Lot nad kukułczym gniazdem - Ken Kesey

Zwykły szary, a właściwie biały dzień. Ludzie snują się w obie strony bez wyraźniejszych zamiarów. Ich twarze są b-b-bez, bez wyrazu jakby to określił kiedyś Billy. Kiedyś...
Dzień mija jak zwykle jak kiedyś na siedzeniu na swoim miejscu w swojej części świetlicy. Dlaczego to pomieszczenie nazwali świetlicą...? to przecież tutaj odgrywają się najciemniejsze sprawy. Teraz...
Patrząc na twarze tych... osób trudno zgadnąć, co im chodzi po głowie. Kiedyś, teraz, ciągle nic nikt nie może jednoznacznie stwierdzić, że akurat są zdrowi. Przez okienko z dyżurki wygląda "siostra miłosierdzia". Zaraz...
Trudno będzie sobie to wszystko kiedyś przypomnieć. Czy to będzie kiedyś, teraz bądź zaraz? Nikt tego nie wie. Moment, który jest konieczny na trwanie minuty, chwila potrzebna, aby upłynęła godzina - tutaj te pojęcia nie istnieją. Nawet to zauważył wodzu, gdy opisywał to samo miejsce. W psychiatryku nic się nie zmienia. Nazywajcie to jak cholera wam się podoba. Świrowo, wariatkowo czy świecie - "Pppierdolę... Ppppierdolę..."

Nie wiem, co pisać... nie mam pojęcia jak przekazać wam swoje odczucia na temat książki. Trudno mi jest to opisać, ale to nie wynika z... "pppierdolę..."

Nazywajcie to miejsce jak chcecie, nie obchodzi mnie, co powiecie o... osobach, które tu żyją. One także mają uczucia, chociaż nie łatwo je odgadnąć. "T-trudno p-po-o-owiedzieć" czy określić jednym słowem "pppierdolę".
Czytając z zaciśniętymi pięściami i udając, że wszystko jest w porządku uświadomiłem sobie, że to może spotkać każdego. Nie wystarczy napisać, to trzeba przeżyć, chociaż nikomu tego nie życzę.
Książka może i jest napisana dobrze, ale nie to tak na człowieka działa. Fakt, że są w książce opisane ludzkie dramaty, że autor z całą bezczelnością ukazuje zdarzenia. Jakby to był letni wieczorek oznajmia - słońce zaszło - i z listy bohaterów skreślamy kolejnego...
Miarowe puk-puk, puk-puk. Dzwonek. Najbardziej wstrząsa zakończenie. Ot tak znowu frywolnie i bezczelnie autor oznajmia - zachód słońca - możecie teraz sobie pokreślić kartkę. Nie wiadomo, jak zakończenie interpretować... "kurwa"! To za wiele "pppierdolę", i-i-idę s-spać... haha, pamiętasz jak nam wyłączali prąd wodzu? Jak się wściekała? Nie - odpowiada głos z dali - nic nie chcę pamiętać - po czym milknie - nic? Odpowiedzią pozostaje cisza, pytanie bez odpowiedzi, życie bez sensu, książka bez oceny. Ludzie bez rozumu. Milcząc idę spać.

My - Oni?
"My, Chronicy - a w każdym razie większość z nas - jesteśmy maszynami, które mają defekty nie do naprawienia, defekty wrodzone lub spowodowane przez kolizje, czołowe zderzenia z tysiącami nieustępliwych przeszkód w ciągu lat; gdy zabierano nas do szpitala, byliśmy wrakami krwawiącymi rdzą gdzieś na złomowisku."
A teraz, oni - my?
O nas?
"Ale ja wiem, że to nie tyle smród powstrzymuje ich od zbliżania się do Chroników, ile obawa, że i oni mogą kiedyś tak wyglądać."
Czy to prawda?

Dosłownie?
"Później, schowawszy się w toalecie przed czarnymi, oglądałem się w lustrze i rozmyślałem nad tym, jak szalenie trudno jest być sobą. Widziałem w lustrze swoją śniadą, surową twarz, szerokie kości policzkowe - tak wydatne, jakby mięso pod nimi wyrąbano siekierą - czarne oczy, surowe i groźne niczym oczy taty lub groźnych, bezlitosnych Indian pokazywanych w telewizji, i myślałem sobie, to nie ja, to nie moja twarz. Nie byłem sobą, kiedy starałem się z nią utożsamić Nie, nie byłem - dopasowywałem tylko zachowanie do swojego wyglądu, robiłem to, czego po mnie oczekiwali. Ale chyba nigdy nie byłem sobą."
Jak cała reszta?

Nadzieja?
"Nie wiem, co mam myśleć! Czego ode mnie chcesz? Nie jestem poradnią matrymonialną. Wiem tylko, że choć wszyscy mają swoje braki, nic im nie sprawia takiej frajdy jak wyśmiewanie i poniżanie innych. Mam ci współczuć, powiedzieć, że ożeniłeś się z wredną suką. A przecież ona też nie czuła się jak królowa, kiedy jej docinałeś! Mam gdzieś ciebie i twoje "co myślisz?". Mam dosyć własnych zmartwień i nie zamierzam brać twoich na kark! Odpieprz się!"
Zmienisz zdanie?

Bez komentarza?
"Wiedzieli, że jestem jedynym Chronikiem dopuszczonym do wyprawy. Obserwowali mnie - starzy faceci od lat przyspawani do wózków, z cewnikami oplatającymi nogi niczym pędy dzikiego wina i na resztę życia przytwierdzającymi ich do szpitala; obserwowali mnie, wiedząc instynktownie, że to ja jadę, i wciąż potrafili odczuwać zazdrość, że to ja jadę, a nie oni."
Czy to jest potrzebne?

Zwykłe życie?
"Ujrzałem na przykład pociąg, który zatrzymał się na stacji i wyrzucił z siebie - niczym wylęg bliźniaczych owadów - rząd dorosłych mężczyzn w identycznych garniturach i seryjnych kapeluszach, pac-pac-pac; wypluł te półżywe istoty z ostatniego wagonu, po czym zagwizdał i pojechał dalej po zdewastowanej ziemi, złożyć następny wylęg."
To źle?

Zagubieni?
"Zdawało mi się, że pomost zapada się ze wstydu do zatoki i woda obmywa mi stopy. Byliśmy chorzy; nie powinniśmy byli wychodzić między ludzi. Pragnąłem, żeby McMurphy wrócił, sklął porządnie tych typów i odwiózł nas tam, gdzie nasze miejsce: do szpitala."
Kto jest temu winien?

Ego... co?
"Krzyk zaszczutego zwierzęcia, pełen strachu, nienawiści, rezygnacji i buntu, podobny do ostatniego ryku - zna go ten, kto polował na szopa, pumę czy rysia - jaki wydaje trafione, spadające z drzewa zwierzę, nim rozszarpią je psy, zwierzę, którego nie obchodzi już nic poza nim samym i jego śmiercią."
Egoizm... wtórny?

"- Pewnie, umieją kopiować blizny i złamane nosy - oświadczyłem. - Ale nie umieli skopiować najważniejszego. Ta twarz jest pusta. Jak twarz manekina z wystawy, nie, Scalon?"

A i chociażby żyli w tym miejscu osoby inne niż wszystkie, niepowtarzalni i niepoprawni indywidualiści zmiażdżeni przez... ludzi. Oni mają prawo do zachowania swojej odrębności, czego ludzie nie mogą zrozumieć... Oni też są... ludźmi i też mają prawo normalnie żyć.

Łukasz 'Splatch' Dywicki
splatch@wp.pl

"Miałem wrażenie, że frunę. Wolny."