KAMIENIEM O KAMIEŃ... UDERZA

Kamień o kamień, kamień o kamień... spada odłam skały z Nieba zwiędłych marzeń. Nie wierzy w nie i nie ufa już nikomu. "Weźcie sobie tę duszę... nie jest już czysta!"- krzyczy im prosto w zamaskowane twarze i tym samym stawia czoła całemu światu.
Pęka lustro i cały pokój wypełnia się jawą, bo do tej pory był to tylko sen.

Delikatne muśnięcie smyczka o struny - skrzypce. Białe palce obu dłoni maszerujące po jeszcze bielszych klawiszach - fortepian. Czerwone, wilgotne, a jednak popękane od nadmiernego wysiłku usta dotykające zimnego drewna - klarnet. W oddali słychać chór, który niczym ten z antycznego dramatu, zabiera słuchaczy w najodleglejsze krainy. Przemawia to do niej, ona to słyszy, a jednak nie reaguje na nawoływania z tamtego świata. Cóż jej przyjdzie z tego ładu i porządku, jeśli nie będzie szczęśliwa? Nie potrzebuje białej szaty lśniącej w świetlistej obietnicy wieczności... ona woli swe szare od codzienności odzienie i płomień z okrawka świecy. Zaśpiewa własną pieśń, a mury opery rozpadną się i zostaną zapomniane. Kamień o kamień, kamień o kamień. Dzień triumfu, dzień klęski... szczęścia i największego smutku.

"Mamo, co będzie, jeśli stłukę wszystkie lustra?". Co się stanie, jeśli zapatrując się w powierzchowność, przypadkiem dostrzeżemy wnętrze? Czy patrząc w głąb, poznamy prawdę o nas samych? Jeśli tak, to czy to znaczy, że oczy kłamią? Ale jak patrzeć, by dostrzec? Można zobaczyć dźwięk, który wydaje uderzanie kamieniem o kamień, kamieniem o kamień... Ona chce sprawić, by żadne dziecko nie zapomniało jabłka wyszytego na kieszonce szkolnego fartuszka... Każdy miał kiedyś jabłko, każdy kiedyś miał czerwone bijące serce. Każdy kiedyś je miał, ale zapomniał.

Siedzi na parapecie swego okna na świat. Podziwia noc zamkniętymi oczami. Na pytanie dlaczego ich nie otworzy, odpowiada: "Po co mam je otwierać, skoro mając je zamknięte, dostrzegam to, czego inni nie widzą?". Nie widzimy piękna przyrody, otaczających nas ludzi, uczuć, spojrzeń... jesteśmy sami i nieszczęśliwi w swej małej, ciasnej skorupie. A ta dziewczyna nie zapatruje się w to, co dalekie i nieodgadnione. Poszukuje niezwykłości w mgle poranka i ciemności nocy, i jest szczęśliwa. Nie stara się być najwspanialsza, najmądrzejsza... i taka też nie jest, a mimo wszystko jest szczęśliwsza od tych "najwspanialszych" i "najmądrzejszych". Dlaczego siedzi tu w środku nocy? Szuka gwiazd, Księżyca, kotów i nietoperzy do towarzystwa. Tutaj jest wolna, bowiem mrok nie narzuca jej tego, w co ma wierzyć. Sama wybrała... wiarę w siebie. Szepce do ucha ciemności i opowiada o sobie kominom papierowych domów. Jednakże nie stała się ich niewolnicą, nie weszła w tłumy Ulicy Krokodyli... zawisła ponad nimi, na swoim parapecie. A w dole miliony ludzi spaceruje bez celu... z roku na rok coraz bardziej pogrążeni są w beznadziejności. Wierzą w to, czego się boją i lubią ten strach, bo on uwalnia ich od samotności istnienia. Kilka narzuconych reguł, które połączyły ze sobą te miliony samotnych osób myślących, że mogą każdego pokochać. Ona jednak nie ma zamiaru na siłę zdobywać przyjaciół, nie potrzebuje kolekcji nic nieznaczących dla niej ludzi. Drugi człowiek staje się naprawdę ważny wtedy, gdy zaczyna rozumieć te łaknienie wolności i wraz z nią postanawia wędrować w poszukiwaniu miejsca, które mogłoby do nich pasować. I nie jest ważne kim on jest... ważne by bycie wolnym sprawiało mu przyjemność. By tak, jak ona kochał odgłos spadających kamieni rzuconych w dół wąwozu wypełnionego instytucjami, państwami, ministerstwami oraz dyktatorami rządnymi władzy i posłuszeństwa. Kamień o kamień, kamień o kamień...

Wyjdź na zewnątrz, gdy tylko dostaniesz znak. Zejdź po drabinie teraźniejszości, gdy kamyk stuknie lekko o szybę Twego okna na świat. Będzie to późno w nocy, w czasie najgłębszego mroku i uśpienia umysłu. Nie martw się, obudzę Cię... cegła z przywiązanym do niej listem trafi prosto w środek Twego czoła. Czytaj i zapamiętuj każde słowo, litera po literze: "Zawsze jestem sobą! Zbyt długo wędrowałem, zanim doszedłem do siebie!". Nie zapisuj tego na dłoni, nie zapisuj na kartce w notatniku... zapamiętaj, bo inaczej ona wyryje Ci to na grobie! Kamień o kamień, kamień o kamień uderza i wydaje głuchy dźwięk imitujący coś i nic. Kamień o kamień i nic innego jej nie obchodzi... 

Siedzi na parapecie gdzieś wysoko ponad światem. Ogląda spadające gwiazdy, nieodwzajemnione uczucia, niespełnione marzenia, niedotrzymane obietnice, zapomniane przyjaźnie. Macha beztrosko nogami i śmieje się do siebie... Patrzy na usta kobiety, która skończyła śpiewać ostatnią arię. Wpatruje się w oczy człowieka, który w lustrze nie widzi już nic, prócz swego marnego odbicia. Przygląda się modlitwom w świątyniach i debatom polityków. Ogląda filmy o ludzkości, która to z człowieczeństwem już od dawna nie ma nic wspólnego. Wsłuchuje się w informacje płynące z rozgłośni radiowych... ona wie, że ten bełkot powinien być dla niej niezwykle istotny, lecz z jakiegoś powodu ona już go nie rozumie. Wie, co oznaczają poszczególne słowa, lecz całość płynie gdzieś obok niej. Zwrotki piosenki ulatniają się przez dziurę w suficie... a może nie ma już sufitu? Ci wszyscy ludzie są tacy ważni i wielcy, mądrzy i wspaniali, a ona jest zwykła. Oni mają władzę, a ona ma jedynie szarą sukienkę. Jednakże to właśnie ona tu siedzi, a inni spadają. 

"Co mam teraz robić?".
Żyj pełnią życia.
"I będę szczęśliwa?"
Tak, jeśli to życie będzie naprawdę Twoje.

Zeszła z parapetu i kopnęła kamień, co spowodowało lawinę. Zawaliła się ludzkość, a ona otrzepała z kurzu sukienkę i poszła. Nikt jej już nie widział, bo nie było nikogo. 

vene