PHILIP K. DICK - "Nasi przyjaciele z Frolixa 8"
Od dawna dręczy mnie pytanie: czemu do zrobienia budyniu potrzeba mleka, a do kiślu (kisielu?) wystarczy woda? A właściwie skąd wiecie, że nie można przygotować budyniu bez mleka? Próbowaliście? I jeszcze jedno - dlaczego w sklepach budyń w kubku nazywa się "puddingiem"? Przecież pudding to brytyjskie paskudztwo - a jego odmianą jest haggis, które przyrządza się z baranich serc, wątroby i płuc gotowanych w zwierzęcym żołądku (dobrze, że nie ludzkim...)! Cóż, są pytania na które nie ma odpowiedzi... A jednym z nich jest "czemu niektórzy pisarze trzaskają gniot za gniotem i są bardziej popularni niż prawdziwi artyści, którzy napisali mnóstwo świetnych powieści (nie wydanych w większości w Polsce)?". Bo dlaczego tak trudno znaleźć powieści Dicka na księgarnianych półkach, podczas gdy dookoła poustawiane są kopce kolejnych adaptacji "Gwiezdnych wojen"?
Jedną z powieści-widmo, na jakie można natrafić przypadkiem, 29 lutego, podczas zaćmienia księżyca i słońca równocześnie jest "Nasi przyjaciele z Frolixa 8". Tytuł dziwny, prawda, lecz zapewniam - książka odlotowa niczym Żwirko i Wigura dopalani solidnym kopem w zad.
Zaczyna się niewinnie. Nad Ziemią władzę obejmują genetycznie lepsi ludzie - a właściwie dwie ich rasy - odsyłając "starych" do robót niegodnych Nowego. Czyli do, na ten przykład, pogłębiania rowków w oponach... Jest jednak jedna osoba, która ośmieliła się przeciwstawić tyranii! Jest nią Thors jakiśtam, o nazwisku i imieniu przypominającym mi dziecię gwiazd, Thorgala Aegirssona (znakomity komiks - jeśli ktoś jeszcze go nie zna, to powinien się wyspowiadać). Tyle, że o nim (o Thorsie) słuch zaginął parę lat temu. Mamy za to typową ofiarę losu, służalczego i nieco może autystycznego Nicka Appletona, który - po wielu perturbacjach, permutacjach i innych dziwnych słowach na "p" - przyłącza się do ruchu oporu. Co dalej? Chyba nie wyobrażacie sobie, że powiem? Cytując moją nieocenioną nauczycielkę od języka polskiego - "sru do biblioteki, głupki". To jedno z jej mniej wulgarnych wyrażeń...
Czy książkę warto przeczytać? Retoryczne pytanie... Toż to Dick! Jest on jedynym autorem, który nie napisał żadnego słabego utworu (a narobił ich ze 32). Ów powstał dziesięć lat przed jego "zejściem" - i czuć troszkę spadek formy mistrza, choć nie jest źle! Może brak w "Przyjaciołach" tego polotu, którym wyróżniały się "Blade Runner" i "Ubik", ale w żadnym wypadku powieści nie można nazwać kiepską, ani nawet średnią. Dość ciekawa wizja świata - w którym nieliczne "mutasy" panują nad paromiliardową rzeszą - odwołuje się do podziałów klasowych, niewolnictwa i takich tam bzdetów, które wymyślili Amerykanie chyba tylko po to aby dziś mieli czemu się przeciwstawiać... Czasami można odnieść wrażenie, że Filipek to komuch czystej próby, lecz jeśli "czerwoni" piszą takie książki - to ja się do nich przyłączam!
Na koniec poprzyczepiam się formy. Formatu. Ten jest mały - i to bardzo. Nie wiem, jak wy, ale ja nie lubię czytać z notesu. Wszak "Naszych przyjaciół..." wydano w formacie mniejszym niż zeszyt! A ta czcionka... Wydaje mi się, że tanim chwytem rozwleczono opowiadanie do rozmiarów powieści i wydano je osobno, w odpowiedniej cenie. Fakt - rozdziały są, co sugeruje że jednak mamy do czynienia z pełnoprawną powieścią, ale... Podobnych rozmiarów opowiadanka ukazywały się w świętej pamięci "Fenixie" (że wspomnę tylko o świetnym cyklu "Ginaza" czy równie dobrych opowieściach o czarodzieju Arivaldzie autorstwa Jacka Piekary). W każdym razie - przy lekturze można się przemęczyć bezustannym przewracaniem stron (trochę głupio to brzmi... przewracać stronę, to tak jakby "postawić wodę na herbatę"). Ale pewnie istnieją inne wydania (głos optymisty; zapewne to jest jedyne, o nakładzie jakiegoś tysiąca egzemplarzy, z czego dwieście spalono a sto wywieziono za granicę...).
Zakończowywując recenzję (podobno zabawy językiem rozwijają umysł... ejże, chyba że chodzi o TAKIE zabawy językiem...?) powiem, słowem podsumowania na koniec (podręcznikowy przykład tautologizmu. Wiecie, dzieci, iż inne słowo nań to "pleonazm"? Może on prowadzić jednak do zamierzonej amplifikacji, więc czasem używa się go świadomie, w takim na przykład przypadku jak to zdanie) że powieść warto przeczytać. Aczkolwiek przejażdżkę po światach Filipa K. wypadałoby zacząć od "Ubika".
A czy to nie dziwne, że jutro mam sprawdzian z biologii a piszę tekst do AM, a zaraz mam zamiar coś poczytać (bynajmniej nie podręcznik)? Doceńcie moje poświęcenie - a raczej lenistwo - i nie bluzgajcie na nadmiar nawiasów. Akurat mam humor i tak jakoś same się w tekst wcięły...