Jakiś czas temu wybrałem się do poznańskiego empiku. Jak prawie zawsze w takich wypadkach nie miałem jakiejś odgórnie określonej książki, której bym poszukiwał. Zresztą, zawsze gdy wchodzę do empiku, to znajduję coś dla mnie ciekawego, tak było i tym razem, po dokłądnym przejrzeniu półek zawalonych literaturą fantasy i spotkania osoby, którą bardzo często widzę, która to stoi i nie zważając na innych czyta książki (muszę kiedyś też tak spróbować :) ), znalazłem coś, czego się nie spodziewałem, ale bardzo ucieszyło mnie to, że...
Elizabeth Haydon
"Requiem za słońce"
bardzo ucieszyło mnie, kolejne dzieło pani Haydon, której trzy tomowy cykl o losach Rapsodii, Grunthora i Achmeda (a później i Ashe) bardzo przypadł mi do gustu. Tym większe było moje zdziwienie, gdy... zobaczyłem, że "Requiem za słońce" jest książką, która opowiada o dalszych losach bajarki Rapsodii! Taka niespodzianka, gdy już myślałem, że nie będzie ciągu dalszego, bardzo pozytywnie wpłynęła na moje samopoczucie. Z świetnym humorem wracałem do domu i już w samochodzie zacząłem czytać to dzieło.
Fabuła zapowiada się całkiem nieźle. Achmed zamierza wybudować w Ylorc jakieś tajemnicze urządzenie, zwane Łapaczem Swiatła, z początku nie wiemy o tym zbyt wiele, ale trzeba wiedzieć, że takie cusio, przynosi naprawdę wielką przewagę...
Tymczasem królestwo Soroboldu stoi na skraju popadnięcia w anarchię, gdyż dawna cesarzowa ginie, co dziwnym zbiegiem okoliczności pokrywa się ze śmiercią jej jedynego potomka. Dlatego należy wyłonić innego monarchę. A na taką posadę jest wielu chętnych! A sposób w jaki się to osiągnie nie jest już taki ważny.
A to nie koniec! Pewna osoba w ramach zemsty obmyśliła genialny plan, by w pojedynkę zniszczyć królestwo Bolgów... Ylorc w niebezpieczeństwie...
Natomiast to wszystko blednie przy tym, co nadchodzi. A nadchodzi kolejny F'dor - ognisty demon siejący śmierć, zniszczenie i pożogę. Najgorsze jest to, że nosiciel demona ma wielkie rachunki do wyrównania z naszą Trójką. A do tego pod swoim władaniem ma jeszcze jeden z żywiołów. Jest on tak potężny, że Achmed, Grunthor i Rapsodia mogą sobie z nim nie poradzić.
Dlatego potrzebują kogoś, kto mógłby im pomóc. A skąd nadejdzie pomoc? Nadejdzie od osoby, o której już wszyscy zapomnieli... A może nie? Tak czy inaczej, gdy się o tym dowiecie, to na pewno się zdziwicie.
Wszystkie te wątki były dla mnie niezmiernie ciekawe, poza tym, Rapsodię spotyka... dość nietypowa sytuacja... Zresztą, zobaczycie sami, nie będę mówił, ale wystarczy tylko poczytać tekst na tyle okładki, by dowiedzieć się o co chodzi.
Styl pisarki jest... taki sam jak w Rapsodii, nic zresztą dziwnego, jest to ciąg dalszy! Jednak odniosłem wrażenie, że jakby humor trochę tutaj podupadł. Oczywiście, że książka pani Haydon nie należy do humorystycznych, ale pamiętam świetne teksty z poprzednich części, jak choćby (piszę z pamięci, bo pożyczyłem Rapsodię koleżance): "Jestem Najwyższym Sierżantem Którego Należy Słuchać Za Wszelką Cenę" lub moment, gdy Rapsodia spada i łapie ją Grunthor, a potem wygłasza kwestię "wystarczy, że na mnie lecisz". Takie smaczki zapadają w pamięć. Co prawda tutaj jest też trochę humoru, głównie sarkastycznych odzywek Achmeda i Grunthora także, ale ogólnie jest tego chyba mniej i nie zapadają w pamięć tak łatwo. Ogólnie jednak E. Haydon pisze bardzo ładnie. Mnie ten styl odpowiada, ot co.
Akcja zaczyna coraz bardziej rozwijać się wraz z rozwijaniem się kolejnych stron książki. Ale to chyba naturalne :). Z początku jest to w zasadzie przedstawienie poszczególnych wątków, które potem zaczynają się ładnie zazębiać, by w końcu wciągnąć nas na amen. I wtedy już pochłania się tę książkę z zapartym tchem. Rozdziały kończą się w takich chwilach, gdy nie można sobie wyobrazić, by zaraz nie dowiedzieć się co będzie dalej, dlatego czytamy dalej i dalej, i dalej, i... książka się kończy!
Właśnie, moim zdaniem jest to trochę za krótka książka. Ma 470 stron i... potem widzimy już epilog. Ale ten epilog i ogólnie końcówka daje mi do myślenia, że ciąg dalszy nastąpi. Bo stało się tak sporo, że teraz gdyby Elizabeth Haydon tego nie kontynuowała, to chyba sama nie zauważyłaby potencjału jaki w tym dziele drzemie. Ale ja ufam, że dalszy ciąg nastąpi i będzie jeszcze ciekawiej.
Ogólnie bardzo miło mi się czytało, tyle tylko, że było trochę literówek, ja chyba z 10 zauważyłem, a najczęściej jestem raczej niezbyt spostrzegawczy. Ale takie błędy tylko na chwilę przerywały radość czytania, po czym znów zanurzałem się w tym świecie. I zostałem z nim aż do końca książki.
I nie mogę doczekać się więcej.
Bardzo mocne 5/6!
PS. Ahh... jak ja dawno recenzji nie pisałem... Jak miło powrócić do tego dobrego zwyczaju!