Andrzej Pilipiuk - Czarownik Iwanow

Z poczuciem humoru jest jak z przysłowiowym tyłkiem - każdy ma swoje. Jest jednak coś, co rzeczone poczucie humoru od tyłka zdecydowanie odróżnia - nie każdy może w ogóle pochwalić się posiadaniem czegoś takiego. Ja, na szczęście, śmiać się i żartować potrafię. Na domiar złego rozumiem nie tylko swoje, ale i cudze żarty. I stąd moje lekkie zdziwienie, którego czytelnik z pewnością jeszcze nie dostrzegł. Ale po kolei...

Rzecz się dzieje gdzieś w okolicach Chełma. Zwykła polska wieś, pełna zabobonów, bimbru i dziwnych zdarzeń. Czasy być może nie najlżejsze, bo okres to powojenno-wczesnokomunistyczny, przez autora jednak bliżej nieokreślony, wesołe za to i w zdarzenia nietypowe obfitujące. Przedstawione przy tym na tyle precyzyjnie, że należy zacząć się zastanawiać jakim cudem trup pochowanego w okresie wojennym SS-manna nie zdążył rozpaść się w proch do czasów pierwszych milicyjnych Nysek. Fantazja ludzka granic, rzecz jasna, nie zna, czas dla niej jest nieistotny i tego proponuję się trzymać, żeby sobie samopoczucia podczas lektury Pilipiuka nie psuć.

Wróćmy jednak na wieś, gdzieś w okolice Chełma, bo miejsce jest to ciekawe ponad wszelką wątpliwość. Ciekawsi jednak są ludzie tam mieszkający. Dla przykładu taki dziadunio - Semen się zwał - który jeszcze wojnę mandżurską pamięta, a w omawianej powieści i jej realiach przeszło setkę lat życia przekroczył i wciąż dziarsko stalowe pręty w rękach wygina. Ewentualnie sam główny bohater... i o nim teraz porozmawiamy.

Jakub Wędrowycz - domorosły egzorcysta-amator, kłusownik, przez niektórych zwany hieną cmentarną, prosty chłop, znachor, utrapienie władz porządkowych i bimbrownik. Podczas wojny postrach okupantów, a po jej zakończeniu nieustraszony łowca wampirów. I takiego poznajemy go na początku powieści. Wspomagany przez dwóch wspólników, nieletniego syna stojącego na czatach oraz pętko kaszanki zawiniętej w starą gazetę przymierza się do eksterminacji kolejnego wampira. Później, na skutek nieszczęśliwego wypadku, Jakub zostaje aresztowany i w ten oto sposób powieść przeskakuje o kilka/naście/dziesiąt lat do przodu.

Jakub powraca do akcji, jako kilkudziesięcioletni, ale wciąż krzepki staruszek. Zaraz po nim pojawiają się również inni bohaterowie, którzy dla dalszego przebiegu historii są nie mniej istotni. Jest milicjant Birski, zawzięcie i bez powodzenia polujący na Jakuba. Nie wiadomo skąd zjawia się dwóch UBeków a i egzorcysta z Watykanu, ks. Saleta, też swoje miejsce na kartach powieści znajduje. Jak w każdej historii mówiącej o jednostkach nieprzeciętnych, do jakich należy zaliczyć również i Jakuba, tak i w tej nie może zabraknąć głównego złoczyńcy. A tym okazuje się być czarodziej... przepraszam, czarownik Iwanow, kapłan pogańskiego bóstwa, iluzjonista, złośliwiec straszny i pijak niemiłosierny.

I to by było na tyle, jeśli chodzi o kilka podstawowych kwestii związanych z fabułą. Tłumaczyć raczej nie trzeba, że wspomniane postacie wchodzą ze sobą w mniej lub bardziej pozytywne reakcje, co owocuje sporym zamieszaniem. Najwięcej zamieszania jednak robi sam Jakub, któremu czarownik zalazł za skórę. Od tej pory zostajemy świadkami kilku spektakularnych pojedynków toczonych między tymi dwoma. Słowo rzec należy jeszcze o egzorcyście przybyłym na zlecenie Watykanu, gdyż to on właśnie został oddelegowany do unicestwienia kapłana pogańskiego bóstwa, głównego niemilca Iwanowa. Kłopot ma z tym jednak niemały, a na kłopoty - Wędrowycz.

Jak na razie mój słowotok nie wiele mówi na temat samej powieści, a przecież po to się produkuję, żeby jakoś ją ocenić. Z tym jest pewien problem, bo moje uczucia względem niej są raczej mocno mieszane.

Czarownik Iwanow został przedstawiony mi, jako powieść humorystyczna - taka, przy której człowiek boki ze śmiechu zrywa, a po zakończeniu lektury wraca do ulubionych kwestii, żeby pośmiać się raz jeszcze. I stąd właśnie moje zdziwienie, bo choć poczucie humoru posiadam, uwielbiam przy tym żarty absurdalne, których w książce nie brakuje, to historia Jakuba zdołała obudzić na mojej twarzy zaledwie drobny uśmieszek. Prawdziwie zaśmiałem się może dwa, trzy razy, a i to dość krótko. Bimber, podłej jakości zresztą, w powieści leje się litrami i o spożywanie tegoż podczas jej pisania zacząłem podejrzewać również autora, bo i poczucie humoru, na którym oparł swoje dzieło jest iście bimbrowe. Równie mocno przesiąknięta wysokoprocentowym samogonem jest całość książki, o działaniach korekty nie zapominając.

Trzeba jednak przyznać, że czyta się to lekko, tyle że pozostawia po sobie jakiś niedosyt. Czegoś w tym brakuje. Akcja toczy się wartko, ale jednak nie zawsze wiadomo co i z czego wynika, oraz co i dlaczego się dzieje. O samym bohaterze wiadomo nie wiele, a jego postać, poza wojenną i powojenną działalnością, przedstawiona jest raczej skąpo. Pewnym jest, że jest to człowiek hardy, w życiu doświadczony i większość spraw niewyjaśnionych wytłumaczy używając do tego prostej, chłopskiej logiki oraz kilku nabytych, lecz nietypowych, umiejętności.

Całość sprawia jednak wrażenie tworu pisanego "na bani", przy knajpianym stoliku, wśród dymu kiepskich fajek i w oparach wódki.

Całkiem negatywnie, z drugiej strony patrząc, Czarownika Iwanowa ocenić nie sposób.

Ogólnie jest wesoło (choć najczęściej jest to humor knajpiany), nie ma monotonii i człowiek chętnie przerzuca kolejne strony, żeby tylko się dowiedzieć co znów Jakubowi może do głowy strzelić. Z pewnością jasną stroną tej książki są dialogi. Ogólnie rzecz biorąc, czytało się przyjemnie, z uśmiechem na twarzy (czasami pobłażliwym), ale bez większej euforii i "radosnych fajerwerków".

Polecić czy nie polecić? Tego dylematu rozwiązać nie potrafię. Przeczytanie tej powieści zajmuje zaledwie kilka godzin, które mijają dość szybko, więc o stracie czasu mowy nie ma. Jest jednak wiele ciekawszych książek, przy których można spędzić wolne chwile, a które na dodatek o wiele lepiej zapadają w pamięć.

Na zakończenie chciałbym wspomnieć coś na temat ocen, jakie zebrała powieść Pilipiuka.

O postaci Jakuba powiedziano, że równać się z nim może tylko Geralt, a sam autor został określony, jako największy piewca wsi polskiej od czasów Reymonta. Ze swojej strony chciałbym powiedzieć, że niesprawiedliwość tutaj dzieje się wielka, bo ani Jakub z Geraltem, ani tym bardziej Pilipiuk z Sapkowskim równać się nie mogą, gdyż ten ostatni pisarzem jest o niebo lepszym, którego poziomu Pilipiuk raczej nigdy nie sięgnie. Jeśli natomiast mówić o porównaniu z Reymontem - cóż, tutaj opuszczę łaskawą zasłonę milczenia... a zresztą, poczytajcie sami.

Eddie
eddi@go2.pl