Opowiadania
Czytelników


Cykle

Inne

Komentarze

[ Online ]

Powrót do
AMaga




 
 

 

:::: Willow ::::

Sowa


1

Przenikliwy chłód. I mrok.
Ulica była słabo oświetlona, latarnia była od dawna zepsuta, i gdyby nie światło padające z okien nielicznych, starych, zniszczonych kamienic, to przypadkowy głupiec zapuszczający się w tą okolicę musiałby poruszać się po omacku. Ale nikogo tu nie było. O godzinie jedenastej nikt rozsądny nie wychodził na ulicę. Panowała niemalże idealna cisza, przerywana tylko od czasu do czasu szczekaniem psa, lub krzykiem jakiejś katowanej kobiety. Bowiem choć odludna, była to dość niebezpieczna okolica. Śmierdziało tu biedą. Nie było niecodzienne spotkanie tu jakiegoś lumpa.
Nagle, zupełnie niespodziewanie, z mroku wyłonił się mężczyzna. Szedł zgarbiony, zapewne z zimna, i przez to wydawał się niższy, niż był w rzeczywistości. A był dość wysoki. Nie szedł ostrożnie, powoli, co chwilę się odwracając, tak jak powinien iść obcy na tym terenie. Ten człowiek szedł spokojnie, z gracją. Z jego chodu aż ziała pewność siebie i opanowanie. Obserwując go można by dojść do wniosku, że dobrze zna tą dzielnicę Londynu. Ale to byłby tylko pozór, mężczyzna co chwilę zatrzymywał się i przyglądał uważnie kamienicom. Szukał. Kogoś? Czegoś? Odpowiedź na to pytanie mógł znać tylko on sam.


Gerald Gardner zatrzymał się przed jedną z tych brudnych kamienic. Westchnął ciężko. Miał dość tego miejsca, tego smrodu, tego ubóstwa. Ale wiedział, że tylko tutaj można znaleźć to, czego szukał. Jeszcze raz spojrzał na adres napisany na kartce. Rozejrzał się wokół. Potem znów spojrzał na kartkę, potem na zegarek. Jedenasta piętnaście. Kręcił się po obskurnych dzielnicach Londynu już dobre dwie godziny. Nogi bolały go jak cholera. Do jego umysłu powoli, ale z niesamowitą skutecznością sączyło się zwątpienie i rezygnacja. Czy człowiek, którego szukał bezskutecznie już dwie godziny rzeczywiście tu mieszka? Od początku wydawało mu się to dziwne i podejrzane. Gdyby sam miał takie możliwości jak Austin Osman Spare, już dawno byłby sławny na cały świat. Byłby bogaty, i z pewnością nie mieszkałby na tym zadupiu. Jednak Spare odrzucił sławę, co wydało się dziwne jego koledze po fachu. Zresztą, i tak był sławny.
Dziwka, od której otrzymał ten adres dobrze znała Spare'a, i przysięgała, że tam mieszka. Równie dobrze mogłaby przysięgać na swoją cnotę, jak zauważył Gardner. Ale nie powiedział tego głośno, tylko zapłacił jej za informację, i ruszył na poszukiwania. I tak oto stał tu, w mrocznej uliczce londyńskiej, nie mogąc znaleźć mieszkania Spare'a. Wściekał się nie ludzko z tego powodu. Rzadko kiedy prosił kogoś o pomoc, a wiedział, że w rywalizacji z Kennethem Grantem tylko Spare może mu pomóc.
Nagle wyczuł jakiś ruch w zaułku po drugiej stronie ulicy. Zerwał się niespokojnie, w każdej chwili gotowy do ucieczki. Po chwili jednak opanował się.
Na chodnik wyszedł mężczyzna grubo po pięćdziesiątce. Był łysiejący, resztki tłustych, zmierzwionych włosów były zupełnie siwe. Miał błędny, nietrzeźwy wzrok, którym wpatrywał się w Gardnera. Na twarzy miał bujny zarost, z pewnością nie golił się od dawna. Jego ubranie było mocno podniszczone, w ręku trzymał pustą flaszkę. Chwiejnym krokiem ruszył w stronę Gardnera. Ten jednak stał nieporuszony. Czekał, aż bezdomny podejdzie. Starzec w końcu podszedł, stanął niepewnie, przed upadkiem ocalił go hydrant, którego złapał się w ostatniej chwili. Stał naprzeciwko Geralda i zionął na niego swym paskudnym oddechem, pachnącym wódką i zniszczonymi zębami.
- Przyjacielu - wystękał z trudem. Miał dziwny, nie angielski akcent. Mówił lekko sepleniąc, zapewne z powodu braku większości zębów. - Przyjacielu... Parę groszy dla biedaka...
Gardner patrzył na niego z nieukrywaną niechęcią. Po chwili namyślił się.
- Powiedz mi, gdzie mieszka Spare - przemówił dźwięcznie i ostro. Zdawało się, że mężczyzna przy hydrancie aż się skurczył. Przetarł zaskoczony oczy, i wyjąkał:
- Chodzi... ci... o tego wariata? Czarodzieja? - Tu roześmiał się piskliwie - Wierz mi, nie warto z nim rozmawiać. Zupełnie zwariował. Byłem u niego. Chciałem, żeby nauczył mnie swojej sztuki, wie pan, żebym mógł sobie wino wyczarować.
Mówił coraz głośniej i z coraz większym podnieceniem. Gardner zdawał się chłonąć każde słowo pijaka.
- I wie pan, co on mi powiedział? Najpierw wyśmiał mnie. Później oznajmił mi, że jestem ślepym głupcem, i coś tam, że niby mnie przeklina. Wtedy na serio się przestraszyłem. Mówię panu, uciekłem w popłochu! Ale teraz się nie boję. Od tamtego czasu nie spotkało mnie nic złego, i przestałem się tym przejmować. Cała ta magia to tylko kłamstwo i mydlenie oczu!
Staruch aż się opluł. Wrzeszczał na całą ulicę, z jednego okna dobiegły ich przekleństwa jakiegoś zapracowanego i spragnionego odpoczynku Londyńczyka. Gdzie indziej zaczął szczekać pies.
- Gdzie jest Spare? - powtórzył łagodnie Gardner. Starzec patrzył na niego wytrzeszczonymi oczami. Wyciągnął rękę. Gerald pogrzebał chwilę w kieszeni, po czym wyjął garść monet. Oczy pijaczka rozbłysły chciwością.
- To tamten dom, widzisz? - mówił szybko i niewyraźnie, jakby chciał jak najszybciej wypluć z siebie cała wiedzę i dostać pieniądze. - On nie mieszka w normalnym mieszkaniu, tylko w piwnicy. Musisz zejść na dół. Och, daj mi pieniądze!!
Mężczyzna rozejrzał się ukradkiem, po czym podszedł do starca. Błysnął nóż wydobyty w ułamku sekundy, i po chwili pijaczek leżał na ziemi, kurczowo trzymając się za brzuch. Nie zdążył nawet krzyknąć.
Gardner ruszył spokojnie w stronę domu, wskazanego przez bezdomnego. Nawet się nie obejrzał.



2

Pomieszczenie, w którym mieszkał sławny okultysta Austin Osman Spare nie było duże. Pomieszczenie, bowiem trudno było nazwać to pokojem, było ciemną, obskurną piwnicą. Słychać było tam szum rur kanalizacyjnych. Śmierdziało pleśnią i szczurami.
Pod ścianą stało stare łóżko okultysty, na którym tyle razy wyprawiał niesamowite orgie z prostytutkami, pracującymi w okolicy. Oprócz łóżka jedynym meblem był tutaj spróchniały stół, stojący obok łóżka. Na nie pomalowanych, popękanych ścianach wisiały obrazy przedstawiające staruszkę, o łagodnych rysach twarzy i bystrym spojrzeniu. W przeciwieństwie do innych obrazów, jakie spotykamy na co dzień, te zdawały się żyć. Pięć staruszek patrzało bystro z obrazów i obserwowało każdy ruch Spare'a. Czasami dziwki skarżyły się, że to je peszy, ale Austin był nieugięty: nigdy nie zdejmował obrazów. Na środku pokoju stał stojak, farby, nowy, niedokończony jeszcze obraz, no i sam Spare.
Nie był zamożnym człowiekiem, ledwo wiązał koniec z końcem. Zarabiał na chleb sprzedając swoje wspaniałe obrazy Nie to co kiedyś. Bowiem Spare był kiedyś wielce szanowanym malarzem, już w dzieciństwie okrzyknięto go geniuszem. Miał kilka swoich wystaw, był sławny, bogaty. Ale to co innego zadecydowało o jego życiu. Tak czy inaczej Spare porzucił sławę dla swojego własnego świata, pełnego magii i cudów.
Właśnie kończył obraz, gdy usłyszał stukot, odgłos kroków, i po chwili pukanie do drzwi. No nie, pomyślał dotykając delikatnie płótna pędzlem, znów jakiś natrętny poszukiwacz sensacji. Pukanie powtórzyło się, tym razem głośniej.
- Hej, jest tam kto? - rozległ się twardy głos na korytarzu. Spare powoli odłożył pędzel i ruszył w stronę drzwi. Nie spiesząc się otworzył je, i stanął twarzą w twarz z mężczyzną około czterdziestki. Miał gęste, czarne włosy i nikły zarost na twarzy. Oczy świeciły mu złowieszczo.
- Witam - powiedział z uśmiechem - Już myślałem, że pomyliłem adres.
Austin odrzucił możliwość, aby był to ktoś z jego rodziny. Nie wyglądał też na komornika. Odsunął się, aby wpuścić tajemniczego gościa.
- Dziwna pora na odwiedziny - mruknął Spare - Mam nadzieję, że nie przychodzi pan bez powodu.
- Nie - odrzekł mężczyzna - Nazywam się Gerald Gardner.
Wyciągnął rękę w stronę okultysty, lecz ten nie uścisnął jej. - Słyszałem o tobie - powiedział Spare - różne rzeczy, zarówno miłe, jak i niemiłe. Jesteś magiem.
- Tak - przytaknął Gardner - Mam pewną sprawę natury magicznej, pomyślałem sobie, że tylko pan może sobie z tym poradzić. Otóż...
- Usiądźmy - przerwał Spare, wskazując łóżko. Zamknął drzwi.
Gardner spojrzał na niego, jakby miał dwie głowy, i stanął przy stole. Austin usiadł na łóżku.
- Otóż, jak już mówiłem, potrzebna mi będzie twoja pomoc.
Spare spojrzał na niego kpiąco, ale nic nie powiedział.
- Mam taki drobny problem... hmm... jakby to powiedzieć... potrzebuję...


Kenneth Grant, najlepszy przyjaciel Spare'a, i największy rywal Geralda Gardnera, był znanym i szanowanym pisarzem-okultystą. To właśnie Grant był w głównej mierze odpowiedzialny za sławę Austina Osmana Spare'a. Bowiem Spare, pustelnik z wyboru, z całą pogardą na jaką go było stać, odrzucił sławę.
Tak czy inaczej, Gardner był przekonany, że jest nie mniej uzdolniony magicznie, niż Grant. Między tymi dwoma ostro zaiskrzyło, odkąd Gardner wmówił sobie, że Kenneth "zabrał" mu jego medium, wariatkę imieniem Clanda. Była ona wyjątkowo utalentowana, i zakon Gardnera bardzo ucierpiał przez jej stratę. Tak więc Gerald doszedł do wniosku, że zna tylko jedną osobę, która może mu pomóc. Wyruszył odnaleźć Spare'a. Ale wiedział, że dwaj okultyści, pisarz i malarz, są dobrymi przyjaciółmi, więc tu pojawiły się schody. Ale nic to.


- Potrzebuję specjalnego talizmanu - powiedział Gardner - Amuletu, który pozwoli odzyskać mi... straconą rzecz.
Spare spojrzał na niego rozbawionym wzrokiem.
- Nie lepiej udać się do biura rzeczy znalezionych, lub do detektywa, zamiast zawracać mi głowę? - spytał kpiąco.
Gerald Gardner nie miał nastroju do żartów, zresztą nigdy nie lubił żartów dotyczących jego osoby.
- Nie chodzi o przedmiot - powiedział powoli, siląc się na spokój. Nie mógł sobie pozwolić na gniew.
Spare patrzył pytająco ze swojego łóżka. Nie był młody, miał już chyba z siedemdziesiąt lat. Gęste, czarne włosy sterczały na głowie w malowniczym nieładzie. Błękitne oczy sprawiały wrażenie wyblakłych. Lewa strona twarzy, w skutek wypadku została zniekształcona, przez co Spare przypominał demona. Demoniczną twarz uzupełniały gęste wąsy. Gardner patrzył na niego, i rosło w nim obrzydzenie. Odwrócił wzrok.
- Chodzi o osobę - podjął - Moją żonę. Była niezrównoważona. Zabrali mi ją. Proszę, pomóż mi ją odzyskać! Kocham ją!
Gardner patrzył tak błagalnie, że nawet ten człowiek o twarzy demona musiał się wzruszyć. Jednak twarz Spare'a nawet nie drgnęła. Gerald zamilknął.
W powietrzu zaległa ciężka, niepokojąca cisza. Nic nie wskazywało na to, że któryś z mężczyzn ją przerwie.
Gerald Gardner z niepokojem wpatrywał się w oblicze Austina Osmana Spare'a. Czy ten zwariowany pustelnik pomoże? Czy jego sztuka wystarczy? Czynił z jej pomocą prawdziwe cuda, opowiadano o tym jak przywołał potężnego demona w widzialnej formie, i jak dwóch napalonych obserwatorów oszalało. Głośno było o tym, że potrafi odczytywać ludzkie myśli i materializować przedziwne rzeczy. Tak, Spare z pewnością byłby zdolny do stworzenia amuletu, pomógłby odzyskać Gardnerowi jego medium. Pytanie tylko, mag zechce to zrobić.
- Przyjdź jutro - powiedział w końcu - I bądź uprzejmy, nie zabijaj nikogo po drodze, bo zjawi się tu policja.



3

Dzień. Brudna, zaśmiecona ulica w zapomnianej dzielnicy Londynu. nie panuje tu zbyt duży ruch, od czasu do czasu przejedzie samochód, z jednej ze starych, zniszczonych kamienic wychodzi mężczyzna w płaszczu, z psem na smyczy. Godziny pracy, więc pewnie już na emeryturze. Idzie powoli, nie spiesząc się. Wita się uprzejmie z kobietą, wracającą ze sklepu. Kobieta niesie torby z zakupami. Rozmawiają trochę, mężczyzna proponuje, że pomoże ponieść zakupy. Kobieta mówi, że nie trzeba, odchodzi szczęśliwa.
Życie, w tej dzielnicy za dnia panuje życie.
Z kamienicy wychodzi mężczyzna. Wyprostowany, z rękami w kieszeniach płaszcza. Ma gęste włosy, na twarzy skąpy zarost. Oczy miotają niebezpieczne błyski. Mężczyzna uśmiecha się, wyjmuje jedną rękę z kieszeni. Ściska coś niedużego. Powoli rozwiera dłoń. Leży tam mały, drewniany przedmiot. Przypomina jakieś zwierzę, jakby ptaka. Tak, to ptak. Sowa. Ale nie jest to zwyczajna sowa, bowiem ma ona skrzydła nietoperza i szpony orła. Mężczyzna patrzy na swoją sowę i uśmiecha się paskudnie.
Nikt nie zwraca na niego uwagi. Staruszek z psem szybko się oddala, nawet nie zauważył dziwnego mężczyzny.


Miejsce, w którym Kenneth Grant zamierzał z pomocą swojego niezwykłego medium inwokować boginię Czarną Izydę nie było duże, jednak wystarczające dla zgromadzonych tam osób. Pod jedną ze ścian stał niewielki ołtarz, na którym leżała Clanda. Na wprost ołtarza stał Mistrz, Prowadzący Ceremonię. Był to niewysoki, łysiejący mężczyzna w okularach. Miał na sobie szaty pokryte dziwnymi wzorami. Nazywał się Kenneth Grant. Wokół niego tłoczyło się sześciu mężczyzn w maskach. Na prawo od nich było duże, i zresztą jedyne w tym pomieszczeniu okno.
Ceremonia rozpoczęła się. Grant zaczął cicho śpiewać, za nim pieśń podjęli inni. Prowadzący, nie przestając śpiewać uniósł kadzidło i zaczął nim machać. Po chwili zadymiło się całe pomieszczenie. Kenneth odłożył kadzidło, uniósł natomiast niewielki posążek przedstawiający nagą kobietę. Zaczęło się.
Clanda odetchnęła ciężko. Cała ta ceremonia zaczęła ja nudzić, chciała żeby Ona, Ta Która Ma Ją Zabrać, już przyszła. Zamiast tego stało się coś innego. Strasznego.
Okno, szczelnie zamknięte i zasłonięte, nagle rozwarło się na oścież. Do dusznego pokoju wpadł podmuch świeżego powietrza, a wraz z nim To. Clanda zobaczyła potwora, coś, co przypominało sowę, ale miało skrzydła nietoperza i szpony orła. Sowa podleciała do niej, i chwyciła szponami w pasie. Clanda wydała zduszony okrzyk. Wylecieli przez okno.
Clanda zobaczyła dachy domów pokryte śniegiem. W oknach paliły się te śmieszne, migające żaróweczki. Po ulicach chodzili ludzie, lecz nie widzieli jej. Lecieli coraz wyżej. Medium poczuło chłód. Starała się nie patrzeć na dół, ponieważ robiło jej się nie dobrze. Krzyczała, krzyczała ile sił w płucach. Niech Grant i jego kumple coś zrobią, przecież To ją porwało! Ale w głębi duszy wiedziała, że potęga tych żałosnych okultystów nie jest w stanie dorównać potędze tej istoty.
W oddali dojrzała stocznię. Ptak przyspieszył. Fala mroźnego powietrza wpadała jej do gardła, więc przestała krzyczeć. Przecież i tak nikt jej nie usłyszy. Bolało ją gardło. Nagle przeraziła się straszliwie. Czuła, że nie może tego opanować, ale... posikała się. Może i byłoby w tym coś śmiesznego, gdyby nie sytuacja, w jakiej się znalazła. Bowiem sowa nagle zaczęła... pikować w dół. Była to potworna wysokość, i Clanda, choć była szalona, wiedziała, że roztrzaskają się. Nie!! Nie!! Krzyczała nadaremno.
Otworzyła oczy. Z przerażeniem rozejrzała się po pokoju. Nigdzie jej nie zabrano, leżała tu cały czas. Jednak czuła, że ta szalona podróż, lot w szponach sowy, odbył się naprawdę. Nie potrafiła tego wytłumaczyć. Czym było to, co ją zabrało? Czy to był demon, duch? Może magiczne zaklęcie? Nie wiedziała.
Kenneth Grant wpatrywał się w nią w kompletnym osłupieniu. Jeszcze przed chwilą zemdlała, nie można było jej obudzić. Krzyczała przeraźliwie. Grant zaczął nawet bać się, że przy inwokacji popełnił błąd, i wyzwolił jakieś nadprzyrodzone moce. Lecz po chwili Clanda zbudziła się z przerażeniem i szaleństwem w oczach.
- Sowa - wymamrotała - To była wielka sowa. Ona... zabrała... mnie...
Mówiła z wyraźnym trudem, jakby wypluwając każde słowo. Ale Kenneth Grant nie słuchał jej bredzenia. Zapatrzył się w okno. Patrzył na spadający powoli śnieg. Każdy płatek zawierał w sobie mikrokosmos. Grant patrzył zafascynowany.
Patrzył, a w jego oczach było to, co tak często było widoczne w oczach Clandy. W oczach ludzi, których trzyma się w specjalnych szpitalach. W kaftanach bezpieczeństwa. W domach bez klamek.
Zaśmiał się rubasznie. A w jego oczach było to.
Szaleństwo.



THE END




Willow

aq151@interia.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||