Andrzej Ziemiański "Achaja (tom 1)"

Ech, aż dziwnie się robi człowiekowi, gdy popatrzy, co kiedyś było z fantastyką w Polsce. Wydawano tylko to, o czym wiadomo było, że się doskonale sprzeda, a i tego bardzo niewiele. Aby wyszła książka autora - Polaka, musiał on być naprawdę genialny, mieć silne powiązania, lub pisać pod amerykańskim pseudonimem. Duża była w tym zasługa czytelników, którzy z miejsca przekreślali polskich pisarzy, nie dając tym biedakom żadnej szansy na zaistnienie.

Taka refleksja naszła mnie podczas czytania pierwszego tomu "Achai" Andrzeja Ziemiańskiego. Ziemiański - jak powszechnie wiadomo - był kiedyś zmuszony pisać pod pseudonimem Shougnessy. Gdyby tego nie zrobił - podejrzewam, że ciężko byłoby mu cokolwiek wydać. Szkoda, że nie mógł wydawać pod swoim nazwiskiem. Bo autor to - co potwierdzą chyba wszyscy, znający jego dokonania - naprawdę znakomity. Przykłady? Ot, chociażby głośna "Bomba Heisenberga", "Waniliowe plantacje Wrocławia", czy "Autobahn Nach Poznań", które to opowiadanie zdobyło nagrodę Zajdla w ubiegłym roku. Mało?

Jestem świeżo po przeczytaniu najnowszego dzieła Ziemiańskiego - "Achai". Pierwszym, co mocno bije w oczy, gdy tylko weźmie się książkę do ręki, jest jej objętość. Powieść ma prawie 600 stron! Przeczytanie jej zajęło mi trzy długie, wieczorne sesje, co zdarza się raczej rzadko. Nie był to jednak czas zmarnowany, oj nie...

Na całą książkę składają się trzy wątki - jeden opowiada o skrybie Zaanie, drugi - o czarowniku Meredithu, a trzeci - o córce Wielkiego Księcia Archentara, tytułowej Achai. Każdy z nich jest równie (czytaj: bardzo) ciekawy. Ziemiański napisał książkę daleką od typowych przedstawicieli gatunku fantasy. Magii jest tutaj bardzo mało, smoków, i potężnych, magicznych artefaktów - wcale. To olbrzymi, niezaprzeczalny plus. Postaci także zostały zbudowane niestandardowo i oryginalnie, dalekie są od mocarnych herosów - ideałów w stylu Conana. Lekko świrnięty skryba, czarownik, który dostał misję od Boga, oraz księżniczka, która w wyniku knowań wielu nienawidzących jej ludzi przeżywa różnorakie perypetie. Widzieliście kiedyś taki zestaw odmiennych charakterów i osobowości? Bo ja - nie.

Zamyślenia autora przelane zostały na papier niezwykle zgrabnie. Owszem, jest tu trochę błędów stylistycznych i ortograficznych, a niektórych może razić nadmiar wszelkiego rodzaju wulgaryzmów. Ale wszystko to blaknie w obliczu wspaniałych, iskrzących życiem dialogów i opisów. Czujemy się niemalże tak, jakbyśmy sami uczestniczyli w akcji książki! U mnie efekt ten został szczególnie spotęgowany, gdy czytałem około północy, totalnie śnięty. To trzeba koniecznie przeżyć samemu!

Podsumowując: tom pierwszy "Achai" to bardzo przyjemna, wciągająca lektura. Dlaczego więc nie stawiam "dziesiątki"? Powieść nie ma tej głębi, drugiego dna, którym cechują się chociażby książki Ursuli K. Le Guin. To typowy odmóżdżacz, doskonały sposób na spędzenie kilku godzin wolnego czasu, ale nic więcej.

Ocena: 9/10

PS. Chciałbym, korzystając z okazji, gorąco podziękować wydawnictwu Fabryka Słów, które konsekwentnie promuje dobrą, polską fantastykę. Trzymajcie się cieplutko!

PPS. Mógłby mi ktoś wyjaśnić, dlaczego ciągle słyszę, iż "Achaja" jest połączeniem science fiction z fantasy? Nie wiem, może jestem lekko ślepawy, może w moim egzemplarzu brakuje kilku stron, którego to defektu jakimś sposobem nie zauważyłem, ale gdzie tu, do jasnej ciasnej, naukowa fikcja?

| fido bezczelny |
[ filko@poczta.onet.pl ]