Jakże łatwo jest powiedzieć "widziały gały, co brały" i zrzucić winę za występowanie przemocy w domu na kobiety.
Moi rodzice ostatnio się pokłócili, co nie zostało przyjęte przez ich potomstwo entuzjastycznie. Moja matka zarzucała ojcu skąpstwo, więc młodsze pokolenie z zaciekawieniem zapytało: "To po jaką cholerę brałaś z nim ślub?". Odpowiedź: "Wtedy był inny".
Otóż to. Narzeczeństwo polega na wzajemnym włażeniu sobie w tyłek, używając brzydkiego określenia. Udajemy, że jesteśmy lepsi, kryjemy wady. One wyjdą na wierzch dopiero jakiś czas po ślubie, kiedy już będziemy pewni, że współmałżonek raczej nie odejdzie. Niewielu jest mężczyzn, którzy uderzą partnerkę przed ślubem. A nawet jeśli to kobiety wychowuje się przecież w przeświadczeniu, że najważniejsza jest dla nich rodzina, dzieci, mężczyzna i że miłość zmienia ludzi, więc można im rzec "Błagam cię, wróć do mnie. Ja nigdy tego nie zrobię, kocham cię." i dać kwiatki, a uwierzą w te zapewnienia. Wszystko to brednie, ale dziewczynki słuchają bajek o wielkiej miłości i księciu na białej szkapie przez całe dzieciństwo i dojrzewanie. Uczy się je, że mają być pokorne, uległe i rezygnować ze swoich potrzeb na rzecz innych ludzi. Wpaja się im, że mężczyzna obdarzony miłością i kochający wzajemnie zmieni się: wyjdzie z nałogu, przestanie bić, będzie dobry. I one wierzą w to, bawią się w miłosierne samarytanki, utwierdzane przez literaturę (por. np. Sienkiewiczowska "Trylogia").
A kobieta bita przez męża, który zamiast być kochającym dżentelmenem okazał się po ślubie potworem, co ma ze sobą zrobić? Zabrać dzieci i iść pod most? Zwłaszcza, kiedy uważa, że nie ma prawa pozbawiać dzieci ojca (bo "one muszą mieć pełną rodzinę, by dobrze funkcjonować w społeczeństwie") i nauczona jest przez kościół, że rozwód jest grzechem, za który Bóg ukarze piekłem. A często zdarza się, że nawet po rozwodzie były mąż mieszka w tym samym mieszkaniu i wcale nie przestał być katem.
Często kobiety, dzięki temu choremu wychowaniu, uważają, że zasłużyły, bo przypaliły zupę albo zrobiły coś równie "złego". Dają sobie wmówić, że są nikim, jakimiś śmieciami, którymi można pogardzać, niszczyć. Usprawiedliwiają nawet oprawcę, bo "miał ciężki dzień w pracy" albo "zdenerwował się".
I wszystko dzięki temu bardzo mądremu stereotypowi o grzecznych dziewczynkach, których życiowym celem jest dom, gromadka wiecznie brudnych i głodnych dzieci, a także mąż macho.
Uwielbiam, kiedy na zlotach rodzinnych wszyscy patrzą z potępieniem na mnie i pytają z niedowierzaniem "Ty naprawdę nie umiesz gotować?". Potwierdzam, uśmiecham się grzecznie i stwierdzam przekornie "Znajdę sobie takiego faceta, który będzie potrafił.", na co zawsze słyszę odpowiedź "Jak ci mąż wtłucze to od razu się nauczysz." i zawsze z ust kobiety. Tak jakby przemoc była normalna ("zwyczajny sposób na nauczenie kobiety bycia kobietą"), prywatna.
Przemoc w domu z całą pewnością nie jest sprawą prywatną, "rodzinną" - choć często mówiąc coś odwrotnego tłumaczą swoją obojętność na krzywdę ludzką sąsiedzi i policja. Jest sprawą państwową, tak samo ważną jak Rywingate (tylko, że przemoc nie jest tak zagmatwana i sprzeczna). Nikt nie może łamać podstawowych praw człowieka.
Zacznijmy w końcu uczyć kobiety, że mają prawo się bronić, przeciwstawiać, że słowo "mąż" nie jest równoznaczne słowom "pan" i "władca", a wyklepanie w kościele formułki o miłości i wierności nie jest nadaniem mężczyźnie praw do decydowania o kobiecie. Każde uderzenie jest przestępstwem, warto wzywać policję, opowiadać sąsiadom o tym, co się dzieje za drzwiami domu. Może to być na początku żenujące dla obu stron, ale prędzej czy później mężowi zacznie przeszkadzać, że ludzie krzywo na niego patrzą, a policja interesuje się jego osobą. Tak było w przypadku mojej ciotki, którą mąż dręczył nawet po rozwodzie, przychodząc do jej mieszkania i grożąc jej. Najpierw panowie policjanci tłumaczyli, że to sprawy rodzinne i nie wypada im się mieszać, ale ciotka (jakby na to nie patrzeć mała i drobna kobieta, która nie poradziłaby sobie z chłopem od siebie wyższym i silniejszym) tak długo ich nagabywała, aż w końcu nauczyli się przyjeżdzać za każdym razem. A szanowny pan były mąż po kilku spotkaniach z policją dał sobie spokój.
I nie opowiadajmy głupot o świadomości tego, co się bierze za męża. Przed ślubem są kwiatki i czekoladki, po ślubie sińce pod oczami. I nie dlatego, że kobieta sama zdecydowała się na taki los, a dlatego, że pan krył swoje cechy.