|
Echa lasu
Jasna zieleń traw, pozłacana promieniami słońca przebijającymi
delikatnie korony wysokich, smukłych drzew, lśniła kroplami
rosy. Osadziły się one zarówno na ostrych, falujących źdźbłach,
jak i na brązowych pniach, również tych powalonych przez
niegdysiejszy huragan. Głucha cisza nie była przerywana
jakimkolwiek dźwiękiem; żadne zwierze nie zakłócało
idealnego spokoju lasu, górującego nad wszystkim w pobliżu;
spoglądającego wyraźnie złowrogo na każdą żywą istotę
przerywającą niezakłóconą harmonię. Dlatego też żadne
stworzenie nie ośmieliło się przestąpić próg zamglonej
lekko krainy. Wysokie na kilkadziesiąt metrów pnie, poorane
przez zęby czasu i pazury wiatru zdawały się ostrzegać
nieproszonych gości przed miejscem należącym wyłącznie do
matki natury. Liście śpiewały szeptem leśną melodię, jakby
porozumiewając się z duchami tego miejsca, korzystając z ich
doświadczenia, otrzymując porady od zjaw przeszłości. Ich
muzyka była dziwna, nienaturalna. Niespokojna. Szum ustawał, to
znów się wzmagał, mimo że wiatr jednostajnie i lekko smagał
gałęzie.
Rzędy sosen, dębów, klonów i innych drzew - zarówno liściastych
jak i tych z ostrymi igłami w ich miejscu - pięły się ku
niebu, wydłużając swe ciała znacznie bardziej niżby to było
konieczne. Wznosiły mur, który był niemal nieprzenikniony dla
słońca. Runo leśne było wyjątkowo ubogie - wyłącznie
soczysta trawa, w niektórych miejscach upstrzona poskręcanymi
dziwacznie grzybami, jednak nie pozwalająca dojrzeć choćby
skrawka gołej ziemi.
W lesie nie było bitej drogi, jednak takowa nie była potrzebna.
Zarośla dawno zostały pokonane przez drzewa, które zagarnęły
słońce tylko dla siebie. Pnie przechodziły więc prosto w miękkie,
nieskończone morze szmaragdowych igieł zroszonych obficie
grubymi kroplami, które osadziły się nań niedawno.
Lakierowany, czarny bucik spoczął na zielonym dywanie. Kolejne
kroki były stawiane niepewnie, ostrożnie i z namysłem.
Kilkuletnia dziewczynka spoglądała to na ziemię, to znów w głębiny
leśnej głuszy, spiesząc się a jednocześnie zachowując
baczenie. Duże, głębokie, zielone oczy obiegały kolejne pnie
aby zaraz patrzeć na swe odbicie w błyszczących pantoflach. Na
rumianej twarzyczce malował się smutek. Pojedyncze kosmyki
kruczoczarnych włosów opadały na zaczerwienione policzki.
Dziecko przyspieszyło kroku. Wędrowało samotnie, dźwiękiem
deptanej trawy zakłócając spokój tego świętego,
nienaruszonego niczyją obecnością miejsca. Cienie padające na
jasnobrązową sukienkę w kwiaty; na błękitną kokardę we włosach;
nawet na śnieżnobiałe pończochy - wszystkie one gęstniały i
stawały się prawdziwym ciężarem.
Głuszą wstrząsnął niemal niedosłyszalny dźwięk. Uczucie.
Dziecko wzdrygnęło się; serce przyspieszyło rytm a palce
zacisnęły się kurczowo na dzierżonym w rękach, pluszowym,
bezokim misiu. Zarówno okaleczona, groteskowo wyglądająca
zabawka jak i otaczająca natura zdały się odczuć niesamowite
drgnięcie. Upstrzona stokrotkami sukienka zafalowała, a nóżki
poczęły przebierać coraz szybciej i szybciej. Po plecach małej
przeszedł dreszcz, jak gdyby na jej samej spoczęła uwaga czegoś
wielkiego. Czegoś nieokreślonego, lecz z pewnością
olbrzymiego.
W miarę pokonywania drzewnego labiryntu, narastało też
bezpodstawne przerażenie. Nie był to strach typowy - przed
ciemnością, czymś co czai się w mroku, ani przed złymi ludźmi.
Lęk nadszedł z głębi duszy. Gromadził się, czekając na możliwość
histerycznego wybuchu gdzieś w otchłani nieznanego lasu.
Uwaga dziecka skupiła się na czymś innym. Tam, w oddali, na
niewielkim wzgórku, pomiędzy niższymi od innych drzewkami.
Tam, za parawanem z białych kwiatów i pod parasolem hakowatych
gałęzi, zakrzywionych niczym palce starego, chorego człowieka.
Tam właśnie stała drewniana chata.
Dziewczynka spojrzała na siebie, odczuwając kolejne nieokreślone
tąpnięcie, zrywając się z miejsca wraz ze wszystkim co było
żywe w tym lesie.
Popatrzyła za siebie.
Nic.
Pustka. Tylko drzewa, trawa i złote promienie, nadające
otoczeniu baśniowy niemal blask; otaczające je niezwykłą aurą.
Zwróciła wzrok na chatę. Niewielka, drewniana, istniała tu
sama i zapomniana, stanowiąc jedyną oznakę cywilizacji. Deski
nachodziły na siebie, krzyżując się przy krawędziach ścian
oraz łącząc się ze sobą niedaleko zatrzaśniętych okiennic.
Spadzisty dach ze zbutwiałymi, niegdyś czerwonymi klepkami
zapewne był dziurawy, choć szarpane cienie rzucane przez najbliższe
gałęzie nie pozwalały tego ocenić. Komin runął już dawno
temu; kamienie nań się składające teraz leżały na ziemi i
zdążyły już obrosnąć mchem. Nikt ich nie ruszał od dawna,
i nic nie zapowiadało aby ktokolwiek miał je dotknąć. W tle
majaczyły wysokie ponad miarę buki, niektóre zaatakowane przez
hubę.
Ponownie popatrzyła za siebie, a serce chciało wyrwać się z
piersi, uderzając jak oszalałe. Podeszła do drzwi i pchnęła
je nieznacznie. Te ustąpiły z piskiem, który rozdarł ciszę i
zagłuszył nawet przybierający na sile szum liści. Kolejna
fala dreszczy przebiegła wzdłuż kręgosłupa, uświadamiając
o bliskości przytłaczającej potęgi i motywując do zerknięcia
wewnątrz ciemnej chaty.
Smród stęchlizny wdarł się do nozdrzy.
Z mroku wyłonił się stary, bujany fotel, połączony z podłogą
siwymi włosami pajęczyny. Za nim, na pokrytej grzybem ścianie,
wisiało gnijące poroże jelenia oprawione w złote ramy. Tuż
obok stał kredens z pootwieranymi drzwiami górnych półek i
zbitą szybą niewielkiego barku, której odłamki sterczały
czyhając na nieostrożną rękę. Reszta pokoju była skryta w głębi,
niewidoczna dla osoby stojącej w progu. Dostrzegalne było
jedynie to, co zwykłe, czego można było się spodziewać od
samotnej, leśnej chaty. Rzeczy, o których chciałaby się
wiedzieć przez przestąpieniem przez spróchniałą framugę, były
owiane tajemnicą.
Szmer. Ciche, ulotne skrobnięcie.
W oczy dziewczynki wstąpiły łzy, a ona sama panicznie rozejrzała
się dokoła, tuląc kalekiego misia do piersi.
Nic. Tylko wrażenie. Wrażenie bycia obserwowanym, kontrolowanym...
Pospiesznie przekroczyła próg, stawiając błyszczące buciki w
cieniu. Zmarszczyła nos, czując woń zgnilizny, jednak przeszła
jeszcze kilka metrów. Popatrzyła na kurz tańczący w słonecznych
promieniach, przedzierających się przez szpary w deskach
przybitych w miejsce jedynego okna. Następnie, ignorując
mrowienie karku, zwróciła się w stronę niewielkich,
brunatnych drzwi. Prowadziły zapewne do piwnicy, gdyż spod nich
nie dochodziło żadne światło.
Nie dochodził również żaden dźwięk. To dobrze, pomyślała.
Miała taką nadzieję.
Podeszła bliżej, badając wzrokiem wrota mroku. Powoli, wsłuchując
się w trzeszczenie starych desek, zbliżała się, czując
jednocześnie zimne dreszcze.
Przeszywający, zimny prąd przeszedł jej po plecach. Uszy
niemal zatkały się, wyłapując przytłaczające uderzenie.
Zbliżało się.
Zerknęła na otwarte drzwi, prowadzące wprost w leśne ostępy.
Nie zastanawiała się długo, podbiegła do nich i natychmiast
zamknęła. Trzymała je przez chwilę, aż oczy przyzwyczaiły
się do ciemności i mogła dostrzec zamek.
Coraz bliżej...
Desperacko starała się dosięgnąć do zasuwki, jednak ta
znajdowała się o kilka centymetrów za wysoko. Wyprężyła się
i...
Tuż, tuż...
Serce waliło jak oszalałe.
Bliżej...
Wyciągnęła palce...
Wszelki szum drzew ustał. Natura zamarła, jakby zastygła w
przerażeniu.
Tuż za drzwiami...
Poczuła zimno pordzewiałej stali, wykonała szybki ruch ręką
i klin wskoczył na swoje miejsce, blokując wejście.
Koniec.
Ustało. Uczucie odeszło, jednak strach pozostał. Starła zimny
pot z czoła. Oddech wyrównał się, a dłoń poluźniła uchwyt
na ślepym misiu. Dziewczynka zamarła w bezruchu, oczekując
dalszych wydarzeń. Nic się jednak nie działo; kurz wciąż
harcował na tle kilku promyków słońca a fotel bujany, trofea,
sofa z potarganą kapą i inne sprzęty tkwiły tam, gdzie kiedyś
zostały porzucone. Była tylko dzieckiem w starej chacie, w której
nie było nic dziwnego, nic przerażającego.
Uspokoiła się, przekładając zabawkę z ręki do ręki. Przełknęła
ślinę, gdyż dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego jak
wyschnięte ma gardło. Delikatnym krokiem podeszła do
zastawionego okna, chcąc ocenić sytuację na zewnątrz. Zbliżyła
twarz do szpary między deskami, a oczy penetrowały skrawek lasu.
Cień błyskawicznie przemknął za oknem.
Odskoczyła z krzykiem, czując ukłucie lodu w sercu. Wciąż
tam jest. Wycofała się w mrok pokoju, przerażona i zapłakana.
Cichy trzask ze strony drzwi.
Głowa odruchowo zwróciła się do źródła hałasu. Dźwięk
rozlegał się regularnie, miarowo przybierając na sile. Coś
usiłowało wedrzeć się do środka. Panicznie obiegła wzrokiem
mroczną izbę, szukając schronienia.
Piwnica.
Szarpnęła, a drzwiczki skrzypnęły żałośnie i ustąpiły. W
środku panowały idealne ciemności, których nie zdołał
przeniknąć nawet przyzwyczajony już doń wzrok. Dostrzegła
jednak wąskie, drewniane schody, prowadzące w lepki, gęsty
mrok.
Częstotliwość uderzeń o rosła, a głuche ich echo wypełniło
chatę.
Postąpiła pierwszy krok, tuląc misia mocno do piersi. Przegniły
stopień jęknął pod ciężarem, lecz wytrzymał. Zeszła na
drugi, po czym odwróciła się.
Wciąż mogła wrócić.
Wciąż słyszała uderzenia.
Zamknęła za sobą drzwi, a następnie niezgrabnie i po omacku
zeszła na dół. Piach skrzypnął pod stopami. Zrobiła kilka
nieudolnych kroków, niemal się przy tym wywracając. Namacała
lewą dłonią chropowatą, zimną i wilgotną ścianę. Wyobrażała
sobie potwory czające się w czarnych czeluściach, jednak
wiedziała, że one nie istnieją. Mama tak mówiła, a ona
wierzyła mamie.
Huk z góry nasilał się.
Usiadła w kącie, oparła głowę o twarz misia i skuliła się,
oplatając rękami kolana. Zatonęła w mroku, spoiła się z nim.
Uderzenia stały się bardzo głośne, pulsowały w mózgu
ciosami tysięcy igieł.
Trzask łamanego drewna. Dostało się do środka.
Dziewczynka nie myślała o tym.. Powróciła w czasy, kiedy
przebywała z rodzicami całe dnie. Kiedy spała w wygodnym, miękkim
łóżku. Kiedy niczego się nie bała. Nie musiała się bać.
Odgłos skrzypiących kroków dochodzący z góry nie pozwalał
się skupić...
Mama... rudowłosa, młoda kobieta, która rozumiała ją bez słów...
Echo ciężkich stąpnięć.
Ojciec... Wesoły, zawsze się z nią bawił... Kochał ją
bardzo mocno.
Cisza.
Tak, jak i ona jego. Miał... okulary. Tak. I błękitne oczy. Głębokie,
błękitne oczy. Niczym morska toń, wpatrujące się w nią.
Oczy.
Drzwi otwarły się z hukiem, a piwnicę zalała nieprzenikniona,
oślepiająca jasność. Idealna biel zdawała się żyć,
pulsować bezgłośnie.
Łza popłynęła jej po policzku.
Blask.
Krzyk.
Cisza...
Military
militarypolice@wp.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||
|