|
|Piękny Umysł|
Muszę powiedzieć, że nigdy nie lubiłem dramatów. Zawsze kojarzyły mi się z nudnymi opowieściami (często opartymi na faktach), jak to sąsiad zgwałcił sąsiadkę i uciekł na hawaje. Jednak tym razem było inaczej. Gdy tak czytałem pochlebne recenzje Pięknego Umysłu w gazetach i nie tylko, czułem że jest to film dla mnie. Nie wiem czemu. Ot tak po prostu...
Film oparty jest na faktach, a akcja filmu rozpoczyna się we wrześniu 1947 roku na Uniwersytecie Princeton, kiedy to główny bohater John Nash dostaje się na wydział matematyczny (albo coś w tym stylu :)). John to facet niezbyt lubiany przez swoje otoczenie. Jak mówi: "Ja nie lubię ludzi, ludzie nie lubią mnie". Jest typowym kujonem, który siedzi w bibliotece i pisze masę niepotrzebnych wzorów, mając nadzieję, że zmieni oblicze świata. Chcesz przykłady takich wzorów? OK. Wymienię chociażby "równanie na grę w piłkę", "ruch gołębi nad kawałkiem chleba" czy też "sposób ucieczki złodzieja torebek". Myślisz, że to nie ma sensu? I dobrze, bo to nie ma sensu. Przez swoją dziwaczność jest wyśmiewany i podpuszczany do głupich rzeczy. Nigdy nie zapomnę sceny, kiedy Nash podchodzi do laseczki siedzącej przy barze i rzuca tekst typu: "Sam nie wiem, czemu się mną zainteresowałaś...
...ale z tego co wiem, chodzi ci tylko o wymianę płynów, zgadza się? Więc może przejdziemy prosto do seksu?". Po takim tekście nasz bohater mógł dostać tylko mocnego plaskacza prosto w ryło. Jednak nasz John nie poddałwał się przeciwnościom i w końcu został nagrodzony. Podważył 150 teorii ekonomicznych i został specjalistą od różnych gówienek. Tak oto przedstawia się początek filmu. Głównie chodzi oto, aby pokazać geniusz człowieka, który pomimo swojej choroby w końcu dopina swego. Zdobywa nagrodę Nobla i zostaje znanym i poważanym matematykiem. Na samym końcu filmu możemy przeczytać informację o tym jak jego teorie wpłynęły na światowy handel, kontakty ekonomiczne, a nawet przełomy w biologii. Fabuła jest średnia, ponieważ oparta jest na prawdziwych wydarzeniach. To tyle o samym filmie.
W tym akapicie mam zamiar napisać nieco o Russell'u Crow, który zagrał główną rolę. I to zagrał ją kapitalnie!!! Wszyscy mówią, że jego najlepszą rolą była ta w Gladiatorze. Sratatata. Ci którzy prawią takie głupoty nie widzieli chyba (na pewno!) Pięknego Umysłu. Mało kiedy zdarza się aby aktor zagrał w taki sposób, ażeby wpłynąć na me uczucia. Jednym z aktorów przez którego płakałem po projekcji był Tom Hanks w "Forrest Gump" i "Philadelphia". A teraz do tego zacnego grona dołączył "A Beautiful Mind". Crow zagrał człowieka zagubionego i zawstydzonego otaczającym go światem. Tego nie da się opisać, to trzeba zobaczyć! Po prostu coś niewiarygodnego! Te jego ruchy i sposób mówienia spowodował, że jest aktorem, którego podziwiam i cenię. Na resztę postaci nawet nie zwracałem uwagi. Na tle Russell'a wypadali... cienko. Powiadam Wam więc bracia i siostry. Ten film trzeba zobaczyć choćby ze względu na rolę John'a Nash'a w którą kapitalnie wcielił się nasz "Gladiator".
Odczucia jednak, miałem jakieś dziwne po bardziej wnikliwym zastanowieniu się nad filmem. Bo nie ma w nim wartkiej akcji, wątków seksualnych czy też efektów specjalnych. Nawet fabuła jest tylko i wyłącznie średnia. Jednak film broni się ckliwą historyjką z happy endem i kapitalną rolą Crow'a. I właśnie dlatego polecam Wam ten film jako odskocznię od kolejnych "gupich" bONDÓW i tym podobnych szmelców. Nawet ja, fan latających flaków i ociekającej po ekranie krwi jestem pod wrażeniem tego dzieła. I zapewniam, że wy też będziecie.
OCENA: 9/10
LOV
|