|
Słońce
"Czy to jest przyjaźń czy kochanie?" Stwórca dobrze to
sobie zaplanował. Najpierw oceany, morza potem lądy wraz z roślinami
i zwierzętami. Widział, że to wszystko jest piękne. Radował
się. Nie ma nic przyjemniejszego niż zadowolenie z własnej
pracy. Po upływie kilku dni Bóg wpadł na jeszcze jeden pomysł.
"Stworzę coś, co będzie moim odbiciem" Adamie, Ewo.
jesteście stworzeni na podobieństwo moje. Daję wam to, czego
inne istoty nie posiadają. Wolna wola. Jesteście idealni pod każdym
względem.
Kłamał?
Czy ojciec widząc, iż jego dziecko jest szkaradne mówi mu to z
premedytacją? Tak bez oporów. Oczywiście, że nie robi tego. A
tym bardziej ten Ojciec. Dobre wychowanie polega na dawaniu
nadziei. Spójrzcie w przyszłość z wyprostowanymi plecami a
nie przygniecieni ciężarami trosk. W swoich planach nie uwzględnił
tego, że lustra bywają różnorakie. Są te zwykłe, są
weneckie, krzywe. Na Jego nieszczęście, zwierciadło odbijające
Go było tym ostatnim z wymienionej grupy. Złych surowców użył.
Prosta staje się łamaną, koło kwadratem, punkt płaszczyzną.
Zachwycający swoją zewnętrzna powłoką przerazili go własnymi
wnętrzami. Zdeformowane dusze.
Podjął jeszcze jedną próbę ratowania swojego wypieszczonego
dzieła. Zasiał trzy ziarna. Jedno obumarło, za to dwa pozostałe
plon wydały. Przyjaźnią i miłością je nazwał. Oba równorzędne.
Spokrewnione, niemal takie same. Niewielka różnica między nimi.
Przez tysiąclecia ważne role odgrywały. Wraz z roślinami i
zwierzętami ewoluowały do coraz to innych form rozwojowych.
Nadal jednak podążają w tym samym kierunku.
Kolejne epoki tworzyły swoje ideały, gdzieś w ich
charakterystyce znajdowały się te dwa bliźniaczo podobne
uczucia. Te dwie rozwijające się rośliny, pielęgnowane przez
Boga. Miłość raz to zmysłowa a raz delikatna i platoniczna.
Pragnienie milionów.
* * *
Skomplikowane analizy. Zawiłe równania i wielomiany. Nierówności
z modułami, pochodne trzeciego stopnia Kierownice hiperboli.
Wzory redukcyjne, Bernuliego, Vietea. Wszystko to było dla niego
doskonale zrozumiałe. Nie sprawiało mu to żadnych trudności.
Lat miał prawie dziewiętnaście. Kończył szkołę średnią,
wybierał się na studia. Chciał zostać informatykiem. Niewątpliwie
nadawał się do tego fachu. Od najmłodszych lat matematyka i
fizyka były jego ulubionymi przedmiotami. Podczas gdy inne
dzieci bawiły się w Indian czy żołnierzy on siedział przy
swoim małym biurku i rozwiązywał swoje pierwsze zadania. Nie
zastanawiał się nad tym, czemu siedzi sam w domu na tym krzesełku
w kąciku pokoju przeznaczonym wyłącznie dla niego. Po prostu
zapełnianie karteczek różnymi symbolami sprawiało mu
przyjemność. W jego wypowiedziach brakowało dziecinnego
gadulstwa, nie zadawał tyle pytań, co jego rówieśnicy.
Zamiast pytać wolał sam znaleźć odpowiedź w encyklopedii czy
innej publikacji.
Koledzy? Nie miał. Dopiero, gdy zaczął naukę w ogólniaku
znalazł kilka pokrewnych dusz. Zaskoczyło go to, że byli oni
zupełnie inni niż on. Pomimo tych różnic czuł się dobrze w
ich towarzystwie. Odzywał się rzadko a jeśli już to robił,
jego sowa układały się w logiczne poukładane zdania. Tak jak
każdy człowiek nie był nieomylny. Tak samo nie był najlepszy
z matmy wśród swoich rówieśników z klasy. Od tych kujonów
odróżniała go jedna jedyna rzecz; on lubił się uczyć
matematyki i robił to dla przyjemności a nie po to by mieć
dobre stopnie.
Dobrze zapamiętał postać swojego nauczyciela z podstawówki.
Na ostatniej lekcji profesor K. wypowiedział słowa, które stały
się mottem życiowym bohatera. "Matematyka to życie. Jej język
to poezja życia." Faktycznie tak było w oczach bohatera. (
Jego imię nieważne, może być Jan, Krzysztof, Wacław, Tomasz,
Paweł, Piotr, Łukasz, Mariusz. Imię nieistotne w tej opowieści
jest. Dlatego zwać go różnie będę )
Mijały kolejne miesiące i przyszedł czas na opuszczenie
przyjaznych murów ogólniaka. Teraz jak początkujący ptak-lotnik,
powinno się rozłożyć dopiero co upierzone skrzydła i wykonać
skok w przestworza dorosłości. Pomimo dobrego przygotowania
Marcin nie czuł się dobrze w tym przełomowym momencie swego
bytu na ziemi. Wiedział, że to, do czego się przyzwyczaił
zmieni się na nowe "coś".
Nie stronił od ludzi, ale lubił również przebywać w samotności.
W szkole średniej się zmienił. Nie był geniuszem, ale głupi
również nie był. Uczył się średnio. Królowa nauk Krzyśkowi
nie sprawiała problemów, choć teraz nie siedział nad nią już
tyle. Jak każdy człowiek w jego wieku chodził na imprezy, do
kina, na piwo żeby pogadać z kumplami. Nadal jednak w sercu
nosił te pamiętne słowa. Wierzył. Dowodów na prawdziwość
tego twierdzenia było wiele. Otaczają nas bryły takie jak te z
lekcji stereometrii, woda płynąc w rzece wybiera najłatwiejszą
drogę - to rachunek różniczkowy, logicznie rozumując można
przewidzieć zachowanie prawie każdego człowieka.
Miał kilka dziewczyn do tej pory, ale żadnej z nich nie kochał.
Wiedział, że kiedyś wreszcie zjawi się na jego drodze, ta, której
odda swoje serce. Nie poszukiwał jej tak jak to inni robią.
Jego drugą pasją było jeżdżenie na rowerze, nie jakieś tam
wybryki na trudnym terenie, ale takie zwykłe krajoznawcze
wycieczki.
Połowa kwietnia. Dzwonek zwiastuje zakończenie lekcji. Czwartek.
Pogoda jest paskudna jak na wiosnę. Właściwie to ta pora roku
jeszcze tak naprawdę nie nadeszła. Nadal z nieba lecą wielkie,
mokre płaty śniegu. Jest zimno. Tomek wraz kolegami oczekuje na
autobus. Beztrosko rozmawiają o poprzedniej lekcji.
Poczuł naraz, że musi się odwrócić w stronę szkoły. Powoli
wykonał obrót i zobaczył postać. Miała długie, rozpuszczone
włosy, które teraz plątał nieznośny zimny wiatr. Zmierzała
w stronę postoju autobusów ze spuszczoną głową. Ubrana była
zwyczajnie, wyglądała też tak samo jak tysiące innych
dziewczyn. Nie wiedział, czemu coś kazało mu wpatrywać się w
nią. Nie wyróżniała się ani swoją urodą ani ubiorem. Stanęła
na swoim miejscu i wpatrywała się w ziemię. Na niewielką
chwilę podniosła wzrok i wtedy ich spojrzenia się skrzyżowały.
Swoim bystrym wzrokiem Paweł zauważył, że jej oczy błyszczą
się od łez, kilka tych objawów smutku spływało po jej
policzku. Czemu płakała? Teraz chyba już zrozumiał, dlaczego
"to coś" kazało mu się odwrócić. Gdy zobaczył jej
ciemne oczy poczuł to, czego jeszcze nigdy nie doświadczył. To
było niesamowite. Nogi ugięły mu się w kolanach, były jak z
waty. Zamurowało go. Zapanowała ta niezręczna cisza, gdy nikt
nie wie, co powiedzieć. Czuł jak robi mu się coraz cieplej. Całe
zajście trwało zaledwie ułamek sekundy, wydawało się jednak,
że ciągnęło się parę dobrych chwil. Nie wydusił z siebie
ani słowa. Autobus podjechał i wsiadł do niego. Gapił się na
nią z otwartymi ustami, tak jak to robią małe dzieci, gdy są
zachwycone. Pojazd odjechał ona została na zewnątrz.
Wiedział, że to głupie. Czuł się teraz jak bohater taniego
wenezuelskiego tasiemca. Coś, czym gardził zawsze, przydarzyło
się właśnie jemu. Kłóciło się to z jego postrzeganiem świata.
Przecież to niemożliwe zobaczyć całkiem obcą osobę i ot po
prostu. Nie to niemądre. Teraz chyba zrozumiał to, o czym się
uczył na polskim. Romantyczne powieści i wiersze nabrały
nowego brzmienia a co najdziwniejsze to układało się teraz w
sensowną treść. To było prawdziwe.
Kim ona była? Nigdy do tej pory jej nie widział. Czy była z
tej samej szkoły, co on? Czy będzie go jutro pamiętać? Czemu
płakała? Dlaczego tak szybko spuściła wzrok? Coś Ty nam
Mickiewiczu. Chciał sobie wszystko logicznie wytłumaczyć.
Nie szło jednak tego zrobić. Gdy dojechał do domu padł bez życia
na łóżko i leżał bez ruchu parę godzin. W wyobraźni nadal
majaczyły mu te oczy. Co było w nich takiego cudownego?
Widział przecież nieraz piękniejsze dziewczyny i oczy. Jednak
te "piękniejsze" nie przyciągnęły go tak. Zresztą teraz
to Ona była najpiękniejsza.
Wreszcie po kilku dniach spotkał Ją znów. Cały ten czas myślał,
co powie, przygotował sobie kwestie, choć dobrze wiedział, że
i tak marny z niego aktor. Nie przeliczył się. Gdy stanął
naprzeciw Niej, jego monolog gdzieś uleciał. Teraz albo nigdy,
zaczął mówić. Ona tylko słuchała. Piotr wyrzucał z siebie
potoki słów, które może nie brzmiały najpiękniej, ale za to
ich treść mogła roztopić największy lodowiec. Jego przemowa
wywołała dziwny efekt. Po Jej twarzy zaczęły płynąć łzy.
Przyjęła chusteczkę, przetarła zaczerwienione oczy. Na ustach
zaskoczonego Olka złożyła pocałunek.
Znów odebrało mu mowę, tak jak wtedy na przystanku. Teraz
zrozumiał jak mógł czuć się średniowieczny rycerz
nagrodzony wstążką swojej Pani, za zwycięstwo w turnieju.
Teraz zrozumiał czemu. Pojął, dlaczego Werter popełnił samobójstwo,
dlaczego Romeo kochał Julię, czemu kobiety były natchnieniem
artystów. Tak poznał Słońce. Wszystko to było takie
prostolinijne, że aż swoją banalnością przypominało coś
nierealnego czy prostackiego rodem z taniego romansidła.
Popełniał kardynalny błąd. Matematyka to po części też życie,
ale nie w każdym jego aspekcie. Zresztą podobnie jak jego
koledzy Chemicy też się mylił. Stwierdzenie: "Matematyka to
życie. Jej język to poezja życia." Nie było bez wad, tak
samo jak motto Chemików: "Miłość to chemia." Tu nie ma
reguł, wzorów, prawideł. Jest tylko ten bohater i Ona.
Grey Wolf vel Royal GrYffin ( to Y dla Faramira ; )
phantazm@interia.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||
|