WojnaStało tuż koło drogi wiodącej do obozu. Małe dziecko. Niewiele ponad siedem lat. Dziewczynka - zupełnie taka, jaką często widzi się w przedszkolu. Ale jednocześnie zupełnie inna. Wielkimi ciemymi oczyma odprowadzała po kolei jadące w kolumnie wojskowe samochody. Mijały ją podnosząc tumany pustynnego kurzu, który osiadał na jej poskręcanych włosach i podartym, nędznym ubraniu. W pojazdach widziała ubranych w zielono-szare mundury żołnierzy. Ludzi, którzy tu przyjechali z dalekiego kraju. Nie wiedziała dlaczego. Ich pobyt był dla niej niejako rozrywką - stała, przestępując z nogi na nogę, powodowana zwykłą dziecięcą ciekawością. Między innymi. Czasami zdarzało się, że przejeżdżający żołnierz wyrzucił z samochodu coś do jedzienia. A była taka głodna. Smutnymi oczyma, z nadzieją w sercu, wypatrywała kogoś życzliwego. Nadjechał kolejny samochód. Zwolnił na tyle, że zobaczyła uśmiech mężczyzny siedzącego na miejscu pasażera. Wystawił rękę przez okno. Chciał zwyczajnie pomóc. Wypuścił w stronę dziecka małe zawiniątko. Tak niewiele dla niego - a tak wiele dla niej. Niestety - mała nie zdołała chwycić paczuszki w locie. Spadła nieopodal, odbiła się, przeleciała płytki rów i znalazła się kilka metrów od drogi. Dziewczynka, ze szczerym uśmiechem na ustach i iskierkami w oczach podbiegła w tamtą stronę. Po drodze minęła małą tabliczkę. Tak się zdarzyło, że był tam napis w dwóch językach. Ale ona nie potrafiła się nimi posługiwać - mimo, iż jeden z nich był jej ojczystym. Być może gdyby była trochę starsza - wiedziałaby. Ale niestety. Jej postać rzuciła jedynie przelotny cień na deseczkę z napisem "Caution - mines!"... Wojna jest straszna... Zmusza do okropnych rzeczy. Ludzi, którzy do niedawna byli ślusarzami, murarzami. Ojcami i mężami. Wyzuwa ich z litości, moralności. Nie rozumiem tego. Nie wiem, jak można odstawić dotychczasowe życie. I strzelać. Do takich samych ludzi. Podnosić lufę karabinu w ich stronę. Pociągać rytmicznie, raz za razem, cyngiel. Dopóki - jak to niegdyś, eufemistycznie i z dozą właściwej sobie elegancji, określił pewien generał - postać z tamtej strony nie przestanie okazywać przejawów życia. Nie potrafię sobie tego wyobrazić. Czy w istocie jest to takie proste? Czy tak łatwo odebrać życie? Wystarczy wycelować i strzelić. Wycelować i strzelić. Wycelować i strzelić. Nie wiem... Być może. - Ojcze, zgrzeszyłem. Zabijałem. Odbierałem życie. Kierowałem czołgiem. Dostałem rozkaz. Musiałem wykonać... - człowiek przy konfesjonale jeszcze bardziej schował głowę w ramiona, nie mógł wydobyć z krtani odpowiednich słów. Całkowicie pusty kościół echem niósł słowa spowiedzi. - Oni biegli w moją stronę... Musiałem coś z nimi zrobić. Dowódca kazał... zrobić użytek z masy... z gąsienic. - Idź w pokoju. To była wojna. Twoje grzechy są ci odpuszczone - powiedział ze spokojem siedzący za kratką ksiądz. Dziwne... Być może to dwa całkowicie oddzielne światy? Miłości i nienawiści? Bieli i czerni? Trwania i zabijania? W końcu - Boga i Szatana? Nie... To byłoby zbyt proste. Dlaczego więc narody, często wierzące w tego samego boga, podnoszą na siebie oręż? Sądzą w swej naiwości, że to jest dobre? Że tak musi być? Widocznie wierzą, że bóg stanie akurat po ich stronie. Tylko z jakiej racji? Dlatego, że łamią jedno z najważniejszych praw? Dlatego, że dopuszczają się okrucieństw, do jakich nie jest zdolne nawet najdrapieżniejsze zwierzę? Boże, jesteś z nami - pomóż pokonać wrogów! Pomożesz na pewno. W końcu to MY. Dzieci podwójnej moralności... Twoje dzieci... Asfaltowa droga. Jak tysiące innych. Miejsce zupełnie podobne do każdego takiego w innym mieście na całym świecie. Różni się tylko jednym. Kolumną czołgów sunącą nieustraszenie przed siebie. Stalowe płyty gąsienic opadają na jezdnię powodując wstrząsy na całej jej szerokości, ale mimo to bezlitośnie prą do przodu. Przez wszystko, co tylko stanie na ich drodze. Nawet przez człowieka. Przez młodego mężczyznę. A wyszedł tylko po zakupy. Jasna reklamówka w jego ręce. W środku mleko, jajka. Pieluszki dla dziecka. Nie wiedział, co się dziś wydarzy. Nie wiedział, że jego niemy protest stanie się symbolem. Nie mógł tego wiedzieć stając na wprost pancernego pojazdu. Sztywno i pewnie. Aczkolwiek zwyczajnie, ot tak, jak się stoi w kolejce. Z białą reklamówką w ręku. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego każda walka, nawet ta symboliczna, pociąga za sobą ofiary? W czym tkwi duch konfliktu? Może w gotowych na wszystko ludziach. W tych, którzy do niedawna jeszcze zarzekali się - że nie będą, że nie wezmą broni do ręki. Że muchy nie skrzywdzą. A teraz z ich ręki giną całe szeregi - niewinne, odarte z człowieczeństwa, zaszczute przez przymus konfrontacji zbrojnej masy. Dziesiątek właśnie. Bo dla wojny nie liczy się jednostka. Liczą się zbiorowości. Wystarczająco duże, wystarczająco nienasycone. Porwane - partiotycznymi hasłami, pięknymi słowami, przemówieniami lub, to szczególnie w wyższych warstwach, zgoła inaczej - chłodną kalkulacją ekonomistów, bankierów. Nie wiem, czy w obecnej sytuacji, w obliczu konfliktu "pełną gębą" chwyciłbym za karabin. Chyba nie. Teraz jestem pacyfistą. Jestem przeciw wojnie, przemocy. Odcinam się od polityki naszego państwa. Wygodnie, nieprawdaż? Być w opozycji, szczególnie gdy sama wojna toczy się gdzieś tam, na pustyni. Stać z boku. Jak jednak zachowałbym się w obliczu realnego niebezpieczeństwa - zagrażającego bezpośrednio mi, mym bliskim, moim dzieciom? Wszelkie złudne przekonania by prysły. Tak - taka jest filozofia wojny. Dałbym się porwać. Nagabywaniom propagandy? Górnolotnym wzrocom zachowań? Wzniosłym celom? Patriotycznemu obowiązkowi? Być może po części, ale wątpię szczerze... Tutaj główną przyczyną byłby strach. O przyszłość. To on właśnie sprawiłby, że owczy pęd ogarnąłby także mą osobę. Stałbym się kolejnym trybikiem. Kolejnym zielonym śmiesznym człowieczkiem, tak podobnym do innych. Niemal identycznym. Bo wojna nie przyjmuje pod swe skrzydła pojedynczych indywidualistów. Ich miejsce jest pod murem lub pod gąsienicami czołgu. Zupełnie tak samo, jak w przypadku jej przeciwników. Tropikalne słońce przedzierało się przez gęstą szatę roślinności zalewając podszyt dżungli migotliwymi plamami światła. Strzeliste drzewa wygrywały walkę o promień światła z niższymi roślinami. Te musiały się zadowolić jedynie resztkami życiodajnej energii. Jendak wegetowały. I patrzyły. Gdzieś tam w dole siedział przywiązany do drzewa meżczyzna. Płakał. Całe jego dotkliwie pobite ciało pokryte było krwią. Jego własną. Każda rana, każde zadrapanie krwawiło. Przesiąknięte wilgocią powietrze pogarszało jeszcze sytuację. Siedział tak już dobre kilka godzin. Ale nie płakał z tego powodu. Przez cały ten czas żołnierze "zabawiali się" z jego córką. Początkowo krzyczała. Płakała. Potem piszczała. Aż w końcu któryś z nich wyciągnął bagnet... Walczyłbym? Tak. Zabijałbym? Tak. Ale nie dla całego tego, za przeproszeniem, pieprzenia. Wszelkie dorabiane na poczekaniu, uderzające w wysokie struny, ideologie dobre są dla innych. Mocne słowa? Owszem. Może oni walczyliby za ojczyznę, kraj, za Boga, rację, honor, prezydenta, pieniądze, czy cokolwiek innego. Ja walczyłbym w obronie. Miałbym cel i starałbym się go osiągnąć. Ochronić bliskich. Tylko tyle. Chciałbym być bezpiecznym i być pewnym bezpieczeństwa moich dzieci. Czy to wiele? Dla mnie bardzo dużo. Chciałbym wrócić do domu i spojrzeć im w oczy. Popatrzeć w nie ze świadomością, że nie stałem się potworem. Kolejną maszyną mordującą dla samej satysfakcji. Bo cóż by mi z tego przyszło? Cóż miałbym z tego, że złapałem się w sidła, w jakie wpadło miliny ludzi przede mną? W pułapkę bezsensownej przemocy, fanatyzmu czy też ślepego, upośledzonego okrucieństwa. Wygrałbym być może wojnę. Ale przegrałbym własne człowieczeństwo... Gregorius fishbone1@wp.pl PS. Wszelkie przytoczone wydarzenia są autentyczne... |