LUBIĘ KSIĘŻY

Ileż to razy czytałem w Action Magu teksty w których katoliccy księża
zbierali cięgi. Mówiono że ksiądz to zawód jak każdy inny, tyle że bar-
dzo atrakcyjny, że księża dbają tylko o własne wygody i nie interesują
się wiernymi, kilka razy padło określenie "czarna mafia". Oczywiście
były też głosy mówiące że w każdym stadzie można doszukać się czarnych
owiec, ale pojawiło się ich znacznie mniej. Postanowiłem więc wrócić
pamięcią do jak najbardziej odległych czasów i przypomnieć sobie
wszystkich księży z którymi miałem do czynienia.
Głogów Małopolski koło Rzeszowa, gdzie się wychowałem, posiada, tak
dziś jak i paręnaście lat temu, jedną parafię. Jej proboszczem był nie-
jaki ksiądz Stanisław, dziekan na większym obszarze. Nie napiszę zbyt
wiele na jego temat. Był to typowy kapłan starej daty, konserwatysta.
Potrafił ostro się zdenerwować na kazaniach, zgromić coś co mu się
nie podobało. Nie lubił grobowców na cmentarzach, nazywał je "bun-
krami". Walczył z młodzieżą przychodzącą do kościoła w zbyt swobodnych
strojach. Zmarł kilka lat temu, ale do dziś jest bardzo życzliwie
wspominany przez mieszkańców miasteczka, zwłaszcza starszych. Rada
Gminy postanowiła nazwać jedną z ulic nowego osiedla jego nazwiskiem
a jego grób na miejscowym cmentarzu co roku tonie w zniczach.
Po przeprowadzeniu się do Rzeszowa jako siedmiotelnie dziecko zacząłem
należeć do parafii której członkiem jestem po dziś dzień. Były to czasy
pierwszego jej proboszcza, księdza Andrzeja. Pamiętam go dość dobrze.
Gdy zaczynał tworzyć kościół (na który zaadaptował starą stodołę), zro-
bił to bez zezwolenia komunistycznych jeszcze władz, za co otrzymał
wyrok w zawieszeniu. Pamiętam go jak dziś, zamiatającego ulicę przed
budynkiem kościoła. Bardzo lubił ludzi, był niezwykle pogodnym i ciep-
łym człowiekiem. Gdy w kilka lat po odejściu z parafii przyjechał nas
odwiedzić, wyszedł do zmierzających w stronę świątyni ludzi i każdemu
uścisnął dłoń. Jako mały brzdąc bardzo lubiłem tego księdza. Jego nas-
tępcę pamiętam już dużo lepiej, gdyż byłem starszy i zacząłem widzieć
więcej spraw. Był to kapłan który objął parafię po przyjeździe z Rzymu.
Zakończył główne prace przy budowie nowego kościoła, aktywnie działał
w całym mieście, był wielkim przyjacielem ludzi, zwłaszcza niepełno-
sprawnych. Słynał róznież z ekspresyjnego sposobu głoszenia kazań. Zza
ambony potrafił mówić bardzo spokojnie by za moment grzmieć i krzyczeć.
Podzielał zdanie kościoła w sprawach aborcji, eutanazji, nie radził
głosować na ateistów. Gdy ksiądz Ryszard odchodził około trzy lata
temu, żegnało go całe osiedle i wszyscy przyjaciele z miasta których
zyskał pracując tutaj. Bardzo żałowaliśmy że musi przenieść się gdzie
indziej.
"No dobra" - ktoś powie - "wymieniasz tylko tych najlepszych". Cierp-
liwości, powiem także coś o zwykłych wikarych. W drugiej klasie pods-
tawówki religii uczył mnie ksiądz Stefan. Jako jedyny ze wszystkich
z którymi miałem styczność stosował kary cielesne. W szufladzie biurka
trzymał długą pałkę. Były to jednak "kary" polegające na troszeczkę
mocniejszym dotknięciu ową pałką. Zresztą używał jej może raz na pół
roku :) Rok póżniej pojawił się w parafii młody, charyzmatyczny kapłan
o imieniu Stanisław. Nikt tak jak on nie głosił u nas kazań - ani
wcześniej ani później. Pod jego opieką ministranci wystawili Misterium
Męki Pańskiej. Szkoda że zwyczaj przetrwał tylko dwa lata. Ksiądz
Mirek, który uczył mnie rok później, był niezwykle sympatyczny. Ostat-
nio wrócił na "stare śmieci" po pobycie na misjach w Papui Nowej
Gwinei. Ksiądz Krzysztof, równie miły, jest w Kamerunie. Ksiądz Andrzej
w Norwegii, też pracował u nas kilka lat. W siódmej klasie religii
uczył nas niejaki ksiądz Paweł. Klasa nie miała dla niego litości,
niektórzy chłopcy wygłupiali się, darli i przezywali go co lekcję. Od-
biło się to na nim dość mocno. Zapamiętałem go z mądrych kazań.
Wielu, naprawdę wielu innych księży przewinęło się przez dwadzieścia
lat mojego życia. Ksiądz Joachim był z nami na wycieczce i okazał się
bardzo fajny. Ksiądz Mariusz był także dziennikarzem i lekcje z nim
były niezmiernie ciekawe. Kilku kapłanów nie potrafiło sobie poradzić
z prowadzeniem religii. Dwóch o których powiedziałbym że byli mądrymi
księżmi, jest teraz żonatych. Jeden zabił się na budowie. Pisać mógłbym
jeszcze długo...
W owym arcie celowo nieco sobie poględziłem. Żeby w tym momencie spy-
tać niektórych z Was: Gdzie wy widzicie tę czarną mafię? Gdzie tych
zachłannych rzucających się na kasę księży? Dotychczas, co widać na
powyższych przykładach, spotkałem kilku kapłanów prawdziwie z powoła-
nia i wielu po prostu porządnych, sumiennie wykonujących swoje obo-
wiązki. Byli i tacy którzy nie radzili sobie z funkcją. Było ich może
trzech na ogólną liczbę około czterdziestu których moja świadomość pa-
mięta z różnych dłuższych czy krótszych okresów życia. Może miałem
duże szczęście do księży, gdyż stwierdzam że nie spotkałem ANI JEDNEGO
odpowiadającego wizerunkom z niektórych czytanych tu artów. Nie mówię
że ich nie ma. Ba, dam głowę że są. Ksiądz też człowiek i także ulega
ludzkim słabościom. Ale jest ich niewielu. A pewne grupy ludzi chcą
widzieć tylko takich. To już ich sprawa. Ja tam księży lubię.

Donald
advocat@interia.pl

25-03-2003

PS1. W tekście nie oceniłem zachowania żadnego z opisywanych przeze
mnie kapłanów. Uczyńcie to sami. Być może komuś z Was coś się nie
spodoba. I macie do tego prawo, każdy ma własne poglądy. Księża też.