Opowiadania
Czytelników


Cykle

Inne

Komentarze

[ Online ]

Powrót do
AMaga




 
 

 

:::: Military ::::

Echa lasu


Jasna zieleń traw, pozłacana promieniami słońca przebijającymi delikatnie korony wysokich, smukłych drzew, lśniła kroplami rosy. Osadziły się one zarówno na ostrych, falujących źdźbłach, jak i na brązowych pniach, również tych powalonych przez niegdysiejszy huragan. Głucha cisza nie była przerywana jakimkolwiek dźwiękiem; żadne zwierze nie zakłócało idealnego spokoju lasu, górującego nad wszystkim w pobliżu; spoglądającego wyraźnie złowrogo na każdą żywą istotę przerywającą niezakłóconą harmonię. Dlatego też żadne stworzenie nie ośmieliło się przestąpić próg zamglonej lekko krainy. Wysokie na kilkadziesiąt metrów pnie, poorane przez zęby czasu i pazury wiatru zdawały się ostrzegać nieproszonych gości przed miejscem należącym wyłącznie do matki natury. Liście śpiewały szeptem leśną melodię, jakby porozumiewając się z duchami tego miejsca, korzystając z ich doświadczenia, otrzymując porady od zjaw przeszłości. Ich muzyka była dziwna, nienaturalna. Niespokojna. Szum ustawał, to znów się wzmagał, mimo że wiatr jednostajnie i lekko smagał gałęzie.
Rzędy sosen, dębów, klonów i innych drzew - zarówno liściastych jak i tych z ostrymi igłami w ich miejscu - pięły się ku niebu, wydłużając swe ciała znacznie bardziej niżby to było konieczne. Wznosiły mur, który był niemal nieprzenikniony dla słońca. Runo leśne było wyjątkowo ubogie - wyłącznie soczysta trawa, w niektórych miejscach upstrzona poskręcanymi dziwacznie grzybami, jednak nie pozwalająca dojrzeć choćby skrawka gołej ziemi.
W lesie nie było bitej drogi, jednak takowa nie była potrzebna. Zarośla dawno zostały pokonane przez drzewa, które zagarnęły słońce tylko dla siebie. Pnie przechodziły więc prosto w miękkie, nieskończone morze szmaragdowych igieł zroszonych obficie grubymi kroplami, które osadziły się nań niedawno.

Lakierowany, czarny bucik spoczął na zielonym dywanie. Kolejne kroki były stawiane niepewnie, ostrożnie i z namysłem. Kilkuletnia dziewczynka spoglądała to na ziemię, to znów w głębiny leśnej głuszy, spiesząc się a jednocześnie zachowując baczenie. Duże, głębokie, zielone oczy obiegały kolejne pnie aby zaraz patrzeć na swe odbicie w błyszczących pantoflach. Na rumianej twarzyczce malował się smutek. Pojedyncze kosmyki kruczoczarnych włosów opadały na zaczerwienione policzki.
Dziecko przyspieszyło kroku. Wędrowało samotnie, dźwiękiem deptanej trawy zakłócając spokój tego świętego, nienaruszonego niczyją obecnością miejsca. Cienie padające na jasnobrązową sukienkę w kwiaty; na błękitną kokardę we włosach; nawet na śnieżnobiałe pończochy - wszystkie one gęstniały i stawały się prawdziwym ciężarem.

Głuszą wstrząsnął niemal niedosłyszalny dźwięk. Uczucie. Dziecko wzdrygnęło się; serce przyspieszyło rytm a palce zacisnęły się kurczowo na dzierżonym w rękach, pluszowym, bezokim misiu. Zarówno okaleczona, groteskowo wyglądająca zabawka jak i otaczająca natura zdały się odczuć niesamowite drgnięcie. Upstrzona stokrotkami sukienka zafalowała, a nóżki poczęły przebierać coraz szybciej i szybciej. Po plecach małej przeszedł dreszcz, jak gdyby na jej samej spoczęła uwaga czegoś wielkiego. Czegoś nieokreślonego, lecz z pewnością olbrzymiego.
W miarę pokonywania drzewnego labiryntu, narastało też bezpodstawne przerażenie. Nie był to strach typowy - przed ciemnością, czymś co czai się w mroku, ani przed złymi ludźmi. Lęk nadszedł z głębi duszy. Gromadził się, czekając na możliwość histerycznego wybuchu gdzieś w otchłani nieznanego lasu.
Uwaga dziecka skupiła się na czymś innym. Tam, w oddali, na niewielkim wzgórku, pomiędzy niższymi od innych drzewkami. Tam, za parawanem z białych kwiatów i pod parasolem hakowatych gałęzi, zakrzywionych niczym palce starego, chorego człowieka. Tam właśnie stała drewniana chata.

Dziewczynka spojrzała na siebie, odczuwając kolejne nieokreślone tąpnięcie, zrywając się z miejsca wraz ze wszystkim co było żywe w tym lesie.
Popatrzyła za siebie.
Nic.
Pustka. Tylko drzewa, trawa i złote promienie, nadające otoczeniu baśniowy niemal blask; otaczające je niezwykłą aurą.
Zwróciła wzrok na chatę. Niewielka, drewniana, istniała tu sama i zapomniana, stanowiąc jedyną oznakę cywilizacji. Deski nachodziły na siebie, krzyżując się przy krawędziach ścian oraz łącząc się ze sobą niedaleko zatrzaśniętych okiennic. Spadzisty dach ze zbutwiałymi, niegdyś czerwonymi klepkami zapewne był dziurawy, choć szarpane cienie rzucane przez najbliższe gałęzie nie pozwalały tego ocenić. Komin runął już dawno temu; kamienie nań się składające teraz leżały na ziemi i zdążyły już obrosnąć mchem. Nikt ich nie ruszał od dawna, i nic nie zapowiadało aby ktokolwiek miał je dotknąć. W tle majaczyły wysokie ponad miarę buki, niektóre zaatakowane przez hubę.

Ponownie popatrzyła za siebie, a serce chciało wyrwać się z piersi, uderzając jak oszalałe. Podeszła do drzwi i pchnęła je nieznacznie. Te ustąpiły z piskiem, który rozdarł ciszę i zagłuszył nawet przybierający na sile szum liści. Kolejna fala dreszczy przebiegła wzdłuż kręgosłupa, uświadamiając o bliskości przytłaczającej potęgi i motywując do zerknięcia wewnątrz ciemnej chaty.
Smród stęchlizny wdarł się do nozdrzy.
Z mroku wyłonił się stary, bujany fotel, połączony z podłogą siwymi włosami pajęczyny. Za nim, na pokrytej grzybem ścianie, wisiało gnijące poroże jelenia oprawione w złote ramy. Tuż obok stał kredens z pootwieranymi drzwiami górnych półek i zbitą szybą niewielkiego barku, której odłamki sterczały czyhając na nieostrożną rękę. Reszta pokoju była skryta w głębi, niewidoczna dla osoby stojącej w progu. Dostrzegalne było jedynie to, co zwykłe, czego można było się spodziewać od samotnej, leśnej chaty. Rzeczy, o których chciałaby się wiedzieć przez przestąpieniem przez spróchniałą framugę, były owiane tajemnicą.
Szmer. Ciche, ulotne skrobnięcie.
W oczy dziewczynki wstąpiły łzy, a ona sama panicznie rozejrzała się dokoła, tuląc kalekiego misia do piersi.
Nic. Tylko wrażenie. Wrażenie bycia obserwowanym, kontrolowanym...

Pospiesznie przekroczyła próg, stawiając błyszczące buciki w cieniu. Zmarszczyła nos, czując woń zgnilizny, jednak przeszła jeszcze kilka metrów. Popatrzyła na kurz tańczący w słonecznych promieniach, przedzierających się przez szpary w deskach przybitych w miejsce jedynego okna. Następnie, ignorując mrowienie karku, zwróciła się w stronę niewielkich, brunatnych drzwi. Prowadziły zapewne do piwnicy, gdyż spod nich nie dochodziło żadne światło.
Nie dochodził również żaden dźwięk. To dobrze, pomyślała. Miała taką nadzieję.

Podeszła bliżej, badając wzrokiem wrota mroku. Powoli, wsłuchując się w trzeszczenie starych desek, zbliżała się, czując jednocześnie zimne dreszcze.
Przeszywający, zimny prąd przeszedł jej po plecach. Uszy niemal zatkały się, wyłapując przytłaczające uderzenie.
Zbliżało się.
Zerknęła na otwarte drzwi, prowadzące wprost w leśne ostępy. Nie zastanawiała się długo, podbiegła do nich i natychmiast zamknęła. Trzymała je przez chwilę, aż oczy przyzwyczaiły się do ciemności i mogła dostrzec zamek.
Coraz bliżej...
Desperacko starała się dosięgnąć do zasuwki, jednak ta znajdowała się o kilka centymetrów za wysoko. Wyprężyła się i...
Tuż, tuż...
Serce waliło jak oszalałe.
Bliżej...
Wyciągnęła palce...
Wszelki szum drzew ustał. Natura zamarła, jakby zastygła w przerażeniu.
Tuż za drzwiami...
Poczuła zimno pordzewiałej stali, wykonała szybki ruch ręką i klin wskoczył na swoje miejsce, blokując wejście.
Koniec.

Ustało. Uczucie odeszło, jednak strach pozostał. Starła zimny pot z czoła. Oddech wyrównał się, a dłoń poluźniła uchwyt na ślepym misiu. Dziewczynka zamarła w bezruchu, oczekując dalszych wydarzeń. Nic się jednak nie działo; kurz wciąż harcował na tle kilku promyków słońca a fotel bujany, trofea, sofa z potarganą kapą i inne sprzęty tkwiły tam, gdzie kiedyś zostały porzucone. Była tylko dzieckiem w starej chacie, w której nie było nic dziwnego, nic przerażającego.

Uspokoiła się, przekładając zabawkę z ręki do ręki. Przełknęła ślinę, gdyż dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego jak wyschnięte ma gardło. Delikatnym krokiem podeszła do zastawionego okna, chcąc ocenić sytuację na zewnątrz. Zbliżyła twarz do szpary między deskami, a oczy penetrowały skrawek lasu.
Cień błyskawicznie przemknął za oknem.
Odskoczyła z krzykiem, czując ukłucie lodu w sercu. Wciąż tam jest. Wycofała się w mrok pokoju, przerażona i zapłakana.
Cichy trzask ze strony drzwi.
Głowa odruchowo zwróciła się do źródła hałasu. Dźwięk rozlegał się regularnie, miarowo przybierając na sile. Coś usiłowało wedrzeć się do środka. Panicznie obiegła wzrokiem mroczną izbę, szukając schronienia.
Piwnica.

Szarpnęła, a drzwiczki skrzypnęły żałośnie i ustąpiły. W środku panowały idealne ciemności, których nie zdołał przeniknąć nawet przyzwyczajony już doń wzrok. Dostrzegła jednak wąskie, drewniane schody, prowadzące w lepki, gęsty mrok.
Częstotliwość uderzeń o rosła, a głuche ich echo wypełniło chatę.
Postąpiła pierwszy krok, tuląc misia mocno do piersi. Przegniły stopień jęknął pod ciężarem, lecz wytrzymał. Zeszła na drugi, po czym odwróciła się.
Wciąż mogła wrócić.
Wciąż słyszała uderzenia.
Zamknęła za sobą drzwi, a następnie niezgrabnie i po omacku zeszła na dół. Piach skrzypnął pod stopami. Zrobiła kilka nieudolnych kroków, niemal się przy tym wywracając. Namacała lewą dłonią chropowatą, zimną i wilgotną ścianę. Wyobrażała sobie potwory czające się w czarnych czeluściach, jednak wiedziała, że one nie istnieją. Mama tak mówiła, a ona wierzyła mamie.

Huk z góry nasilał się.
Usiadła w kącie, oparła głowę o twarz misia i skuliła się, oplatając rękami kolana. Zatonęła w mroku, spoiła się z nim.
Uderzenia stały się bardzo głośne, pulsowały w mózgu ciosami tysięcy igieł.
Trzask łamanego drewna. Dostało się do środka.
Dziewczynka nie myślała o tym.. Powróciła w czasy, kiedy przebywała z rodzicami całe dnie. Kiedy spała w wygodnym, miękkim łóżku. Kiedy niczego się nie bała. Nie musiała się bać.
Odgłos skrzypiących kroków dochodzący z góry nie pozwalał się skupić...
Mama... rudowłosa, młoda kobieta, która rozumiała ją bez słów...
Echo ciężkich stąpnięć.
Ojciec... Wesoły, zawsze się z nią bawił... Kochał ją bardzo mocno.
Cisza.
Tak, jak i ona jego. Miał... okulary. Tak. I błękitne oczy. Głębokie, błękitne oczy. Niczym morska toń, wpatrujące się w nią. Oczy.
Drzwi otwarły się z hukiem, a piwnicę zalała nieprzenikniona, oślepiająca jasność. Idealna biel zdawała się żyć, pulsować bezgłośnie.
Łza popłynęła jej po policzku.
Blask.
Krzyk.
Cisza...




Military

militarypolice@wp.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||