ROBERT A. HEINLEIN - KAWALERIA KOSMOSU

Klękajcie, narody! Niebiosa! Otwórzcie swe bramy dla człowieka zwanego Heinleinem! Bogowie, ugośćcie należycie tą osobę, gdyż to właśnie jej ludzkość zawdzięcza najlepszą powieść science-fiction, jaką kiedykolwiek widziały moje oczy.

"Kawaleria kosmosu" - bite pięćset parę stron czystej fantastyki, to powieść, dla której fan gatunku zrobi wszystko. Wiem, jakie cuda ja czyniłem, żeby się do niej dorwać, więc nie lekceważcie mych słów. Tak samo nie lekceważcie słów Roberta Heinleina, które zostały przelane na papier w czynie stworzenia (zrobił to sam! własnoręcznie! bez sztabu pomocników! jednostka może czynić cuda!). Jednakże nie tylko ta książka wyszła spod pióra Roberta. W jego dorobku znajdziemy także znakomitych "Władców marionetek", "Obcego w obcym kraju" a także coś jeszcze, ale co - tego niestety nie wiem (a szkoda).

W "Kawalerii.." zaserwowano nam przygody dzielnego wojaka Johna Rico, który bierze udział w kampanii mającej na celu starcie na proch dwóch paskudnych ras kosmitów - skórniaków i pluskwo-pajęczaków. Jako, że Rico jest niczym więcej, jak zwykłym mięchem armatnim, emocji ma nieporównywalnie więcej niż taki Jack Ryan Clancy'ego, który działa niczym Bond - a więc wygodnie i w nienagannie skrojonym garniturze. Johnny nie ma ani lekko, ani też przyjemnie. Miotają go - zakutego w pancerz przypominający mecha (czy jak się to zwie) - po małpich gajach, rzucają na pole bitwy, transferują między oddziałami - a to wszystko w sosie z jego osobistych przeżyć, z dodatkiem znakomitych opisów kosmicznej kawalerii i jej osprzętu.

Heinleinowi udało się osiągnąć rzadką rzecz. Sprawił on, że czytelnik nie śledzi losów bohatera, siedząc wygodnie w fotelu i co jakiś czas rozglądając się po pokoju. Nie, podczas lektury jesteśmy razem z Johnem, przeżywamy to, co on, słowem - dajemy się pochłonąć przez tą karykaturę drzewa, która tkwi w naszych dłoniach. Do tej pory zapadłem w taki stan dwa razy - przy "Władcy Pierścieni" (co by tu nie mówić - potrafi wciągnąć) i "Podpalaczce" Kinga, a wiadomo - carum est, quod rarum est.

Zbliżamy się do końca recenzji, co może wydać się dziwne ze względu na uczucia, jakimi darzę tę książkę. Wierzcie mi jednak, że niełatwo jest opisać coś równie znakomitego. Dlatego, zamiast dłużej nudzić, powiem krótko - gdybym miał wybrać trzy najlepsze książki świata, "Kawaleria kosmosu" znalazłaby się na liście. Polecam z całego serca.

military

P.S.
Powstał nawet film na kanwie książki - "Żołnierze kosmosu". Dwie sprawy w związku z nim: po pierwsze - jest dobry (nawet całkiem bardzo dobry), chociaż nie trzyma się mocno wydarzeń z pierwowzoru, a po drugie: czy ktoś mi powie, czemu tłumacz nie przełożył tytułu tak samo, jak brzmi ten książkowy (obie wersje przygód Johna zatytułowane są "Starship troopers")? Trochę to zbiło mnie z tropu, kiedy zrozumiałem, że ten paker-szpaner z ekranu to TEN Rico. Szoku można było uniknąć.