|
|Gulczas, a jak myślisz?|
Ostatnimi czasy w polskim przemyśle rozrywkowym nastała moda na zatrudnianie, czy też raczej lansowanie amatorów. Aktorów, piosenkarzy, muzyków. Żeby nie być gołosłownym - Wiśniewski, czyli skądinąd dobrze znany lider Ich Troje, wszelakiej maści aktorzy takich filmów jak "Golasy", czy omawiany tutaj "Gulczas, a jak myślisz?".
Sytuacja, co tu dużo mówić, chora. Nie dosyć, że coraz częściej jesteśmy obdarowywyani kicz-kulturą w wydaniu fastfoodowym, to jeszcze ta kultura produkuje panoszące się wszędzie pop-gwiazdki wątpliwego blasku. Najgorsze jest jednak to, że polski przemysł kinematograficzny, mimo nienajlepszej sytuacji (eufemistycznie rzecz ujmując) jak najwięcej stara się uszczknąć z niespecjalnie smacznego dla grona wykształconych odbiorców tortu reality show.
Tak też było tym razem. Jerzy Gruza zobaczył siebie w roli reżysera filmu z bohaterami Big Brothera. Nie byłoby może to takie złe, ale, o zgrozo, zrealizował swą wizję.
Niektórych dziwić może czas, w jakim podnoszę pióro na tą jakże wspaniałą perełkę polskiego przemysłu filmowego. Wszak Wielki Brat zapuścił włosy, nałożył kapcie i przelicza zarobioną kasę, a o większości bohaterów programu prawie nikt już dziś nie pamięta. Cóż, przyznam się, iż miałem wielką ochotę zbesztać jakiś film, a że jakiś czas temu w rozmowie z Pierwszym Sekretarzem AM temat "Gulczasa..." wypłynął jak stare gacie podczas prania, postanowiłem posadzić na warsztacie załogę Wielkiego Brata.
Jak myślicie, Drodzy Czytelnicy, o czym może być obraz Gruzy? Jakim talentem musieli popisać się scenarzyści, żeby pomieścić całe towarzystwo ze szklanego ekranu? Cóż, powiem Wam, że nieszczególnym, delikatnie rzecz ujmując. Historyjka z pogranicza podrzędnego kryminałku i romansidełka z motywami absurdu i niezamierzonej parodii. Jest więc bohaterski strażnik miejski (Dzięcioł bodaj - jeśli się gdzieś pomylę przy imionach lub nazwiskach, lub ich nie będzie, to wybaczniec - zwyczajnie BB nie oglądałem), ciągle śmiejąca się czarująca dziennikarka Manuela, przepiękna agentka CBŚ - Alicja, pielęgiarka lecząca seksem i zakochana para uciekająca przed rozsierdzonym tatusiem (tu J. Rywiński, czyli nareszcie ktoś normalny). Zapomniałbym o tytułowym bohaterze, czyli przewspaniałym Gulczasie oraz jego wielkim rumaku i kolegach - z własnymi rumakami, jakby kto pytał. Pośród całej tej motocyklowej ferajny przewijają się także Rudi Shubert i kilku innych zawodowych aktorów.
Kiedyś był film, kręcony w podobnej konwencji. Także z amatorami w rolach głównych, a zwał się "Rejs". Początkowo ludzie nie wróżyli mu nic dobrego, jednak okoliczności sprawiły, że wraz z biegiem lat stał się klasyką polskiego kina. Najwięksi optymiści w ITI Group zapewne podobne nadzieje wiązali z obrazem na engine Big Brothera. Jakże się mylili... Ten film zwyczajnie nie niesie w sobie żadnych wartośći. Zarówno technicznych, jak i intelektualnych. Po skończonym seansie czuem się... hmm myślę że 'ambiwalentnie' będzie tu dobrym słowem. Z jednej strony byłem zniesmaczony i w ogóle żałowałem czasu spędzonego przed telewizorem, zaś z drugiej się cieszylem jak dziecko - że to już koniec. To chyba najlepiej świadczy o filmie. Zresztą, nie będę się rozpisywał nad tempem akcji - powiem Wam, że podczas podziwiania tego majstersztyku w mym pokoju aż się duszno zrobiło. Poważnie. I co gorsza musiałem się tak męczyć, bo okno strach było otworzyć. Po prostu bałem się o własne zdrowie, gdyż od ekranu amatorszczyzną i nudą tak wiało, że przeciąg by głowę urwał.
Gdzieś tam wyżej wspomniałem o parodii niezmierzonej. W rzeczy samej - "Gulczas..." takim właśnie dziełem się wydaje. Pierwsze co zdaje się potwierdzać powyższą tezę to obsada. Przemieszanie aktorów i amatorów. Nie powiem - ciekawy efekt. Od razu widać kto jest kim. Ale mniejsza o to. Zupełnie rozbroiły mnie sceny, w których Alicja (dla niekumatych: taka brunetka po trzydziestce, z wadą wymowy) pyta się zaczarowane lusterko kto jest najpiękniejszy etc. etc. Odpowiedź, już mniejsza o to, że wystylizowana tak, iż jedynie kretyn nie skojarzy aluzji nienajwyższych lotów zresztą, jest o tyle zgdona z prawdą, co genialna w swej istocie. Możecie się śmiało domyślać. Takich smaczków jest więcej. Możemy się dowiedzieć, że wujek Gulczasa wynalazł plastikowe talerzyki, a Manuela zaszalała z pijanym bosmanem (zdrowo musiał się biedaczyna wstawić...). Podsumowując - o aktorstwie można zapomnieć. Podobnie, jak o dowcipie wyższych lotów.
Będąc złośliwym - muzyka trzyma poziom filmu. Jakiś tam hiphop i dens - w sumie na jedno wychodzi. Miejscami zaszokuje czystość wokalu czy wgnatająca w podłoge aranżacja. Ot, tradycja i czerpanie ze wzorców "domowielkobracich". Czyli ogólnie standard dla tej produkcji. Nie napiszę nic o rymach, bitach, czy wokalizie Gulczasa, bo przyznaję się bez bicia - daleki jestem od jedynie słusznej drogi muzycznej, właściwej dla dzisiejszych czasów i z powodzeniem tu zastosowanej. Dziwi mnie tylko jedno. O ile mi wiadomo, nikt nie wpadł na pomysł wydania ścieżki muzycznej. A szkoda! Zapewniam, że rozeszłaby się niczym transport polędwicy za komuny.
"Gulczas, a jak myślisz?" to pozycja zdecydowanie dla hardcore'owych Big Brother-manianiaków. Dla nich będzie wszystko jedno, że film należy oglądać wylko w Tatrach, bo w innym wypadku w depresję można wpaść. Nie uświadczycie tu, Drodzy Czytelnicy, prawie niczego godnego uwagi. Gulczas śpiewa jak Edyta Górniak na Mistrzostwach Świata, Klaudiusz pokazuje goły tyłek, a Alicja jest równie utalentowana aktorsko, co piękna. Wniosek nasuwa się jeden - omijać szerokim łukiem.
Jednkaże nie dam najniższej oceny. Z dwóch powodów. Pierwszy, to 1/2 duetu "Ale Plama", zaś drugi jest zgoła inny. Otóż powstała kontynuacja pt. "Yyyrek - kosmiczna nominacja". Słyszałem, iż jest jeszcze gorsza, dlatego zabezpieczam się "na zaś", bo inaczej musiałbym rozszerzyć skalę o oceny poniżej zera :).
-2/10
Gregorius
|