PHILIP K. DICK - "Tytańscy gracze"
Zupę grzybową można przygotować na wiele sposobów. Mniej ambitni kupują kostkę rosołową, a właściwie jej odmianę - pieczarkową (czekam teraz na kostkę rosołową - puree z ziemniaków, kostkę rosołową - smażony ryż i kostkę rosołową - rosół. Ale to ostatnie to raczej niemożliwe; ekstrawaganckie zbytnio...). Są tacy, co po prostu zamawiają w telepizzerii "cztery porcje i motorower za złotówkę". Ale najbardziej ortodoksyjni i radykalni kucharze biorą koszyk w dłoń, klucze do "malucha" w drugą i wiśta - prosto w las, nawet jeśli nie rozróżnia się muchomora od drugiego muchomora. Mam powody przypuszczać, że Dick należał do ostatniej grupy. Dlaczego? Powieść taka jak "Tytańscy gracze" mogła powstać tylko po zatruciu się koktajlem z pieczarek - "halunków".
Ten, co się Filip zowie, wymyślił świat zniszczony przez kosmitów. Co prawda, ludzkość mocno dała w kość przebrzydłym obcym (chociaż ci kości nie mieli, ale w co mogli dostać? W galaretę?), a nawet doprowadziła do zawarcia pokoju, lecz ostatni zryw bojowy Wugów (tak się niemilce zwali) spowodował, iż homines utracili swoją sapientiae - i w efekcie zapomnieli jak się rozmnaża. Mówiąc skrótowo - stali się bezpłodni. Jednak zdarzały się wyjątki - i dlatego wprowadzono Grę (zgadnijcie, jaki był jej pierwowzór...). Biorą w niej udział kilkuosobowe grupy, których skład zmienia się należnie do zwycięstw czy przegranych uczestników. Tym sposobem dobiera się pary, które próbują tego i owego, a jeśli im wyjdzie - wtedy produkują bachory do oporu.
Tyle, jeśli chodzi o założenia fabuły. Skoro mowa o szczegółach, to... jest ich sporo. Pojawiają się kisielowaci Wugowie, którzy zresztą żyją wspólnie z Ziemianami. Bohater podpada ich policji... Halucynacje... O co w tym chodzi...? Teleportacje... Pojazdy przyszłości...
Mimo zakręcenia fabuły, dziwnych zwrotów akcji i zmiennego jej tempa - czyli nierówności całej powieści - jest ona doprawdy świetna. Wciąga niesamowicie, gdyż to właśnie nutka tajemniczości nie pozwala się odeń oderwać. A dziwna, "inna" rzeczywistość tylko potęguje chęć poznania treści jeszcze tej jednej karteczki... Trudno opisać to coś, ale jeśli w nocy nie można spać, bo myśli się tylko i wyłącznie o Niej (w tym przypadku akurat - książce), to coś oznacza...
Szczerze polecam powieść każdemu, kto choć trochę interesuje się fantastyką naukową i nie straszny mu "zezowaty" świat. Oczywiście, najpierw będzie trzeba przezwyciężyć trudności związane z (nie)obecnością tegoż tytułu na księgarnianych i bibliotecznych półkach... Zgodnie z zasadą Polska dla Polaków, księgarnie dla książek (a Ziemia dla ziemniaków i księża na Księżyc. Ha, ha, ha, ja to mam żarty na poziomie...).