*** My dying bride - "The Angel and the Dark River" ***


Zmartwiony poziomem niektórych recenzji w km'ie postanowiłem samemu spróbować swoich sił. Nie zdradzę czy moją intencją jest go podwyższyć, czy zaniżyć, to osądźcie sami po lekturze poniższej recenzji :-). No właśnie, recenzji. Rzecz, jak zresztą można odczytać w tytule, będzie dotyczyć albumu brytyjskiej kapeli My dying bride. Nosi on dość enigmatyczny tytuł "The Angel and the Dark River". Na okładce oczywiście nie ma żadnego anioła ani rzeki, ale chyba nie to jest najważniejsze, więc przejdźmy do setna. Płyta ta różni się dość znacznie od poprzedniego wydawnictwa grupy, bowiem zrezygnowano wogóle z growli, za to powiększono rolę klawiszy i skrzypiec. Pewnie niektórzy sądzą że taki zabieg pozbawił muzykę drapieżności i jadu, ale gdy słucham tego albumu, absolutnie nie odnoszę wrażenia, iż wokalista powinien się porządnie wydrzeć. To zepsułoby cały klimat i harmonię tej płyty. A czego jak czego, ale klimatu nie brakuje. Jest on budowany przy pomocy wspomnianych już wcześniej skrzypiec, ciężkich gitar, czystego wokalu, klawiszy, a także pięknych, poetyckich tekstów. Płyta jest utrzymana raczej w średnio-wolnym tempie, kompozycje, ciągną się długimi minutami, ale na nudę nie można narzekać. Teksty, jak już wspomniałem są poetyckie, pełne metafor, trzeba troche posiedzieć nad słownikiem aby rozszyfrować ich treść. Traktują głównie o miłości, Bogu. Razem z muzyką tworzą jedyną, niepowtarzalną całość. Co jeszcze można dodać? Że jeżeli chce się przekonać do tej płyty dziewczynę/kobietę wedle to można jej puścić świetną balladę (może nie w stu procentach) "Two winters only". Że po n-tym przesłuchaniu się nie nudzi? Album jest naprawde godny polecenia, chyba każdy fan metalu znajdzie tu coś dla siebie, a dla miłośników doomu i cięższego gotyku jest to pozycja obowiązkowa.


© Shagmar <shagmar@wp.pl>