni. Potem
będzie lepiej. Zaczęła pocieszać płaczącego w swoim języku,
bo nigdy nie widziała płaczącego mężczyzny i ten widok ją
przerażał. Aż w końcu zaczęła śpiewać. Tak jak śpiewała
swoim młodszym braciom gdy kładła ich spać. Była to kołysanka
w dziwnym języku, smutna i wyjąca melodia. Kołysanka pustyni.
Kołysanka wiatru.
Szare wielkie oczy wypełniły się łzami.
Dzieci wojny modliły się do swoich bogów.
Novinha
theprisoner@wp.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||
|