|
.::.
Cisza
Devil
Jestem... jestem... gdzie ja jestem? Wokoło
las, wszędzie zieleń, wilgoć. Zimno mi... Jak ja się tu znalazłem? Pamiętam...
pamiętam jak kładłem się do łóżka... zasypiałem... Potem już nic nie pamiętam.
Teraz leżę pod jakimś wiekowym drzewem, które patrzy na mnie złowieszczo z góry.
Wstaję z ziemi, cały jestem zmarznięty. Mgła, chłód, ciemność. Ja chcę do domu!
W dodatku niebo przybiera odcień bardzo głębokiej czerni, chmury zasłaniają
księżyc skutecznie odłączając mnie od jedynej rzeczy bijącej blaskiem. Spoglądam
po sobie - ubranie poszarpane, brudne od błota, ręce mi się trzęsą, mam gęsią
skórkę i nogi z waty. Całe szczęście, że nie widzę własnej twarzy. Waham się,
czy ruszać się z tego miejsca. Patrząc w mrok, między drzewa - to wszystko
powoduje, że automatycznie moje nogi zapuszczają korzenie głęboko w ziemię abym
nigdzie nie szedł. Może mnie znajdą - samego, bezbronnego. A jeśli nie? Z
wielkim strachem stawiam pierwszy krok, następne przychodzą już łatwiej. Idę...
Przez cały ten czas, kiedy starałem się zanalizować moją aktualną
sytuację, nie zdawałem sobie sprawy, że ten las przepełniony jest różnymi
dźwiękami. Szum wiatru, który narasta i słabnie, szelest liści, szczęk gałęzi.
Wszystko to jest nienaturalnie głośne, bardzo dziwne. W dodatku cały czas mam
wrażenie, że ktoś mnie obserwuje, co chwila czuję jakby ktoś mi chuchał w plecy
dając w ten sposób znak, że jest bardzo blisko...
Idę już dłuższy czas, jednak końca lasu wciąż nie widać. Wprost
przeciwnie - czuję się tak, jakbym dopiero do niego wszedł. Zagłębiony w swoich
myślach staram sobie przypomnieć, co się stało, że tutaj wylądowałem.
Jednocześnie nie chcę myśleć o wszechogarniających mnie dźwiękach, które jeszcze
bardziej się nasiliły. Wpływają one na mnie bardzo źle - jestem zmęczony
psychicznie, boli mnie głowa, lecz napompowany jestem, jak nigdy, gniewem. Zaraz
wybuchnę. Hałas nabiera na sile, zupełnie jakby chciał mnie zmusić do krzyku. W
pewnym momencie staję i z mojego gardła wydobywa się potężny krzyk. "Aaaaaaa!".
Krzyczałem pół minuty, ale wcale mi to nie ulżyło dostałem, co najwyżej chrypki.
Ryk niesiony jest jeszcze echem po - zdawać by się mogło - całym lesie. Hałas
ucichł, słychać tylko delikatne odgłosy. Odwracam się i chcę iść dalej, ale do
mych uszu coś dochodzi. Coś nadlatuje w moją stronę. Jakby burza dźwięków, w tym
i mój krzyk. Kieruję swoją twarz w miejsce lotu hałasu i... moim ciałem rzuca
potężna fala. Zaatakowały mnie chyba wszystkie możliwe dźwięki, które powodują
drganie moich wnętrzności. Czuję się jakby ktoś wrzucił mnie do pralki. Lecę
kilka metrów w tył niesiony dźwiękami, lądując obijam się o korzenie. Rozwalony
łokieć, cała stłuczona głowa. Nie chce mi się wstawać. Jestem bardzo zmęczony,
krwawię, leżę na bardzo wygodnym stosie liści tworzącym niejako "łóżko". Lecz
muszę uwolnić się od tego całego zgiełku. Wstaję, więc i już mam iść, kiedy
zauważam coś, co biegnie w moją stronę. Nie widzę dokładnie - jest bardzo
ciemno, mgła zgęstniała. Tylko cudem zauważyłem to coś. Mimo że wokoło jest
multum ostrych, przeszywających uszy i niesamowicie głośnych dźwięków, to to coś
wydaje je jeszcze potężniej. Mruczenie, tupanie, odgłos łamanych gałęzi i
mniejszych drzew. A co najgorsze, to coś biegnie w moją stronę... biegnie po
mnie... aby zrobić mi krzywdę... Nie czekam już dłużej, to mi w zupełności
wystarcza, aby zapomnieć o łokciu, głowie, o wszystkim. Rozpędzam się na
pierwszych 15 metrach, szybciej już nie mogę. Mijam drzewa, które teraz zdają
się pochylać nade mną próbując mnie złapać. Ja jednak unikam gałęzi. Jeśli przed
spotkaniem tego czegoś było głośno, to teraz nastąpiło prawdziwe tsunami -
bębenki już dawno mi pękły, z uszu płynie mi krew. Spośród tego wszystkiego
wciąż najgłośniejszy jest stwór, który mnie goni. I co gorsza, robi to
skutecznie, bo wraz z każdym kolejnym krokiem stawianym przeze mnie łamanie
gałęzi staje się coraz bliższe...
Biegnę już dłuższą chwilę a stwór ciągle mnie nie złapał. Chyba się ze
mną bawi. Dla niego to zabawa, dla mnie walka - mordercza - o przeżycie.
Dźwięki, tupot, krew - jeśli z tego wyjdę, to wyląduję w zakładzie dla umysłowo
chorych. W pewnej chwili widzę... widzę polanę. Koniec lasu! Jakieś tysiąc
metrów przede mną! Mgła jakby stworzyła tunel przez który to zauważyłem a teraz
muszę przezeń przebiec. To tylko tysiąc metrów, poradzę sobie! Muszę sobie tylko
stale powtarzać, że nie jestem zmęczony! Ale jestem... Panad z nóg, a stwór
jakby dopiero teraz zauważył polanę i bał się jej. Teraz przyspieszył nie chcąc
abym uciekł. Ja też staram się przyspieszyć. I w tym momencie wszystkie dźwięki
znikają, nie słyszę nic prócz bicia własnego serca - mocnego dudnienia,
szybkiego, głośnego. Moje serce bardzo się boi, może nawet bardziej ode mnie.
Skacze tak, jakby chciało mi rozwalić mostek i przelecieć przez niego, zrobić mi
dziurę w śródpiersiu i wyskoczyć na zewnątrz. Zupełnie jakby chciało uciec na
własną rękę. Biegnę, a za mną stwór. Ostatnie metry ofiarnej ucieczki od
śmierci, od paszczy bastii. Jeszcze chwila a będę wolny. Śmierdzący oddech
stwora uderzający w moje plecy straszy mnie, co dodaje mi sił . Jeszcze kawałek!
Serce wali jak młot. Kilka metrów! Potężny hałas rozrywa moje uszy, sieka mózg.
Jeden krok! Bestia sięga po mnie. Skaczę i... jestem na polanie! Udało mi się!
Uciekłem stworowi!! Dopiero po chwili odkrywam, że uciekłem też psychodelicznym
odgłosom. Teraz me uszy kłuje śmiertelna cisza, poważna. Rozglądam się - zwykła
polana, łąka, nic prócz wysokiej trawy. Wokoło panuje cisza. Dla człowieka,
który jakby przed chwilą wyszedł z dyskoteki to straszne uczucie. Przejaśnia
się, jaśnieje. Mimo to nie mam odwagi spojrzeć w las. Dostrzegam za to coś
innego. Podchodzę bliżej i widzę... grób. Grób na środku łąki. Kto mógł zrobić
pogrzeb w takim miejscu? Przyglądam się zdjęciu - młody, bardzo młody chłopak,
mniej więcej w moim wieku. Nigdy nie czytam imion i nazwisk nieboszczyków, tak
też robię i w tym przypadku. Zauważam jednak napis pod nazwiskiem: "Na zawsze
pozostaniesz w naszych sercach...". Słowo 'sercach' napisane jest wielkimi
literami. Ciekawe, czemu. Moje serce natomiast nadal łomocze jak szalone...
Co to wszystko ma wspólnego z grami komputerowymi, którym poświęcony jest
ten kącik? Z pozoru nic. A jednak coś w tej opowiastce jest, przed czym
chciałbym przestrzec wszystkich graczy. Serce... Tak, serce - najważniejszy
organ w naszym ciele, jeden z najbardziej pracowitych i jeden z najbardziej
delikatnych.
Jednak, co do tego ma ta cała hałas i cisza? Spójrzcie na to tak: jestem w
lesie, jest bardzo głośno przez dłuższy czas. Spokój nastaje, gdy z niego
wychodzę. A teraz awers: gram w grę, mocno się denerwuję, mózg i serce pracują
na zwiększonych obrotach. Gram tyle czasu, że serce bardzo mocno się męczy,
zaczyna dudnić, dosłownie latać w mojej klatce piersiowej. I w pewnym momencie
serce przestaje pracować i następuje... cisza. Tak właśnie skończył dzieciak
pochowany na polanie.
Wspomnijcie moją historię, gdy zasiądziecie za komputerem.
|