Michal Hvorecky - "Śliski mięsożerny mutant z dalekiej planety B2.44M, który z prędkością światła rzuca się na twierdzę Władcy Gwiazd i chce ją zniszczyć kinetycznym działem laserowym" (czyli w oryginale "Slizky masozravy mutant zo zamorenej planety B2.44M ktory sa rychlost'ou svetla ruti na citadelu Vladcu hviezd a chce ju znicit' laserkinetickym delom")

Ten dość enigmatyczny tytuł nadał Hvorecky swemu opowiadaniu. Tak, opowiadaniu - mam nadzieję, że w drodze wyjątku Szanowna Komisja Losująca Teksty do Książek, w składzie: Phnom Penh, esq. pozwoli na zamieszczenie artykułu dotyczącego tego właśnie odłamu sztuki pisarskiej (bowiem nie opisuję "Śliskiego..." tylko z powodu niecodziennego tytułu).

Treścią rzeczonej historii są perypetie człowieka, którego rodzice nie omieszkali nazwać, a nawet w tej kwestii nieco przedobrzyli. Bohaterem jest Albert Eniac, i nic na to nie poradzę, a na dodatek opowiadanie jest utrzymane w konwencji wspomnień tegoż osobnika. I nic by tu nie było wyjątkowego, gdyby nie fakt, iż Albert pochodzi z rodziny skrajnie patologicznej, nijak nie pasującej do czechosłowackiego społeczeństwa końca lat osiemdziesiątych, w którym przyszło jej żyć. Członkowie familii nie są jednak alkoholikami, narkomanami, sadystami czy maniakalnymi parówkożercami. Kochają się, lecz jest to miłość całkowicie wyzwolona. Mieszkają w małym spokoju, śpią w jednym łóżku, ubierają się tylko kiedy zaistnieje taka potrzeba (np. niezapłacone rachunki za ogrzewanie w zimę dadzą się we znaki), zamiast kupować - kradną, a nade wszystko pasjonuje ich fantastyka naukowa i jej słynni książkowi (tudzież filmowi) przedstawiciele (np. "Śliski mięsożerny mutant..." itp.), oraz co najciekawsze - za napisanie scenariusza do kontynuacji filmu "Lassie" ojciec Alberta jest ścigany listem gończym. Rodzinka emigruje więc, lecz zmuszona jest powrócić do ojczyzny, a tam spotyka ją nieszczęście...

Jeśli ktoś się oburza, że zdradziłem zbyt wiele tajników i zawiłości fabuły - uspokajam. To ledwie dwie jej strony; mała namiastka tego, co czyha na nieświadomego czytelnika. Wiedzcie, że jakkolwiek historia wydaje się zabawna, to wcale taka nie jest. Opowiadanie jest swoistym studium zachowań człowieka, którego psychika została skrzywiona do granic możliwości. Niemal wszystkie postępki Alberta wydają się nam nieetyczne, a czasami iście perwersyjne, ale on sam zawsze znajduje dla nich uzasadnienie - i robi to, o zgrozo, w nieoczekiwanie logiczny sposób. Autor opowiadania udowadnia tym samym, że moralność jest kwestią wychowania. Czyny, które dla jednych są normalne, wręcz rutynowe, gdzie indziej mogą powodować oburzenie i pogardę. Pomimo, że czasem można się szczerze uśmiechnąć czytając o kolejnych przygodach Eniaca, to wynika to z humoru niezwykle czarnego, bardzo przypominającego przewrotne żarty znakomitego pisarza (i malarza jednocześnie) - Rolanda Topora (przykładem jego pokrętnej twórczości jest ekspedycja badawcza, której członek zjadł własną nogę, lub niesforny berecik, który wciąż spadając z głowy małego dziecka, został doń przez ojca przybity, a ewentualnie historia mężczyzny, któremu wyrosły piersi).

Opowieść może wzbudzać czasami odrazę, lecz nie pozwala oddalić się od siebie. Niewytłumaczonym sposobem fabuła przyciąga jak magnes. Może człowiek pragnie poznać najczerniejsze zakątki własnego umysłu? Może chciałby się przekonać, czy granica przyzwoitości, która dotąd była tak wyraźna, nie jest istotnie przesunięta nieco dalej...? Na te pytania najlepiej odpowiedzieć samemu, tuż po przeczytaniu "Śliskiego mutanta...", a jeśli jeszcze są jakieś wątpliwości co do zawiesistości klimatu tej historii, to proponuję przeczytać poniższy cytat:

"Na początek uzgodniłem z rodzicami, że będę biseksualnym schizofrenikiem z tendencją do depresji maniakalnych. (...) potrafiłem zainteresować każdego słuchacza - co w pełni potwierdziło się na pierwszej konsultacji z dr Anne Lievent, znaną członkinią wiedeńskiej Grupy Postanalitycznej. Moje fantastyczne przeżycia z rzeczywistości jeszcze jakoś zniosła, mimo że opowiadanie o fascynacji wodospadami i wodnymi wirami (mówiłem w trzeciej osobie) omamiło ją czystą doskonałością diagnozy. Gorzej było, gdy spuściłem na nią prawdziwą powódź wymyślonych snów: skrzynkę pocztową (w której ukryłem swoich rodziców, dziadków, żółwia i jeszcze fizycznie upośledzoną sąsiadkę) włożoną do szkatuły, wsadzonej do skrzyni pełnej wielkich sieci i obwiązaną strzelającym parasolem jeszcze wytrzymała. Ale przy sześciu samolotach ubranych w mundury, pełnych nieprzyjemnego robactwa i włożonych do świeżo wykopanej jamy, którą zasypuje łysy premier rady ministrów stopniowo traciła kolory. (...) Po dalszych czterech godzinach werbalizacji chaotycznych zaciszy mojej podświadomości zasugerowałem jej, że osobiście asystowałem przy jej skomplikowanym porodzie, z rozmysłem zepsułem cesarskie cięcie i spróbowałem łyk jej wód płodowych. Upadła i uderzyła się w głowę. Z nosa leciała jej krew, która między policzkiem a brodą utworzyła estetycznie sugestywny, dziergany ornament."

Komentarz jest zbyteczny.

military