"SMAK ŚWIEŻYCH MALIN" IZABELA SOWA
BrightWitch
"Smak świeżych malin" jest pierwszą częścią "owocowej trylogii" Izabeli Sowy. W chwili, gdy piszę te słowa od dawna dostępna jest też druga część - "Cierpkość wiśni". Trzeciej ani widu, ani słychu.
Czytając opis "Smaku..." w jednym z katalogów KKKK pomyślałam sobie, że to z całą pewnością kolejna polska Bridget Jones (po Judycie z "Nigdy w życiu!" Grocholi). Mojego nastawienie nie zmieniły nawet zapewnienia autorki, że "Malina to po prostu malina, a nie polska odmiana owocu kiwi", wszak Grochola usprawiedliwiała też Judytę mówiąc, że nie jest do B. podobna pod żadnym względem. Owszem, podobne nie są. Ale styl pisania tak.
W trakcie czytania odnajdywałam całe mnóstwo podobieństw między Maliną a Bridget. Obie zakompleksione, obie mają problemy z rodziną, obie obdarzone cudownymi przyjaciółkami i znajomym gejem. Różnice: Malina jest studentką, młodsza od Bridget i zapewne szczuplejsza, choć także ma kręćka na tle swej wagi.
Jednak tym, co odróżnia powieść Sowy od dziełka Fielding jest humor. Czytając "Dziennik..." mało co nie wpadłam w kompleksy - nie bawił mnie w ogóle. Odtrutką stał się "Smak...". Sowa ma świetne poczucie humoru. Bywa ono koszarowe (ble!), ale najczęściej żarty są... inteligentne. (Skrzydła jednak rozwinęła autorka dopiero w "Cierpkości wiśni")
"Smak..." jest dosyć dobrym czytadłem na wolne dni. Po czytadłach nie należy się wiele spodziewać, bo ich celem jest umilić człowiekowi czas i w tej roli "Smak..." sprawdza się nieźle.