Crionics - Human Error: Ways To Selfdestruction
autor: kaReL
www.inflames.of.pl

Muszę powiedzieć, że ostatnio zaniedbywałem naszą rodzimą scenę metalową na rzecz innych, bardziej popularnych zespołów. No cóż, sam sobie jestem winien. Spytacie dlaczego? Chociażby dlatego, że mojej uwadze umknęło kilka ciekawych premier. Do jednej z nich zalicza się krążek krakowskiego Crionics pod tytułem "Human Error: Ways To Selfdestruction".

Crionics istnieje od 1997, co prawda wtedy działał jeszcze pod inną nazwą, ale to właśnie ta data oznacza początek. Po różnych perturbacjach związanych ze składem i nagraniu oficjalnego dema, przyszło nam wreszcie wysłuchać pełnometrażowego albumu kamratów z Krakowa.

No cóż, tego się nie spodziewałem. Bo czegóż można oczekiwać od kapeli, która dopiero co, zaczyna "raczkować" na metalowym poletku? To chyba normalne - wielu problemów i upadków związanych ze stawianiem pierwszych kroków, ale... tego o Crionics na szczęście powiedzieć nie mogę. Nagrany przez nich album jest doskonałym przykładem, że aby grać black metal z krwi i kości nie trzeba urodzić się w Norwegi. Tak, tak panowie wykonują black metal i to nie byle jaki. W ich muzyce można się doszukać wielu inspiracji, głównie sceną norweską (to chyba nikogo nie dziwi). Nie jest to ani prymitywny black, ani też jego łagodniejsza odmiana zwana symfoniczną. "Human Ways..." to mieszanka obu tych nurtów, z przewagą tego pierwszego. Więc jeżeli już miałbym porównywać "krakowiaków" do znanych zespołów na myśl przychodzą mi takie nazwy jak: Emperor, Immortal, Dimmu Borgir... Może po kolei. Emperor - dlatego iż w każdej kompozycji panuje chaos, perusita wyciska z siebie siódme poty ("Lunatic Gate"), gitarzyści prują powietrze swoimi ultra-szybkimi riffami ("Matrix of Piety") i karkołomnymi solówkami ("Waterfalls of Darkness"). Immortal? No oczywiście, za nieprzenikniony chłód, który wkradł się niemal do każdej kompozycji. A z kolei Dimmu Borgir za mistycyzm. Co prawda, z tym ostatnim mamy doczynienia bardzo rzadko, lecz dzięki niemu takie utwory jak "Episode of the Fallen Star" czy "Sacrosanct Strenght" nabierają całkiem innego wymiaru. O mały włos zapomniał bym o klawiszach, a te choć pojawiają się sporadycznie (tzn. są słyszalne, wtedy, gdy chcą tego muzycy) potęgują i tak już ogromne wrażenie oraz o czystym wokalu, którego także zbyt często nie uświadczymy, a szkoda.

Wystarczy już tych pochwał, bo jeszcze muzykom uderzy do głowy woda sodowa (40% ma się rozumieć;). Z mojej strony dodam tylko: odwagi, nie bójcie się klawiorów (zwłaszcza tak genialnych), nie bójcie się eksperymentów, świat stoi u Waszych stóp! A ty? Czy już wiesz, co musisz zrobić drogi czytelniku? No jasne, na co czekasz? Już teraz zamów archiwalny numer Trash'em All, w którym znajdziesz tą włąśnie płytę. Hail!


Ocena: 9+/10