Opowiadania
Czytelników


Cykle

Inne

Komentarze

[ Online ]

Powrót do
AMaga




 
 

 

:::: Mariusz Saint ::::

Żniwiarz



-1-

Mateusz jechał swoim mercedesem po standardowo nieszerokiej górskiej drodze. Właśnie uporczywie trwała noc, zmuszając kierowcę do ostrożniejszej jazdy. Mateusz uważał się za zbyt cennego, aby rozwalić sobie łeb w wyniku wypadku samochodowego jak reszta plebsu - w końcu był cenionym biznesmenem, który zarobił spore pieniądze w wyniku swojej doskonałej znajomości giełdy i kilku poufnym, niekoniecznie legalnym informacjom - więc prowadził dosyć ostrożnie, utrzymując prędkość na poziomie około 60 km/h. Umysł biznesmena zaprzątały w tej chwili myśli różne: o urządzaniu jego niedawno oddanej do użytku posiadłości, w którą wpompował tyle forsy; o niepokojach i zawirowaniach na giełdzie papierów wartościowych; o zającu na drodze... zającu? Skupił wzrok na drodze przed sobą i błysnęły mu malutkie ślepia zwierzątka znajdującego się naprzeciw jego rozpędzonego auta. Zwierzak, jak stwierdził Mateusz w tym ułamku sekundy, zdawał się nie bać, a raczej wpatrywać się w niego tak jakby... z uwagą...? I w tym momencie, kiedy Mateusz uświadomił sobie ten fakt, jego mózg zaatakowała wizja; obraz jego samego, rozciągniętego na łożu z dziesięciocentymetrowych kolców, przytroczonego potężnymi łańcuchami do wielkiego kolca wiszącego nad nim. Czuł każdą komórką swojego jestestwa, jak kropla po kropli wycieka z niego krew, unosząc ze sobą energię życiową... jak umiera, wysycha z braku krwi... Przed sobą widział mroczny kształt majaczący kilka metrów przed jego madejowym łożem, w otoczeniu płonących cieni. W tym ruchomym, przestrzennym cieniu na poziomie głowy otworzyły się dwie szpary oślepiającego światła; cały obłok uformował się w kształt ludzkiej postaci w kapturze, który wyjął zza pleców olbrzymią, lśniąco kosę... Naokoło zaroiło się od małych, przerażonych zjaw, błądzących naokoło tej wielkiej. Cień w mgnieniu oka zbliżył się do twarzy Mateusza i już niemalże śmiertelnie przerażony człowiek miał okazję spojrzeć w oczy wielkiego upiora... a patrzył w coś, co było nieopisywalne, a jeno odczuwalne na jednym z niższych poziomów świadomości - była to nieskończoność, która... tylko starała się być nieskończonością, bo gdzieś niedaleko czerniło się dno, a iluzję nieskończoności miała maskować czerwona mgła... ale Mateusz w końcu zobaczył tą czerń i ona go wchłonęła... rozjaśniły ją światła reflektorów jego własnego samochodu, który skręcał właśnie pod wpływem jego własnej manipulacji kierownicą z drogi prosto w las. Kątem oka dostrzegł jeszcze świdrującego go oczami zająca. "Bezczelny" - zdążył jeszcze mimo wszystko pomyśleć i uderzył w drzewo, tracąc przy tym przytomność. Jak plebs.

-2-

Odczuł ciemność, a to uczucie wprawiło go w stan niepokoju. Doszedł do wniosku, że owa ciemność spowodowana jest przez jego własne powieki, więc je rozwarł. I skupił wzrok na pochylającej się nad nim dziewczynie z włosami ufarbowanymi na bordowy kolor, ubranej w sweter i długą spódnicę. Dostrzegł te szczegóły, nie zastanawiając się nad nimi - po prostu były one częścią obrazu całości. Ponieważ dziewczyna pochylała się nad nim, więc mógł spojrzeć jej w oczy, co też uczynił. Dwie sekundy potrwało skupienie wzroku i dalsze pół dotarcie i przeanalizowanie przez mózg pewnej informacji. Mateusz zerwał się gwałtownie i wyrżnął głową o wezgłowie łóżka, na którym leżał. Popatrzył jeszcze raz na dziewczynę i po chwili strach ustąpił miejsca zdziwieniu i, przede wszystkim, bólowi głowy. Otóż przed chwilą wydało mu się, że zobaczył w oczach osoby pochylającej się nad nim... coś... nie pamiętał już zdarzenia ze spojrzeniem zająca ani wizji, jakiej doświadczył; pozostał tylko tępy strach, uaktywniający się w wyniku podświadomych skojarzeń.
- Gdzie ja jestem? - zapytał, aby udowodnić sobie i otoczeniu, że jest w pełni sprawności intelektualnej.
- Ano znaleźliśmy pana wieczorem, jak żeś pan leżał sobie z rozbitym łbem koło rozwalonego auta, to Józek pana wziął na wóz i przywiózł do nas - dziewka odpowiedziała mu przyjemnym, życzliwym głosem, w którym wiejski akcent i gwara były nieudolnie maskowane przez próby mówienia "po miastowemu". A może odwrotnie? Mateusz przypomniał sobie, że nie wie, jak ma się zwracać do jego gospodyni:
- nazywam się Mateusz - oznajmił - z kim mam przyjemność?
- co masz? - zdziwiła się dziewczyna - aha, ano nazywają mnie Renata.
- miło mi cię poznać, Renato - Mateusz zaczął się popisywać swoją szarmanckością i manierami przed tą prostą, wiejską dziewczyną. Renata dygnęła nerwowo i szybko wyszła z pokoju. Spłoszyłem ją - pomyślał Mateusz.

- nawet nie wiesz, jak mnie jest miło - syknęła do siebie Renata, wychodząc.

-3-

Biznesmen Mateusz czuł się jeszcze dosyć słabo i nie namyślając się za wiele zapadł w krótki sen, podczas trwania którego nie śniło mu się nic konkretnego. Obudził się koło południa, wypoczęty. Wstał z łóżka, najpierw dosyć niepewnie, bo jeszcze trochę kręciło mu się w głowie, ale po chwili stał już pewnie na nogach. Stwierdził, że nie ma na sobie marynarki i spodni, ale leżały one na krześle pod oknem. Zabrał je, przy okazji wyglądając przez szyby; zobaczył normalny wiejski krajobraz: kilka domów, przecinająca ich skupisko błotnista droga, wszędobylskie kury. Rozglądając się sprawdził, czy ma portfel i dokumenty, po czym zajrzał do środka portfela - na szczęście wszystko było w porządku. Jego ocena społeczności tej wioski podskoczyła o kilka gwiazdek. Sięgnął ręką do marynarki po telefon komórkowy, ale uświadomił sobie, że nie zna nazwy wsi, w której się znajduje. Wyszedł przez drzwi pokoju, jak się okazało, do kuchni. Tam krzątała się Renata, wycierając stół. Mateusz dostrzegł kuchenkę na opał; czyżby nie mieli we wsi gazu?
- pani Renato... - zaczął Mateusz - czy mogłaby mi pani powiedzieć, cóż to za miejscowość?
- Riperówka - odpowiedziała gospodyni, nie odrywając się od swojego zajęcia. - to dosyć, ta nazwa, taka... - szukał właściwego słowa Mateusz.
- jaka? - podniosła głowę Renata.
- no... dziwna taka, jak na ten region... - cóż poradzę - ucięła Renata. Mateusz nic nie odpowiedział, tylko sięgnął po telefon komórkowy w celu zadzwonienia, aby ktoś przyjechał po niego. Ale zawahał się. Najpierw sprawdzę, w jakim stanie jest mój samochód i zadzwonię do Łukasza, aby przy okazji skombinował jakiś transport - pomyślał. - a gdzie jest mój samochód? - zapytał.
- Józek przytargał go dziś rano traktorem. Zaprowadzić pana do niego?
- byłbym wdzięczny - odpowiedział Mateusz.

-4-

Józek machnął w kierunku swojej stodoły i powiedział:
- Ano, panie, autko raczej będzie do kasacji, a szkoda, oj, szkoda...
- czy mógłbym je zobaczyć?
- a jasne, proszę, tędy...

W zatęchłej i ciemnej stodole Mateusz znalazł swój samochód. Po krótkich oględzinach stwierdził, że miał wielkie szczęście, gdyż kilka centymetrów w prawo dzieliło go od śmierci. "Los mnie oszczędził" - pomyślał Mateusz. Sięgnął do kieszeni po telefon aby zadzwonić do Łukasza i przekazać mu, że żyje i żeby przyjechał do niego; na szczęście mniej więcej pamiętał, którędy jechał i Łukasz nie miałby większych kłopotów z trafieniem do wsi Riperówka. Wybrał "Łukasz" na telefonie i przyłożył aparat do ucha. Czekał chwilę, ale usłyszał tylko pisk, sygnalizujący niemożność połączenia. Spojrzał na wyświetlacz - "brak zasięgu". Wybrał inny numer, z tym samym rezultatem. Dzwonienie do innych osób nie miało sensu.
- Wygląda na to, że ponownie będę musiał prosić pana o pomoc... czy mógłby pan podwieźć mnie do najbliższego miasta?
- nawet nie zapytał pan, czy u nas nie ma telefonu - Mateusz aż podskoczył, słysząc za plecami głos Renaty, która podeszła bezszelestnie do nich.
- A jest?
- Nie ma, ale nie zaszkodziłoby zapytać - w głosie Renaty mimo tych słów nie dało się wyczuć złości, raczej... rozbawienie.
- Ale z jazdy do miasta też nici, bo dzisiaj mamy we wsi festyn - Józek stojący po lewej stronie Mateusza entuzjastycznie pokiwał głową.
- festyn? z jakiej okazji? - zdziwił się Mateusz.
- Jest to festyn z okazji Żniw! - podniosłym głosem oznajmił Józek.
- Mateusz pokiwał głową w uznaniu dla wiejskiej tradycji, a jako człowiek całe życie żyjący w mieście nie miał pojęcia, że żniwa w czerwcu się nie zdarzają.
- oczywiście pana zapraszamy - powiedziała Renata. - A odwieziemy pana jutro.

-5-

Mateusz resztę dnia spędził w pokoju w domu Renaty. Słyszał za oknem krzątaninę, ale nie chciał wychodzić i przeszkadzać ludziom; utarło się w nim przekonanie, że ludzie ze wsi nie lubią biznesmenów. Miał dylemat: czy pójść na ten festyn, choć niespecjalnie przekonywała go wiejska popijawa, jak sobie tą imprezę wyobrażał; z drugiej strony, jeśli nie pójdzie, okaże tym samym ignorancję wobec ludzi, którzy go ugościli i mu pomogli, mimo, że nie mieli w tym żadnego interesu. Jego rozmyślania przerwało nagłe wtargnięcie do pokoju Józka: - chodźżesz pan! Czekamy na pana! - Czekacie na... mnie? - zdziwił się Mateusz i, zauroczony tą wiejską gościnnością, niezwłocznie poszedł za Józkiem. Ten zresztą cały czas ciągnął go za rękaw.

Zgodnie z krążącymi legendami miejskimi Mateusz spodziewał się, że zabawa będzie miała miejsce w remizie strażackiej, nie wziął jednak pod uwagę, że mieścina jest zbyt mała na remizę. Zamiast tego urządzono wielkie ognisko, a raczej jedno wielkie i kilka małych w szeregu; nadawały one stojącemu nieopodal lasowi czerwoną poświatę. Mateusza zdziwił tłum ludzi, którzy zgromadzili się na placu, w pewnej odległości od ogniska. Wszyscy naraz skierowali swoje spojrzenia na Mateusza. Ten miał już zamiar wycofać się, ale ciągnięty przez Józka nie miał w tym momencie wielkiego wyboru. - Zapraszamy, zapraszamy - wyszła z ciemności Renata i zachęcającym gestem zaprosiła Mateusza do siebie. - Proszę, proszę... - namawiała Renata dalej uspokajając nieco Mateusza, a i społeczność Riperówki jak gdyby zwolniona ze zbiórki rozluźniła się i ludzie zaczęli podchodzić do zastawionych jadłem wszelakim stołów, rozmawiając ze sobą i uśmiechając się. Ta radykalna poprawa atmosfery wpłynęła korzystnie i na samopoczucie Mateusza, który dosyć szybko zaczął się dobrze bawić.

-6-

Zabawa przedłużyła się do późnych godzin nocnych. - No, dzieci, mam nadzieję, już śpią - powiedział Mateusz do siedzącego obok niego mężczyzny. Zrobił to nawet dosyć wyraźnie, pomimo wlanych uprzednio w siebie niepomijalnych ilości alkoholu; na szczęście już w liceum słynął z mocnej głowy. Mężczyzna jednak miast odpowiedzieć, spuścił tylko smętnie głowę. Ale po chwili Mateusz zapomniał już o tym. Spotkanie trwało w najlepsze, ludzie z wioski wyraźnie sobie folgowali; jedli i pili dużo, mniej czasu poświęcając na rozmowy.

W pewnym momencie do Mateusza dotarło, że gwar biesiadny umilkł. Powiódł wzrokiem w kierunku polany z ogniskiem, gdzie patrzyli wszyscy mieszkańcy Riperówki. A tam stała już Renata. Wszyscy wstali i powoli podchodzili do ogniska, nie zbliżając się jednak do niego; Mateusz uczynił tak samo. Renata odwróciła się od ogniska w stronę tłumu. - Drodzy państwo - przemówiła - zebraliśmy się tu ponownie, aby sobie dopomóc. Walcząc z bezdusznością otaczającego nas świata... - tu sporo ludzi wśród tłumu opuściło głowy - to stało się koniecznością. Na szczęście los nam dopomaga swoimi darami i należy skorzystać z tej okazji - Mateusz zafascynowany patrzył na płomień za plecami Renaty, który jakby wznosił się i opadał zależnie od intonacji jej głosu - bo jest ona błogosławieństwem dla was w tych nieprzychylnych czasach. Dlatego też... zacznijmy! A wy, moi mili, nie lękajcie się, bo jest to dla was. Abyście uwierzyli w nasze działania - Renata mówiła z coraz większym podnieceniem - specjalnie dla was kolejność zostanie dzisiaj odwrócona!
Z tymi ostatnimi słowy Renata uniosła poły swojego swetra rozciągając je niczym skrzydła. Wyglądało to komicznie, dopóki sweter nie zaczął rosnąć i istotnie zmieniać się w wielkie, błoniaste skrzydła. Głowa Renaty odchylona w ekstatycznej pozie na tle ogniska jaśniała czerwoną poświatą; Jej długa spódnica zaczęła falować, jakby była smagana silnymi podmuchami wiatru, mimo, że takowego nie było. Mateusz stał jak wryty i patrzył, jak zwykły kawałek materiału zmienia się w niematerialny obłok, unosząc groteskową postać skrzydlatej Renaty w powietrze. I zawisła tak nad szamocącym swoimi płomieniami ogniskiem postać nierzeczywista; niczym czarny anioł, z błoniastymi skrzydłami, otoczony czarnym obłokiem. Jedynie wściekle rude włosy Renaty kontrastowały z resztą postaci; poruszały się one samodzielnie, jak gdyby starały się naśladować języki ognia z ogniska poniżej. Odchylona głowa powoli powracała do normalnej pozycji i wtedy Mateusz zauważył zmianę twarzy Renaty; prawie nie zwrócił uwagi na kły rodem z filmów o wampirach, gdyż jego uwagę całkowicie przykuły jej oczy. Oczy Renaty były jak bramy do wymiaru ognia; jeśli człowiek był nieostrożny, mógł się w nie zapaść i zginąć w płomieniach, w torturze trwającej czasowi zbliżonemu do nieskończoności - taką obietnicę składały te punkty umieszczone tam, gdzie normalnie powinny być oczy. Usta Renaty zaczęły się poruszać i rozległ się głos, wypowiadający w jakimś niesamowitym, starożytnym języku plugawą inkatancję. Na dźwięk tego głosu Mateusz wyrwał się z hipnotycznego stanu, w którym do tej pory trwał. Dotarła do niego niezwykłość, a potem groza całego zdarzenia; teraz zwolniony z czyjejś psychicznej uwięzi odzyskał wolną wolę. I postanowił bardzo szybko się stąd oddalić. Zmusił nogi do ruchu i już się miał odwrócić, ale schwyciły go krzepkie ręce mieszkańców Riperówki. Józek zwrócił przerażoną twarz na Mateusza i prawie z płaczem powiedział: - panie, zrozum pan! Ona ma nasze dzieci!

-7-

Mateusz, nadaremno szarpiący się w uścisku społeczności Riperówki, patrzył na Renatę, która nadal unosiła się w powietrzu na czarnym obłoku, recytując pogańskie formuły. Po chwili skierowała głowę w stronę lasu. Tam ściana gęsto rosnących drzew stała się świetnym ekranem dla cieni rzucanych przez wielkie ognisko. Renata lekko poruszyła skrzydłem i wielkie ognisko momentalnie zgasło, ale cienie na drzewach pozostały. Poruszały się samodzielnie, co było widać w nikłym świetle małych ognisk. Uformował się z nich wielki obłok przypominający ten, który oplatał Renatę. Obłok podpłynął bliżej źródeł światła. I w tym ruchomym cieniu, na poziomie głowy, otworzyły się dwie szpary oślepiającego światła... Mózg Mateusza wyłączył się. Na moment została tylko jego naga dusza w świetle tych oczu i światła, jakie ze sobą niosły. Ale tylko na moment, gdyż Mateusz wrócił z powrotem na polanę, trzymany przez zdesperowanych ludzi; nadal wpatrywały się w niego te przedziwne oczy. Wielki duch, który uformował się w nieco rozmazaną i niestabilną sylwetkę istoty w kapturze, sięgnął za siebie i wyjął wielką, lśniącą kosę. Mateusz widział przed sobą własną Śmierć. Nie szarpał się już. Kątem oka zobaczył zesztywniałe ze strachu twarze ludzi, którzy jednak nie uciekali, mimo, że mogli. - Tak jak było ustalone, najpierw wasza nagroda - niebywale dźwięcznym głosem zakomunikowała Renata. Postać skierowała ostrze kosy na puste, nie zaorane pole, które znajdowało się kilkanaście metrów od polany. Zaczęły natychmiast wyrastać na tym, i na wszystkich okolicznych polach, zielone dywany. W kilka sekund zrobiły się z nich dojrzałe kłosy. Postać machnęła kosą tylko raz - całe pola zafalowały niczym tafla wody; to kładły się ścięte kłosy. Kilka miesięcy cyklu natury załatwione w czasie poniżej jednej minuty. Teraz upiór zwrócił się w kierunku Mateusza. Ten widział w tej chwili własną śmierć; na łożu z kolców, jak jego krew skapuje, jest wysysana i spijana... spijana, przez... Renatę...!?
Otrząsnął się z tej wizji; nadal widział przed sobą oczy zjawy, teraz zwinięte w cienkie szparki. Ale nie widział już w nich absolutnej nieuchronności swojej śmierci. Józek skrycie szepnął mu do ucha: - nie bój się Żniwiarza.
I w tym momencie Mateusz już wiedział, że to nie Śmierć stoi przed nim. To, jeśli można tak powiedzieć, tylko zjawa, i to w dodatku bez własnej woli. Sterowana jak marionetka. Znajdujący się naokoło ludzie również zobaczyli to jego oczami.
Ta zmiana atmosfery była tak nagła, że Renata zakołysała się w powietrzu, a obraz Żniwiarza stracił na ostrości. Rozżarzone oczy Renaty wróciły do normalnego koloru. Spojrzała na Mateusza, a potem na ludzi zgromadzonych naokoło niego. Wskazała skrzydłem na zjawę i powiedziała krótko:
- on ma wasze dzieci.
- on nie istnieje - powiedział głośno Mateusz, a echo tego głosu ukierunkowało myśli wszystkich mieszkańców Riperówki. On nie istnieje. Nie bali się już Żniwiarza, wyrzucili go ze swojej rzeczywistości. Ten zaczął się rzucać i wymachiwać kosą, nie był już wszak dla nikogo groźny. Zaczął się zwijać w sobie, skręcać, jego potężna kosa upadła na ziemię; aż w końcu rozpłynął się na kilkanaście małych obłoczków, które osiadły na ziemi. Rozwiewały się z wolna, odsłaniając małe postaci dzieci. Były blade i nieprzytomne, ale żywe. I w tym momencie przestał się liczyć też strach przed Renatą, który ustąpił uczuciu ulgi i szczęścia, gdy rodzice pobiegli w kierunku swoich pociech. Renata w tym momencie najzwyczajniej w świecie spadła na ziemię; skrzydła zniknęły, obłok się rozwiał, jej ognistorude włosy opadły. Skuliła się; podszedł do niej Mateusz.
- Karmiłam się ich emocjami - zaszlochała, odwracając się i nakrywając głowę rękami. - Siła życiowa dzieci spokojnie wystarczała na powołanie do życia tych plonów.
Nie mówiła nic przez moment, po czym zaczęła znowu:
- miałam nawet swój przysmak, krew... Pomyśl. To było perfekcyjne. Kolejne składane ofiary z zagubionych podróżnych utrzymywały ich w strachu skuteczniej, niż porwanie ich dzieci... Ale ty, człowieku nie wierzący w to, co masz przed oczami... zniszczyłeś...

Mateusz zrobił mały krok w tył, ale nie dość szybko; Renata błyskawicznie skoczyła z pozycji leżącej na Mateusza i wgryzła mu się w szyję. Rozgwieżdżone nocne niebo wskoczyło mu przed oczy i zobaczył nad koronami drzew zapowiedź świtu. Nie mógł się ruszyć, zniewolony w na poły namiętnym, na poły śmiertelnym uścisku Renaty; jej włosy zaczęły oplatać się wokół jego głowy, jakby chciały wycisnąć z niego życie do reszty. I w tym momencie uścisk jej stracił na sile; poruszył barkiem, a ciało Renaty zsunęło się z niego, chociaż nadal widział jej policzek pod swoją brodą i czuł jej zęby na boku swej szyi. Mógł opuścić głowę i to zrobił; zobaczył Józka, ściskającego wielką kosę Żniwiarza, na ostrzu której widniała czerniejąca posoka Renaty, a jej bezgłowe ciało leżało u jego stóp. Ostrożnie, nie patrząc na obiekt, który dotykał rękami, wyjął zęby ze swojej szyi i upuścił głowę na ziemię.
- Nie boję się żniwiarza - powiedział Mateusz do Józka.





Mariusz Saint

mariuszsaint@interia.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||