STEPHEN KING - LŚNIENIE

Po wielokroć żaliłem się już na łamach tego przezacnego kącika, że - czego jak czego - ale wolnego czasu to ja w nadmiarze nie mam. Więcej! Dodać mogę, że w kwestii tegoż panuje w moim życiu nieustanny deficyt. Tak, drogi Czytelniku, doba UnionJacka ma parszywą tendencję do posiadania jedynie dwudziestu czterech godzin. A to i tak w pewnym przybliżeniu.

Niedobór ten obrazuje się w sposób wieloraki. Po pierwsze, w pokoju UnionJacka zauważyć można bezprzykładny, archoetypiczny wręcz burdel na kółkach, który mógłby być - a być może i jest - niedoścignionym wzorcem dla wszystkich niedoskonałych bałaganów i nieporządków, wyłączywszy wszakże polską politykę, z którą nawet on konkurować nie może.

Po drugie, przepracowanie autora dostrzec można nie gdzie indziej, a w oczach recenzenta, ślicznych, niebieskich. Oczy autora bowiem, mimo, że są (jak się rzekło) niebieskie, około wtorku nabierają dziwnie czerwonego odcieniu, którego natężenie apogeum swe zwykło osiągać koło piątku przechodząc w kolor purpury. Deep purple.

No i wreszcie, last but not least, z recenzentem dzieją się rzeczy straszne, mimo, że nie ma pełni. Recenzent bowiem ordynarnie chamieje, degeneruje się i stacza. Najbardziej zaś dziczeje pod względem literackim - książek bowiem to on zbyt wiele nie czyta, oj nie. Ale wierzy, że nadejdzie jeszcze taki dzień, że zdoła nadrobić swe - znaczne - literackie zaległości.

A słowo stało się ciałem i zamieszkało między nami! I to zarówno dosłownie, jak i w przenośni - nadeszła bowiem Wielkanoc. W Wielkanoc, co wie każdy zapracowany recenzent, można - poza trzaskaniem się jajkiem i wcinaniem białej z chrzanem - jakąś dobrą i ciekawą książkę przeczytać.

Padło na "Lśnienie" Stephena Kinga.

Fabuła tej książeczki na pierwszy rzut oka do najoryginalniejszych nie należy. Ot, stary, opuszczony na zimę, odcięty od świata hotel, stróż hotelu z rodziną i z niechlubną przeszłością, wreszcie synek owego stróża z parapsychologicznymi zdolnościami. A, no i najważniejsze: To, Co Czai Się W Mroku.

Z takiej mieszanki mogła wyjść zarówno książka bardzo dobra, jak i dzieło zupełnie nieudane. Chwała panu Kingowi, w tym przypadku można śmiało zakreślić odpowiedź numer jeden. Grubym, oktarynowym flamastrem.

Cały sukces książeczki kryje się bowiem w stylu, jakim ta ma zaszczyt być napisana. W stylu lekkim, lecz nie ubogim. W wytrawnej zabawie słowem, zabawie, która sprawia radość nie tylko pisarzowi, ale i czytającemu. W umiejętnym budowaniu napięcia, które nie raz przyprawić może nieco strachliwego czytelnika o szybsze bicie serca, o innych komplikacjach kardiologicznych nie wspominając.

Świetna to książka, prawdziwie przedni z niej horror. Pisać mógłbym jeszcze długo, lecz czuję, że zejść na dół muszę, ciepłą herbatą się posilić. Bo zimno mi jest; dreszcze czuję...

A może to proza Kinga?

UnionJack