I po
co to wszystko
czyli dlaczego
warto pisać do AM
Niniejszym ostrzega się o mrocznych zamiarach
Autora tego tekstu, mającego na celu omamienie umysłów czytelników. Autor,
jako kreatura skrajnie złośliwa, będzie tutaj czynił wszystko, co w jego
mocy, by zepsuć komukolwiek humor, zniesmaczyć, doprowadzić do ciężkich
urazów psychicznych tudzież zdeprawować. |
Kiedy UnionJack wpadł na pomysł napisania
zbiorowego arta na temat "Dlaczego piszę?", pomyślałem sobie od razu: "A
figa, nie idę na to!". Perspektywa wpakowania mojej wspaniałej, inteligentnej,
błyskotliwej itp. wypowiedzi razem z wypocinami watahy lepszych i gorszych
autorów nie napawała mnie jakoś zbytnim entuzjazmem. Mam nadzieję że nikt
się tutaj nie obrazi, ale nic nie poradzę na to, że jestem dziwakiem i
aspołecznym samotnikiem, i że nie darzę sympatią wszelkich tłumów, nawet
całkowicie wirtualnych. To by był pierwszy powód mojej odrębności w zdradzeniu
wam motywów popełnienia seryjnej zbrodni skalania Czystych i Dobrych stron
AM moją twórczością.
Drugi powód jest taki, że treść większości odpowiedzi
na postawione przez UnionJacka pytanie dała się bez trudu przewidzieć.
Zgodnie z moimi czarnymi proroctwami 90% tych odpowiedzi brzmiała albo
zbyt banalnie ("Piszę, bo lubię, bo chcę się podzielić swoimi myślami,
ble ble ble..."), albo była zbyt zawikłana (Rainman...). Na brak wyobraźni
nie narzekam, ale jakoś nie widziałem mojego własnego zdania w tym szacownym
gronie...
Piszę, ponieważ:
-
Umiem. Gdybym nie potrafił pisać, to bym siedział cicho,
nikomu się nie przyznawał i mocno starał się, aby to nie wyszło na jaw.
Niestety, nie każdy jest aż na tyle szlachetny, by przyznać się do braku
umiejętności i nie torturować niewinnych (na ogół) czytelników swoją grafomanią.
Ale dla mojej jakże skromnej osoby pisanie jest jedną z rzeczy, które jej
w życiu wychodzą najlepiej, a jeśli człowiek umie coś robić dobrze - powinien
to robić. To jest właśnie sens życia, nie sądzicie?
-
Chcę być sławny i bogaty. No dobra, może na wielkie bogactwa
nie bardzo mam co liczyć (chociaż jakby się jakiś sponsor trafił, pewnie
bym nie protestował), ale niezwykle podniecająca jest świadomość, że każdego
miesiąca plątaninę słów, zrodzoną w niezmierzonych odmętach twojej chorej
mózgownicy czyta kilka tysięcy ludzików... I te same tysiące ludzików budzą
się w nocy z przerażeniem, mokre od potu, wykrzykując twoją ksywkę. I te
same tysiące ludzików powtarzają sobie w myślach tą ksywkę i wpisują ją
na swoją czarną listę, recytowaną każdego wieczora na końcu paciorka z
komentarzem: "Tych śmiertelników pokaraj, Panie Boże, co rychlej". A przy
okazji te same ludziki dowiadują się, dlaczego wolisz kocury od kanarków,
jaki smak kisielku preferujesz i od ilu lat kolekcjonujesz kosiarki-samoróbki.
Taki rodzaj sławy to mi najbardziej odpowiada - bez ludzi rozpoznających
mnie na ulicach i pokazujących palcem, bez upierdliwych dziennikarzy, gotowych
przyczaić się w muszli klozetowej, aby przypadkiem nie uronić najdrobniejszego
szczegółu mojego prywatnego życia, bez tłumu nastolatek-idiotek, piszczących
na mój widok (uff...).
-
Muszę od czasu do czasu zrobić coś bardzo złośliwego jakiemuś
bliźniemu. Po prostu muszę, taka moja natura. Poza AM-em taki tryb życia,
jeśli ktoś nie jest przypadkiem masochistą, ma jakiekolwiek szanse na powodzenia
najwyżej wtedy, jeśli się zna jakieś sztuki walki albo wygląda co najmniej
jak Rambo. Cóż, bliźni nie za bardzo są uradowani, jak się im robi coś
niemiłego. Dzięki AM można na dobre popsuć humor paru osobom i nie grozi
to żadnymi bezpośrednimi konsekwencjami. No, chyba że ktoś wpadnie na pomysł
wysłania wąglika pocztą elektroniczną, ale cóż, jakieś ryzyko musi być.
-
Lubię sobie od czasu do czasu dostać jakiegoś mejla. Najfajniejsze
są bluzgi, które stanowią niezbite dowody na to, że moja ciężka praca nad
skwaszeniem miny kolegów-czytaczy przynosi wymierne efekty, a przy okazji
są niezłym pretekstem do ponownego wyżycia się na bluzgającym. Ale jeśli
czasami, byle nie za często, obdarzony zostanę opinią w stylu: "Wiesz co
koleś, piszesz najlepsze arty, jakie w życiu czytałem", to również jestem
w siódmym niebie. Każdy ma w sobie odrobinę próżności, nie?
-
Nie tracę nadziei, że pewnego pięknego dnia dziewczyna moich
marzeń napisze do mnie, że uwielbia moje teksty. Tym bardziej, że już mi
się to zdarzyło, chyba (pozdrowionka, vhg! ;-) ). Dość oryginalny sposób
na poszukiwanie swojej drugiej połowy, ale moim zdaniem - jeden z niewielu
naprawdę skutecznych.
-
Zazdrość, czysta zazdrość. Czytam w różnych gazetach, co
inni ludzie myślą na dany temat, oglądam w telewizji, jak byle patałach
może się wygadać, co go boli - dlaczego miałbym być gorszy? Niech i mnie
słuchają! Tym bardziej, że w przeciwieństwie do wielu MAM coś do powiedzenia.
-
Można sobie łatwo i przyjemnie przefiltrować czachę. Wiecie,
czasami człowiekowi przyjdzie do głowy jakaś myśl i gnębi go godzinami,
dniami, latami. Tłucze się, cholera jedna, od jednego ucha do drugiego,
nie daje spać, pracować, uczyć się (nie to, żebym w normalnych warunkach
miał więcej chęci do nauki, ale czasami człowiek chce, a nie może, bo się
go taka myśl uczepi). Istnieją dwa wyjścia, można próbować ją w sobie zdusić,
co w krótkim czasie grozi kaftanem bezpieczeństwa, albo zwyczajnie wyrzucić
z siebie. Jak wyrzucić? Powiedzieć komuś? To jest często za mało. Jedyny
naprawdę dobry sposób to przelać upierdliwą myśl na papier czy inny nośnik
informacji i puścić w świat, prosto przed zaskoczone gały tysięcy ludzi.
Naturalnie, można też po prostu pozbyć się głowy razem z myślą, tyle że
z oczywistych względów sposób jest raczej jednorazowy.
-
Taki AM to może być dla człowieka całkiem osobny świat. Jeden
świat to ten, który widzisz w snach, inny - kiedy rozmawiasz z kumplami,
jeszcze inny - gdy grasz w swoją ulubioną grę komputerową, następny - gdy
oglądasz film w kinie. Życie każdego człowieka składa się z takich właśnie
światków, bez nich jest tylko marną wegetacją. Im chcesz mieć bogatsze
życie, tym więcej musisz mieć takich światów.
-
Mój wizerunek autora tekstów to część mojej osobowości. Kto
wie, czy nie ważniejsza część. Dla większości ludzi mogę być tylko jednym
z sześciu miliardów dwunożnych istot rozumnych, włóczących się po kawałku
skały, zwanym Ziemią, ewentualnie jednym z trzydziestu kilku milionów przyznających
się do biało-czerwonej flagi, ewentualnie jednym z kilkudziesięciu tysięcy
studiujących, zależy od punktu widzenia. Ale nawet ci, którzy mają przyjemność
znać mnie bliżej, cóż oni mogą sobie ciekawego myśleć o mojej skromnej
osobie? Założę się, że większość z nich uważa mnie za zwykłego nudziarza,
przede wszystkim dlatego, że nie wyznaję zasady, że jeśli ma się coś ciekawego
do powiedzenia, to trzeba o tym trąbić wniebogłosy na wszystkie strony.
W AM nie muszę krzyczeć ani w jakikolwiek sposób zwracać na siebie uwagi.
I tak wiem, że ktoś tam siłą rzeczy przeczyta moje teksty. A wśród tych
ktośtamków zawsze znajdzie się i taki wybraniec, który te teksty zrozumie
i doceni.
-
Czasami zdarza się przeczytać w AM takie głupoty, że po prostu
nie idzie tego zignorować
-
Pisanie większości tekstów to doskonała zabawa; zresztą przyznaję
się bez bicia, że często sam czytam własne arty i w dodatku jeszcze sam
się z nich śmieję.
-
Zawsze chciałem zobaczyć coś swojego w jakimś magu
-
Jestem zwykłym, szarym człowieczkiem, który przesypia jedną
trzecią doby, je trzy posiłki dziennie, nieustannie gapi się w monitor,
ewentualnie w przypływie dobrego humoru zaszczyca swą obecnością jedną
ze znanych wyższych uczelni w Polsce. I który, jak każdy, może pewnego
pięknego dnia wpaść pod samochód. Jednak ten akurat szary człowieczek wcale
nie czuje się aż tak bardzo szary i chciałby, aby kiedyś jakiś ufok-archeolog,
pracujący na zgliszczach ludzkiej kultury wiele lat po globalnej wojnie
nuklearnej znalazł jakiegoś na wpół skorodowanego cedeka z jakimś tworem
podpisanym "Pewien Gość". Albo, jeśli już się okaże, że ufoki nie za bardzo
interesują się archeologią, żeby przynajmniej jakiś Bardzo Znany Człowiek
wydał na krótko przed opuszczeniem tego świata książkę ze wspomnieniami,
która będzie miała taki wstęp: "Moja kariera literacka zaczęła się od tego,
że zostałem od stóp do głów zmieszany z błotem przez faceta, podpisującego
się Pewien Gość, na łamach słynnego Action Maga"...
* * *
No, mam nadzieję, że nie zapomniałem
o niczym. Aha, jeszcze jedna rzecz. Czasami chodzę w kółko po pokoju, łamiąc
sobie głowę nad odwieczną kwestią: co by tu jeszcze napisać do tego AM?
Bo coś napisać trzeba, choćby z jednego, dowolnie wybranego spośród wymienionych
powyżej powodów. Chodzę tak i chodzę, aż współlokatorzy zaczynają na mnie
dziwnie patrzeć, nagle w pewnym momencie strzela mi do głowy coś dziwnego,
zaczynam sobie planować, co ciekawego można o tym dziwnym czymś napisać,
wreszcie wykrzykuję "Eureka!" (to tylko w myślach, ze względu na owych
współlokatorów, chociaż oni i tak pewnie już dawno mają mnie za wariata)
i siadam do klawiatury. Stukam zapamiętale, aż echo rozlega się po całym
piętrze, stukam kilka godzin, a kiedy w końcu zorientuję się, że właśnie
w ten sposób dokładnie spieprzyłem sobie rozkład dnia, przychodzi ta piękna
chwila, w której za pomocą przycisku "Wyślij" tekst wędruje sobie gdzieś
w Polskę, żeby już ani chwili dłużej nie pozostać moją wyłączną własnością...
Co za euforię człowiek wtedy odczuwa, mówię wam! To lepsze, niż seks...
[Eddie:
No czy ja wiem... z tym ostatnim zdaniem jakos nie bardzo moge sie zgodzic...
;P ]