TERRY PRATCHETT - KOLOR MAGII
Wszyscy wielbiciele Terry'ego Pratchetta proszeni są o odłożenie wszelkich ostrych, ciężkich i ogólnie uznawanych za niebezpieczne przedmiotów. Pamiętajcie: to moja recenzja - ale Wasza złość i Wasz monitor. :)
Od razu grubym, oktarynowym flamastrem podkreślić muszę, że na angielskim humorze specjalnie się nie wyznaję (z wyznaniami to u mnie w ogóle nieciekawie...). Ekspertem w materii tej (jeszcze? ;) nie jestem, bo nikt mi jeszcze próbki okazu typowego, angielskiego komizmu pod mędrca szkiełko i oko nie podstawił. Wszystko, co rościło sobie prawo (i lewo) do nazywania się zaszczytnym mianem "inglisz sens of hiumor" przegrywało u mnie w blokach z rodzimym biznesem kabaretowoskeczowym, ucieleśnionych w osobach kabaretów Potem i Moralnego Niepokoju. Albo humor angielski mnie unika (od tej chwili baczniej będę się przyglądał, czy coś nie przemyka na mój widok na drugą stronę ulicy :), albo ja jakimś patriotą jestem i wspieram rodzimą produkcję, także w innych rejonach, niż przemysł uduchowiony (spiritus znaczy...).
Nic dziwnego więc, że książka Terry'ego Prachetta, w której angielski humor jest ponoć poupychany niczym byczki w puszce w sosie pomidorowym, budzi we mnie mieszane uczucia. Ale od zasiewu do zbioru, czyli po kolei.
W pełnowartościowej opowieści fantasy pierwsze skrzypce gra niepodzielnie bohater. U Prachetta bohater jeśli już gra, to trochę fałszuje. I to nie tylko dlatego, że jako Czytelnik chciałbym poznać imć pana Rincewind lepiej niż dane mi było - Rincewind fałszuje, bo zwykła łajza, sierota i łamaga z niego. Ów niedorobiony z lekka mag, przeszłość swą przechlapał w sposób dość prozaiczny: czytał zakazane księgi (czepce i trawieńce?). Tym sposobem nim jeszcze zdołał się na dobre rozpakować, opuszczał już niewidzialny akademik Niewidzialnego Uniwersytetu. Traf chciał, że trafił na podróżnika zza gór i rzek siedmiu, a że był poliglotą, dane mu było zostać przewodnikiem turystycznym. I tak, w sposób prozaiczny rozpoczyna się niebanalna dość przyroda.
W książkach fantasy, ważny także jest element zwany na lekcjach polskiego światem przedstawionym. Świat, zwany (na lekcjach polskiego) tymże mianem poszczycić się może cechą jedną - jest oryginalny. Oryginalny w stopniu zatrważającym, uginający się pod niezwykłości przedziwnych ciężarem: znajdziemy tu i opaczne góry, i kufry nogate a nieobute, i miecze o własnościach fonetycznych, i guzik i - co mało może imponujące, ale guzikowi przysłowiowo wprost niezbędne - pętelkę. Słowem jest tego dużo za dużo. Czasem ma się wrażenie, że dziwoty są tu wtłaczane mechanicznie z siłą prasy hydraulicznej. Pan Pratchett wyobraźnię ma bujną - rzecz w tym, że przerasta ona nieraz niewysokiego Czytelnika...
Język książki inteligencki jest, język bystry, wymagający. Skaczemy tu z gracją Doroty Zagórskiej (wersja dla pań: z gracją Mariusz Siudka) od prostych zdań z łatwym, zrozumiałym i dla recenzenta językiem do dość skomplikowanych i wysublimowanych technicznie zagadnień z mechaniki kwantowej. Wiem, że jest to technika celowa, ja jednak nie lubię doznawać - być może realnego - uczucia, że jestem idiotą. A przeciętny zaś recenzent, cytując zresztą Prachetta "poddaje się i idzie na piwo".
Ja na piwo nie poszedłem. Książkę położyłem sobie przed sobą i spojrzałem na nią podejrzliwie. O co tyle szumu? Niby śmieszy, ale nie powala... Niby oryginalne, ale ta odwrócona góra... Niby bohater, a taki zamazany jakoś (przypominam, że na piwie nie byłem :)... Niby niewiele, a złotych 35, groszy 60...
Dlatego ja Państwu książki nie polecę, bo mi się uczucia w stosunku do niej mieszają. Reasumując: jestem zmieszany, lecz nie wstrząśnięty...
PS. A co do piwa, to mi Czytelniku nie współczuj. Ja na nie nie poszedłem... Samo do mnie przylazło - w towarzystwie kuzynki :)