|
Gitara z życiem w strunach
Ochłonął, kiedy wyszedł na świeże
powietrze. Ciemności były teraz największe,
bo też i najbliżej było do narodzin nowego
dnia. Dookoła las, a on stał na tej wyspie
betonu i próbował wytrzeźwieć. Z ręki wypadła
mu puszka Carlsberga. Z radością właściwą
tylko pijanym spostrzegł, że to, co przed
chwilą pił było ostro przeterminowane - logo
browaru pokryte było czapą śniegu, a był teraz
koniec maja. Skończył z rozmyślaniami na temat
dat, gdy powiał wiatr. Chłodne powietrze trochę
nim wstrząsnęło. Przypomniał sobie ile ma
lat i że kiedy wychowawczyni zobaczy go tu
nad pustą puszką z piwem wróci do domu z naganą.
Wyrzucił więc aluminiowe opakowanie daleko
w las. Ruszył w kierunku pogrążonego w mroku
placyku zabaw. Za sobą taszczył futerał z
gitarą. Usiadł na huśtawce i lekko bujając
się w tą i z powrotem zaczął coś brzdąkać
na instrumencie. Tak naprawdę nie potrafił
grać, ale pijani potrafią rzeczy, o których
trzeźwi mogą tylko marzyć. I na odwrót.
Teraz właśnie było to "na odwrót".
Nie potrafił przestać się bujać i robiło mu
się niedobrze. Palce błądziły po strunach
wysyłając w twarz matki Nocy smutne dźwięki.
Chciał zaśpiewać, ale bał się, że ktoś go
odkryje. Chciał tylko jej. To na nią tu czekał.
To dla niej tu wyszedł. Wiedział, że ona też
zaraz tu będzie. Trochę niedzisiejsza, z winem
we krwi. Jego oczy błysnęły w ciemności, gdy
zwalił się do tyłu na plecy. Huśtawka wyprysnęła
daleko do przodu i wracając uderzyła go w
głowę. Uśmiechnął się tylko i zemdlał. Naokoło
latały karty starych książek pisanych wyblakłą
czcionką, sosny gięły się nad jego ciałem,
a on wiedział, że może ją przeoczyć jeśli
naprawdę odpłynie. Starał się, walczył jak
potrafił. Nie patrząc na ręce rozciął sobie
palec o strunę gitary. Wgłąb pudła wkroczyła
krew na zawsze zmieniając jego brzmienie.
Znalazła go, gdy chciała usiąść na huśtawce.
Leżał tak okropnie uśmiechnięty, że aż ją
poruszał swoim artyzmem. Chłopak z gitarą
byłby dla mnie parą. Omdlały, bezwładny chłopak
z gitarą leżący w ciemnościach na placyku
zabaw. Wyjęła mu z rąk instrument i pogładziła
chłodne linie progów. Wyjęła z kieszeni spodni
kostkę i trąciła nią struny. Prezerwatywa
dla gitary. Kupowałeś raz i starczała na długo.
Nie tak jak z kobietami. Z nimfomanką można
by zbankrutować - jak stwierdził kiedyś leżący
przed nią chłopak. Śmiała się z tego długo,
w ogóle dużo się razem śmiali. Zagrała cicho,
tak by nikt jej nie słyszał. Zaśpiewała szeptem
pozbywając się drobin alkoholu z krwi.
Szli ramię w ramię piaszczystą drogą. Żadne
z nich się nie odzywało. Ona szurała za sobą
futerałem z gitarą. On ostrożnie rozglądał
się po ścianach lasu z obu stron. Był zupełnie
trzeźwy, nie tak jak ona. Miał więc jeszcze
szansę ją wykorzystać. Miał wielką ochotę
na jej włosy, usta, dłonie. Drżały mu ręce,
bo byli coraz bliżej plaży. Tam będzie musiał
się wziąć nareszcie w garść i zdecydować.
Była mu bliska, tak piękna i mądra. Już nieraz
słyszał te znaczące półsłówka, uśmieszki.
Wszyscy myśleli, że coś ich łączyło, ale nie
była to prawda. Nigdy nie tknął jej w ten
sposób, chociaż tyle razy myślał o tym. Czas
z tym skończyć.
Stali na wydmach, gdy zaczęło rodzić się
Słońce. Znowu nie potrafił grać, więc oddał
gitarę jej. Też nie potrafiła.
Pamiętał, jak umarł jego najlepszy przyjaciel.
W jednej piątej życia pożegnał świat. Zadzwonili
do niego do szkoły, na komórkę, i powiedzieli.
Wszyscy, którzy akurat na niego patrzyli dostrzegli
jego bladość, drżenie warg, pierwszy raz zobaczyli
łzy na policzkach tego chłopaka. Twardego,
który zimnem jednał sobie niewolników swej
charyzmy. Tego, który uwalniał z niej tylko
prawdziwych przyjaciół, tylko im pozwalając
na nieposłuszeństwo jego słowom. Potem nie
był już taki. Nie potrafił przewodzić po powrocie
z pogrzebu. Był tylko cieniem. Gdy wybiegał
ze szkoły nie zważając na ich krzyki, gdy
rzucił telefonem o ścianę roztrzaskując ją
w pył, gdy siedział pod gruzami. Kiedy już
tulił ją w ramionach, jak dziecko płacząc
na jej bark. Tak, pamiętał jego śmierć. Wiedział,
co zawsze chciał mu powiedzieć. Tyle wspólnych
planów poszło w drzazgi. Niezwykły chaos jaki
się wtedy w nim narodził został uporządkowany
wraz z tym przytuleniem. Wdychał jej sweter,
jej włosy i wiedział, że jest bezpieczny.
Spojrzała w jego oczy po pogrzebie i widziała
w nich smutek. Smutek z gatunku tych, które
niszczą, zmieniają mężczyzn w samotnych wędrowców.
Nie poszła z nim na ceremonię tylko czekała
pod bramą. Nie powinien utożsamiać jej z ciałem
swego przyjaciela. Ciałem martwym i pozbawionym
życia naraz.
Nie pytał, gdy przyszła do niego w nocy.
Zapłakana i bez kurtki. Na dworze hulał zimny
październikowy wiatr,
a jego matka była na nocnej zmianie. Założył
spodnie i wpuścił ją do domu. Padła w jego
ramiona i ściskała go jak wtedy, gdy role
były odwrócone. On też ją tulił, tak troskliwie,
jak potrafił. Kołysał ją zatracony w niezwykłym
szczęściu, że może odwdzięczyć się za tamto
przytulenie, gdy stracił przyjaciela. Zdjął
z niej wilgotną bluzę, a ona, opacznie go
rozumiejąc, zaczęła trzęsąc się zdejmować
z niego koszulkę. Powstrzymał ją w milczeniu
i zostawił na kanapie. Kręcił się po kuchni
parząc kawę z mlekiem. W domu buszowały dźwięki
piosenek. Wypiła obejmując kubek dłońmi. Pogładził
ją po włosach i poszedł zamknąć drzwi. Gdy
wrócił czekała na niego z wyjaśnieniami, ale
on ich nie chciał. Nie pytał o nic. W końcu
zasnęła u jego boku na kanapie okryta kocem.
Na początku chciał spać, chciał ogrzewać ją
swoim ciałem, ale po chwili wstał. Musiał
czuwać. Musiał dać jej poczucie bezpieczeństwa,
więc pocałował ją w czoło i ubrał się kompletnie.
Wymacał w pokoju wszystkie twarde przedmioty,
w kuchni umył nie wiadomo po co wszystkie
noże i czekał. Z modlitwą na ustach, by ocalić
ją.
Oboje za sprawą dziwnych zbiegów okoliczności
byli obok siebie w chwilach cierpienia. Może
to właśnie te przypadki ich połączyły? A może
czuli się winni sami przed sobą? Nie byli
szarymi ludźmi, tymi zwykłymi, którzy okazywali
słabość na co dzień. On na pewno taki nie
był, ona też nie. Możliwe, że bali się odejść
jedno od drugiego
w obawie, że zdradzą chwile, kiedy utracili
swą moc. Wciąż udawali, że ją posiadają, ale
przed sobą nie potrafili już. Widzieli nawzajem
swoje łzy, tulili się przerażeni nie wiedząc
co dalej powinno być. Bał się, że ona rozgada
jak to dziewczyna, jak płakał, jak dzieciak.
Lękała się, że pochwali się, jak to chłopak,
że była u niego w nocy i że chciała ściągnąć
z niego koszulkę. Byli sobie wdzięczni. Byli
sobie wdzięczni za to, że nie mogli od siebie
odejść. Dziękowali za ten strach niemal zawsze,
nieświadomie.
Nagle lunął deszcz. Chłodny, poranny, majowy
deszcz. Drobne, ale gęste krople zaciemniły
plażę. Słońce jednak dalej się rodziło. Dalej
przeświecało przez beżowe chmurki tworząc
dziesiątki tęcz. Byli kolejnymi ludźmi, którzy
nie potrafili nie wierzyć. Piękno go onieśmielało,
pragnął tylko dziękować. Nie wiedział jednak
za co. Za które piękno. Za wschód Słońca,
czy za to, że ona stała obok niego. Nie rozmawiali.
Nagle, gdy włosy mieli już ciężkie od wody,
wziął w dłonie jej twarz i pocałował ją w usta.
Ona zaskoczona nie mogła nic zrobić. Odwzajemniła
jego dotyk wiedziona instynktem, zupełnie
jak on, bo oboje mogli zawierzyć tylko naturze
z braku doświadczenia. Mógł pójść dalej, ale
nie potrafił. Była zbyt piękna. Chciał pójść
dalej, ale coś powstrzymywało go przed tym.
Chyba zrozumiała, bo kiedyś jej
o tym mówił, że...
- Wiesz, faceci są kreowani na twarde maszyny,
bez uczuć, co to tylko o seksie myślą, o meczu
i piwku na kanapie. A ja jestem pewien, że
każdy z nich spotyka w życiu kobietę tak piękną,
że nie potrafi nic zrobić. Nie przychodzą
mu wtedy do głowy myśli o łóżku. Naprawdę.
On chce tylko tych długich, hollywoodzkich
pocałunków, jakie widział
w kiczowatych filmach. Facet może ją spotkać
wszędzie, swoją życiową piękność i nie pomyśli
o niej wtedy - "zajebista dupa", jak to by
powiedział między kolegami. Każdy znajduje
taką choć raz, ale niemal zawsze brakuje mu
odwagi. Może mi będzie jej starczyło, ale
możliwe, że nie. Wtedy żenimy się z kobietami
świetnymi, które kochamy, ale których twarze
zawsze będą twarzami tych piękności. Każdy
facet, nawet najgorszy ma uczucia i, choć
się do tego nie przyznają, gotowi są zrobić
wszystko dla pięknej nieznajomej, ale najwięcej,
co mogą jej dać to mały przebiśnieg albo wiersz,
który drzemie w ich duszy. Myślę, że każdy
ma taki wiersz. Jednakże chcemy dać kobiecie
wszystko, chcemy ją chronić i takie tam rzeczy
i zapominamy jak ważne są małe rzeczy na początku...
Sorry, chrzanię jak naćpany.
- ... - uśmiechnęła się tylko delikatnie,
ale zapamiętała to, bo czuła, że to ważne
także dla niej. Poza tym nigdy nie słyszała
niczego takiego z ust chłopaka. Była ciekawa,
co jeszcze ma do powiedzenia właśnie ten,
ale nigdy już głośno o tym nie wspomniała.
Wrócili do szkoły i przez kolejne lata nadal
byli na tym etapie, co wtedy. Oczywiście,
jeżeli nie liczyć tamtego pocałunku. I znowu
mieli wyjechać na kilka dni z całą klasą.
Ostatni raz w tym składzie. I znowu jak wtedy
w maju, choć teraz był prawie lipiec poszli
na plażę tylko we dwoje. Nic nie mówili, myśleli
o tym, czy kiedyś jeszcze się zobaczą. Jak
to będzie w życiu i czy nie za wcześnie zakończą
go w ustatkowanym domku z ogrodem. Myśleli
o tym wszystkim jednocześnie, jakby byli połączeni
niewidzialną nicią energii. Energii tak dziwnej
i nieprawdopodobnej, jak ten wschód.
I nagle nie wiadomo skąd powiał wiatr niosąc
muzykę z odległego o kilka kilometrów baru.
Baru na plaży, w którym codziennie w sezonie
przesiadywało wielu podchmielonych czterdziestolatków
mających ochotę na młode dziewczyny. Gdzie
codziennie wieczorem była zadyma pochłaniająca
całą plażę. Zadyma, z której radośnie uciekało
się z podbitym okiem i połamanym żebrem. I właśnie z
tamtej mordowni nadleciała muzyka...
"Widzę cię każdego ranka / W każdy dzień
/ Twych włosów cień / Ozdabia każdy mój sen
/ Proszę, spójrz na mnie choć raz / By kwitnąć
mógł mego życia smak / Pozwól mi / Być morskim
piachem u twych stóp / A gdy ujrzę ptaka /
Odwiedź ze mną jego grób / Zanim powiesz "nie",
błagam, zastanów się / By zapach włosów twych
ozdabiał każdy mój świt / Dosyć ciemnych chwil
/ Dosyć długich zim / Zamień długi płaszcz
na ciepły Słońca blask / Nie pozwól, by nasz
ptak / Zmarł... Jak ty, jak ja / Zmieniony
w pył / Ukrywam się / Uciekam gdzieś, tak
w noc, jak i w dzień / Jak ty, jak ja / Nie
pozwól mi / Oddalić się, zapomnieć.../ Na
wiosnę spójrz / Na wiosnę w sercu mym... "...
Znała te słowa i on także. Więc poszła za
nim ostatni raz, jak wolni kochankowie...
ostatni raz, wtuleni w szarość gwiazd...
Picollo
pokefil@wp.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||
|