TERRY PRATCHETT - "KOLOR MAGII"

Fantasy nie jest gatunkiem, za jakim przepadam. Szczerze mówiąc, to go nie lubię - poza jednym wyjątkiem. Jest nim chluba narodu, syn swego ojca i dzieło na miarę dwóch innych dzieł - "Wiedźmin" Sapkowskiego. Opowiadania pana Andrzeja mają w sobie coś, co pozwala uwierzyć, że przedstawiony świat jest realny, wyraziście przedstawiony, acz bez zbędnego patosu i wzniosłości, która wywołuje konwulsje (czy to ze zdenerwowania, czy też ze śmiechu). Jednak niedawno natknąłem się na drugą powieść, która zmieniła mą opinię co do rycerzy, smoków i reszty plugastwa z borowych krain. Sądzę, że czytelnik ma I.Q. większe niż łyżka czy polityk, i domyślił się, że chodzi o "Kolor magii" Pratchetta.

Cóż jest w książce tej niezwykłego? Otóż Terry zastosował manewr zgoła przeciwny niż AS - postawił na maksymalny nierealizm, tworząc tym samym świat zupełnie niepodobny do naszego (oraz bezlitośnie z niego drwiący). Pomysły pisarza są niesamowite - pozwalają dobrze się bawić, uśmiać się nieziemsko i przy tym wciągnąć w przygodę, która nie jest jedynie pretekstem do prezentacji kolejnych gagów.

Fabuła przedstawia się następująco: w świecie dysku (którego opisywał nie będę, gdyż zapewne każdy przynajmniej o nim słyszał) odnotowano pierwszy przypadek "turysty"! Zwie się on Dwukwiat, pochodzi z nieznanego bliżej mieszkańcom Ankh-Morpork Kontynentu Przeciwwagi i zamierza zaznać przyjemności wojaży. W tym celu najmuje przewodnika, którym (z przymusu) okazuje się Rincewind - mag-nieudacznik znający tylko jedno zaklęcie, wieczny pechowiec i łotrzyk, dumny jednak ze swego statusu maga (w końcu czar zna - i to nie byle jaki! Tyle, że boi się go wypowiedzieć w obawie przed skutkami), nakazującego samemu Śmierci przybyć po niego w chwili zgonu. Dość powiedzieć, że spotkania z sympatycznym kościejem o głosie niczym trzask wieka trumny będą częste, a polowanie na Rincewinda stanie się hobby pana z przerośniętą brzytwą.

W trakcie wędrówek czarodziej i turysta (słowo znaczące dla morporczyków tyle, co "idiota") zdobędą cały bagaż doświadczeń, opierających się na tym, co oferuje codzienne, ziemskie życie (i z nim kolidujących, kpiących zeń itp.) - i to właśnie mnie urzekło. Rincewind, wierzący że poza magią jest coś bardziej rzeczywistego, szukający tego, co my zwiemy "nauką", zawiedzie się nie raz i nie dwa. Dla przykładu - oglądając urządzenie przypominające aparat fotograficzny, wygłosi tezę, że działa toto pewnie wskutek naświetlenia światłoczułej szybki. Jak się okaże, w środku małego pudełka mieszkanie ma chochlik, który maluje wskazane widoki. Takich rarytasów jest wiele, lecz nie będę ich wyjawiał - ten jeden to i tak za dużo, lecz chciałem pobudzić waszą ciekawość.

Jeśli chodzi o styl, to bywa różnie - z początku raczej kiepsko, lecz z czasem wypowiedzi i opisu stają się coraz bardziej kwieciste. Te ostatnie, mimo że niezbyt długie, potrafią dosłownie postawić przed oczami krajobraz o jakim czytamy. Dialogi bywają wręcz genialne, a jedyny zarzut mogę postawić tłumaczowi. Nie jestem pewien, czy miejscownik od "Dwukwiat" brzmi "Dwukwiacie". Lepiej pasowałoby "Dwukwiecie", ale nie jestem osobą, której to osądzać. Czepić się można także długości książki - choć jest to zupełnie pozbawione sensu. Cóż z tego, że kończy się po zaledwie dwustu pięćdziesięciu stronicach, jeżeli są to karty wypełnione bezbłędnie? Toż nawet przy "cegle" na miarę "Władcy..." narzekałbym na to. "Kolor magii" jest bowiem jedną z tych książek, które najchętniej czytałoby się w nieskończoność.

Polecam powieść Pratchetta absolutnie każdemu. Nieważne, czy masz dziesięć lat, czy sto dziesięć - dobra zabawa nie ma ograniczeń wiekowych (znaczy, zależy też od rodzaju zabawy...).

military