*** Kyuss - "Blues For The Red Sun" ***



     Nawet jeśli nie kojarzycie nazwy znajdującej się powyżej, to na pewno znacie Queens Of The Stone Age - kapelę, która święci ostatnio godne pozazdroszczenia triumfy. Otóż dwaj niekwestionowani jej liderzy - Josh Homme i Nick Oliveri współtworzyli razem z wokalistą Johnem Garcią i pałkerem (na tej płycie przynajmniej) Brantem Bjorkiem właśnie grupę Kyuss. Zasłynęła ona w pewnych kręgach jako prekursor stoner-rocka, czyli ujaranego hard-rocka z wyraźnym wskazaniem na Black Sabbath (to duże uogólnienie oczywiście). "Blues For The Red Sun" to ich druga płyta i została wydana w 1992 roku. Tyle informacji, przechodzę do sedna.

     Pierwsze, co rzuca się w uszy to specyficzny, garażowy klimat, który podkreśla produkcja. Nie liczcie na jakieś super efekty i krystalicznie czyste brzmienie. Dostaniecie bowiem organiczny brud, małą selektywność i kopniaka prosto w twarz. Taki stan rzeczy można uznać za wadę, ale na pewno służy on wiarygodności. Chociaż muzycy starają się urozmaicać swoją muzykę (np. w brzmiącym jak jakiś indiański obrzęd "800"), to wszystkie kawałki zbudowane są na podobnym patencie. Już w otwierającym "Thumb" artyści odsłaniają wszystkie swoje atuty. Początkowy melodyjny i lekko orientalny motyw przechodzi w ciężki jak cholera riff na niesamowicie nisko strojonych gitarach. Pewnej przebojowości dodaje rasowy wokal - John Garcia wydaje się być stworzonym do takiej muzy. Totalnie przesterowane wiosło dosyć często rozjeżdża się w stronę psychodelii, szczególnie w solówkach. Te wszystkie czynniki mogą się skojarzyć z wczesnym Soundgarden. I rzeczywiście, to dobry trop (co potwierdza np. "Thong Song"), ale Kyuss jest zupełnie inną grupą. Chodzi głównie o strukturę kompozycji - nasi bohaterzy preferują raczej średnie, bardziej zwarte tempa, nie tak masywne i ciężkie, jak Cornell i spółka. Styl gitarowy Homme'a, choć równie ciekawy, nie jest jednak tak pokręcony, jak u Kima Thayila. No i główna różnica - chłopaki wyraźnie lubią kawałki instrumentalne (takich jest na płycie aż pięć). Są to zazwyczaj improwizacje wokół basowego motywu i jako takie najlepsze wrażenie robią "Apothecaries' Weight" i "Caterpillar March". Nie bójcie się jednak - znajdzie się tu również więcej kawałków w stylu "Thumb". Porywa motoryczny "Green Machine", zaskakuje pełen zmian tempa "Thong Song", wciąga długaśny "Freedom Run".

     Jeśli więc kochasz starych Sabbathów, chcesz posłuchać ciekawej, ale nie rewolucyjnej muzyki, powinieneś sięgnąć po Kyuss. Znajdziesz tu dużo czadu, ciekawych riffów, dobre rzemiosło, nieco przebojowości i świetny klimat. Mnie się podoba. Całość jest produktem zdecydowanie bardziej niszowym od QOTSY, ale niewątpliwie zasługuje na równie duże uznanie.

OCENA: 8/10


© Petarda