Opowiadania
Czytelników


Cykle

Inne

Komentarze

[ Online ]

Powrót do
AMaga




 
 

 

:::: Brightwitch ::::

Marta znaczy władczyni



- Marta znaczy władczyni. Zawsze uważałam, że moje imię jest doskonałe, że jest mną bardziej niż ja sama. - upija kolejny łyk mocnej, gorzkiej herbaty. Nie umiem zaparzyć innej, przyzwyczajenie jest drugą naturą. Zamykam oczy, pragnę zlizać z jego warg tą połyskującą, cierpką kroplę.
- Marta znaczy wszystko, co mam. - mówi niedosłyszalnie, a jednak cały świat zamiera. Nawet zegarowi zatrzymało się serce - zawał ze zdziwienia? A potem cisza... Udaję, że te słowa nie padły. Wyobraziłam je sobie po prostu tak, jak każdej bezsennej nocy wyobrażałam sobie jego... A teraz on siedzi przy mnie, pije herbatę z mojej szklanki, a ja nie umiem mu pokazać, że...

- Marta znaczy wszystko, co mam. - mówi niedosłyszalnie, a jednak cały świat zamiera. Nawet zegarowi zatrzymało się serce - zawał ze zdziwienia? A potem cisza... Wargi uświęcają jego szyję. Przytulam się.
- Lubię twój zapach, wiesz? - wyznaję mu największą tajemnicę wprost do ucha. Uśmiecha się. Widzi. Wierzy. Nie muszę udawać, nie muszę bać się bliskości, bo ona nie jest jednoznaczna ze słabością. Zarysowuję palcem kształt jego brwi. Całuję każdy fragment jego twarzy. Pomiędzy dotknięciami niecierpliwych ust padają dwa słowa: miły, najmilszy...
Czułość. Spokój. Nadzieja.

... a ja nie umiem mu pokazać, że jest najważniejszy. Nie wiem jakich użyć słów, jakimi obdarzać go gestami, jak pochylić głowę w pokorze.
- Wyobraziłam sobie te słowa - powtarzam w myślach moją mantrę. - To tylko gra mojej wyobraźni, gra stępionych zmysłów. To tylko pobożne życzenie. To tylko... - ale nie wierzę. Te słowa otarły się o mnie, czułam ich niebezpieczne istnienie, gorący oddech na karku. One krążą wokół mnie, czekając aż pochwycę je w blade dłonie, aż uznam je za swoją własność, za dobry znak.
Milczymy. Ta cisza przeraża. Nie patrzy na mnie. Obraca szklankę w dłoniach. Przygryza wargi. Zaciska powieki, a kiedy znów otwiera oczy spogląda na mnie.

- Marta... - powtarza moje imię po raz kolejny, upaja się jego brzmieniem. Ono tak cudownie współgra z jego głosem. Przyciąga mnie do siebie, nasze anioły zamykają oczy. Trzepot skrzydeł, na łóżko spada błękitne pióro.
Czułość. Spokój. Nadzieja.

Czułość. Spokój. Nadzieja.
Czułość, spokój, nadzieja...
Nie dla mnie. Te słowa są dla tych, którzy nie mają kręgosłupa. Dla tych, którzy piszą na swojej skórze czarnym atramentem miłość. Dla tych, którzy kolorują świat lękiem przed samotnością. Dla tych, którzy patrzą i nie widzą. Dla tych, którzy szukają i wątpią. Dla tych, którzy...
Nie dla mnie.

- Czemu to powiedziałeś? - pytam niespodziewanie dla samej siebie, a on patrzy na mnie. Patrzy tak, jakby nie liczyło się nic więcej. Otwiera usta, a ja nagle drętwieję przerażona jego niewypowiedzianą jeszcze odpowiedzią. Macham ręką, nakreślam dłonią słowo "przestań", kulę się bezbronna. Nie mówi nic, patrzy tylko nie wierząc.
- Nie odpowiadaj. Nie chcę tego słyszeć. - zakrywam dłońmi uszy. Każde słowo gwałci. Po upapranej wiarą duszy spływa struga białej krwi. Rozerwana dziewiczość psyche.
- Więc po co pytałaś? - dziwi się. Bez ironii, tak bardzo nietypowo dla niego. Nie umiem mu udzielić odpowiedzi. Albo wszystkie są poprawne, albo żadna.
- Nie odpowiadaj... - powtarzam słabo. - Nie odpowiadaj, proszę...

- Czemu to powiedziałeś? - pytam niespodziewanie dla samej siebie, a on patrzy na mnie. Patrzy tak, jakby nie liczyło się nic więcej.
- Może dlatego, że cię potrzebuję? - odpowiada pełnym goryczy pytaniem. Odnajduję w jego ślinie rozżalenie, mieszam ją ze swoją, napełniam nadzieją. Przesuwam język po jego spierzchniętych wargach. Sklejają się nasze palce. Lepią się od czułości. Entente cordiale. Z moich rozchylonych warg jak kalekie ptaki wylatują słowa. Otulają go, czuje ich ciepło, słyszy bicie serca.
- Wiem, miły... - z nadpękniętej dumy wysypują się myśli, sentymenty, pragnienia. Z przełamanego egoizmu wykrusza się obawa.
Czułość. Spokój. Nadzieja.

- Nie odpowiadaj - mój głos uderza w cienką taflę ufności, roztrzaskuje ją. Odłamki poraniły mu dłonie. Szklanka pęka pod naciskiem jego palców. Mogłabym pocałować jego palce, ssać krew, przylepiać plaster ze śliny. Mogłabym powiedzieć mu, że nic się nie stało, to tylko szklanka. Zamiast tego tylko jedno obłąkane:
- Nie odpowiadaj...

Nie odpowiada.
Wstaje. Wychodzi.




Brightwitch

brightwitch@wp.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||