TERRY PRATCHETT - "Warstwy wszechświata"
Jakby-mini-wstęp:
Czy głupota ludzka ma granice? Według Einsteina, nie bardzo. Przyznam, że zawsze zgadzałem się z "siwym", ale teraz sądzę, że wyraził się zbyt pobłażliwie. Cóż bowiem innego jak bezmiar idiotyzmu nakazało tłumaczowi przełożyć angielski tytuł "Strata" na "Warstwy wszechświata"? Poczucie rymu?
Recenzja właściwa:
Terry'ego Pratchetta uważam za zdolnego pisarza, który pokazał klasę tworząc książki z serii świata dysku. Jednak pan P. miał również odchyły w stronę gatunków innych niż fantasy. Bardzo dobrze, że chciał się pokazać z innej strony, że chciał uniknąć zaszufladkowania jako "ten, co tylko o Rincewindach i żółwiach potrafi pisać". Zapomniał tylko, że należy mierzyć siły na zamiary...
Bohaterem "Straty" jest Kin Arad, czyli coś w rodzaju ziemianki (piszę "coś" dlatego, że nieczęsto spotyka się sześćsetletnich ziemian, choć u Terry'ego to nic nadzwyczajnego), która pracuje dla Korporacji zajmującej się tworzeniem planet. Oto bowiem ludzkości dane było osiągnąć poziom rozwoju pozwalający na takie cuda-niewidy (a wszystko to dzięki kosmitom, których opis jest chyba jedyną dobrą rzeczą w tej książce). Dlaczego i po co - przemilczmy. Ważne jest to, że wraz z ufoludem Marco i przerośniętym niedźwiedzio-morsem, Srebrną, natrafiają w kosmosie na coś nienaturalnego; coś, co nie ma prawa istnieć. Zgadnijcie, na co. Na rzecz doprawdy niebywałą i niesłychaną - płaski świat...
Nie wiem, czy Pratchett tak ukochał sobie naleśniki, czy też jest coś innego co nie pozwala mu nie umieścić "Discworldu" w każdej powieści... Jednak, żeby nie było, że splagiatował własne dzieło - to nie jest "ten" świat dysku. Oryginalne, choć - po prawdzie - rozczarowujące.
Książka jest nie tyle nudna, co "letnia". Po prostu nie ma szans, aby wciągnąć się w lekturę; ubogie opisy i niezbyt sympatyczni bohaterowie nie pomagają w tym ani trochę. Historia jest zawikłana i z początku tajemnica plackowatego świata nawet ciekawi, ale kolejne wydarzenia zwiastują głupawe zakończenie...
Bowiem takie ono właśnie jest! Kretyńskie, beznadziejne, nawet przewidywalne, nie mówiące niczego odkrywczego i pretendujące do miana "filozoficznego". Jednak rozważań w nim tyle, co bogatych i kwiecistych wypowiedzi w tejże książeczce - czyli mało. Nie jestem pewien, co autor chciał poprzez końcówkę udowodnić. Że umie pisać równie sprawnie i zawile jak Arthur C. Clarke w swej Odysei Kosmicznej 2001? Cóż - nie wyszło mu to.
Żeby udowodnić pokłady głupoty drzemiące w powieści, wynotowałem kilka cytatów które tu i teraz przytoczę. Będą to tylko krople z morza, ale dość dobrze oddadzą "atmosferę" dzieła.
"Las płonął jak pijany."
"Jeden nawet kręcił młynka gwiazdką na łańcuchu."
"Otrząsnął się z oparów wściekłości."
"- Gigantyczna maszynka do kawy? - stwierdził."
Chociaż, co ja się czepiam. Zasadniczo można przecież płonąć jak pijany, cokolwiek by to znaczyło, kręcić młynka jakąś gwiazdką, najarać się skrętem z wściekłości czy stwierdzić coś w pytaniu. Tylko, że ja bym tego nie potrafił. Ale mieszkańcy drugiego świata dysku mają przecież swoje umiejętności...
Gwoździem do trumny "Warstw wszechświata" jest okładka. Ohydna. Paskudna. Niewypowiedzianie szkaradna, a z początku nie do odszyfrowania - taki czytelny rysunek zaserwował nam artysta grafik. Przedstawia naszych bohaterów - człowieka w dziwnym kostiumie, coś przypominającego Jeffa Goldbluma w filmie "Mucha" i... hmm... Wozaka? Po prostu brak mi słów...
...więc skończę tę recenzję, gdyż nie lubię gnębić swoich ulubionych pisarzy. W końcu każdy może mieć gorszy dzień...