PRZEBUDZONY, czyli chcę do Matriksa.


Siedzę sobie. Słucham Nirvany. Zabawne, jeszcze rok temu wyśmiałbym każdego, kto powiedziałby mi, że oto techno i muzyka elektroniczna pójdą w odstawkę na rzecz grunge'u z początku poprzedniej dekady. Teraz sam śmieję się z tamtego mnie, z Axela w wersji Początek 2002. Jak można było dopisywać jakąkolwiek ideologię techno-kakofonii? A jednak dopisywałem. Nie dopuszczałem do siebie myśli, że słucham trzaskanego seryjnie badziewia dla oszołomów. Chociaż tak naprawdę o tym wiedziałem. Pływając w akwarium wmawiałem sobie, że płynę pod prąd. Sam siebie oszukiwałem.

Jeszcze rok temu wydawało mi się, że jest dobrze i będzie lepiej. Że każdy wschód słońca oznacza początek nowego, pięknego dnia. Że mam tylu kumpli... Axel i jego paczka, Ci Lepsi, słynni Alternatywni (vel Pojeby, zależy według kogo), Będący-Ponad-To. Outsidres United.
Ale okazało się, że wspólnota aspołecznych popieprzeńców nie ma racji bytu. Całkiem to zresztą logiczne. Spoiwo się wykruszyło, wieża z kości słoniowej zaliczyła spektakularny upadek. Kumple już tylko z przyzwyczajenia, poślizgiem. Nikomu na nikim nie zależy. Oszukiwani przez samych siebie i przez siebie nawzajem. Cała sieć nakładających się oszustw.

Kiedy byłem małym Axelem w wersji Wczesne Lata Dziewięćdziesiąte, uwielbiałem bawić się plasteliną. Wtedy to dokonałem wielkiego odkrycia - kiedy wymieszamy ze sobą różne jej kolory, wcale nie otrzymamy mitycznej Tęczowej Plasteliny. Otrzymamy plastelinę brudnoszarą i całkowicie nieciekawą.
Czemu potem o tym zapomniałem?

Czemu oszukiwałem się, wmawiałem sobie, że wyciągnięte na wierzch, a następnie przebite nożem serce wcale mnie nie boli? Wyciągnąłbym nóż od razu; wystarczyłoby przykleić plasterek, żeby zatamować krwotok. A teraz muszę uważać, rana się zabliźniła, ale zostało w niej ostrze. Kłuje przy co gwałtowniejszym ruchu...

Kamienny posąg z Wyspy Wielkanocnej. Granitowa, niewzruszona twarz, owiewana wiatrem, wzrok wbity w horyzont. Z wierzchu, znaczy się.

Sam nie wiem, po jaką cholerę to piszę. Naprawdę. Chyba pierwszy raz w życiu mam ochotę po prostu dorwać się do mikrofonu w radiowym studiu i trochę poskomleć. Puścić skomlenie falami eteru, mając głęboko gdzieś, co inni będą o tym myśleć.
Wychodzi na to, że jestem kolejnym pieprzniętym nastolatkiem do kolekcji. Nigdy nie sądziłem, że kiedyś tak o sobie pomyślę. No bo jak to? Problemy to przecież sprawa innych, nie moja. Mnie nie dotyczą. A jak już dotyczą, to... to... To ich nie ma! Jakież to proste!

Coś mi się tam w głowie przestawiło. Jakiś trybik przeskoczył. Jakiś ząbek się wyłamał. W każdym razie wyszło na to, że się przebudziłem. Otworzyłem oczy... I, zupełnie jak Garfield, w chwili przebudzenia straciłem całą energię.
Ale nie ukrywam, że liczę na to, iż całe to Przebudzenie okaże się chwilowym wypaczeniem perspektywy, a wszystko wróci do normy. Że szkła w okularach na powrót zmienią kolor, że z szarych staną się znowu różowe. To trochę tak, jak z Matriksem. Niby wydostałem się z kokonu, niby rzeczywistość zgłosiła się po mnie. Niby odkryłem PRAWDĘ. Ale... Ale.. Ale ta wcale mi się nie podoba. Wtedy, w ciepłym bagienku, w wirtualnej dziedzinie ułudy utkanej z wciskanych sobie oszustw było jakoś wygodniej, bezpieczniej...

Jedno tylko mogę dobrego powiedzieć o Przebudzeniu. Gusta muzyczne, znaczy, jakoś mi się unormowały. Ale o tym pisałem już na początku, a nie chce mi się powtarzać. W każdym razie naprawdę nie rozumiem, jak mogłem słuchać techno. Mam nadzieję, że ponowne podpięcie się do Matriksa nie będzie równoznaczne z powrotem do um-cyk-um-cyk-piaskownicy.

Czekam z utęsknieniem na chwilę, w której w mojej potylicy ponownie zagości kabelek, a umysł powróci do słoika. Co z tego, że będę tylko warzywkiem, bateryjką? Wybieram dropsa, nie miętusa (czytaliście Matrix według Śledzia?). Chcę spokoju, głowy niezaprzątanej różnymi dziwnymi myślami. Chcę znowu włączyć sobie Age of Empires i wmawiać sobie, że gra się super.

O rany... Chrzanię jak potłuczony. Nie słuchajcie mnie. To na pewno wiosenne przesilenie... Jezu. Jakie przesilenie? Wiosenne? To już wiosna... Znowu będzie pylić, znowu będę zombielike, znowu nie będę mógł normalnie myśleć, znowu będę musiał faszerować się jakimiś prochami... Nienawidzę wiosny.

Ale Axel...? No przecież... Wiosna znaczy słońce, ptaszki, ciepełko! Axel...?

Zamknij się. Tak, Ty. Ani słowa. Daj się skupić, nie przeszkadzaj. Słyszę zew... Matrix mnie wzywa.

Axel Prubaj Hoolaynoga

Powiedzmy, że P.S. Mam jeszcze dwie sprawy. Obydwie do poruszenia w jednym peesie, żeby mnie potem żadni kolesie od wkurzających skryptów nie pouczali. Pierwsza sprawa: przepraszam posągi z Wysp Wielkanocnych, jeśli te nie są granitowe. Druga: pozdrawiam Advocate'a, Manwego (winszując zarazem wyjątkowo nieprzepuszczalnego Matriksa), Overbrzucha, Żyletę oraz Antipopa, Faramira, Tołdiego z Yodkiem i, specjalnie, Slavika. No i Anię. Wszystkich, których miałem pozdrowić, ale zapomniałem, pozdrawiam również. Ach, sprawa trzecia, bonusowa. Nie pozdrawiam nikogo, kto nazywa mnie Alexem. Ty się tym, Mumin, nie przejmuj - to już nie do Ciebie.