Dzień jak każdy inny
Kolejny tekst o niczym. Do tego nie jest śmieszny i nie skłania do refleksji. Spytacie, po co go stworzyłem? Nie wiem. Po prostu lubię pisać Zważywszy, że w przyszłości chcę się utrzymywać właśnie z pisania, trenowanie tej umiejętności jest dla mnie wskazane. A efekty tego możecie zobaczyć czasami w AM. Poza tym zobaczenie swojego tzw. "dzieła" w Action Magu (i otrzymywanie maili odnośnie tegoż) sprawia mi olbrzymią radość i satysfakcję. Skoro zaspokoiłem już Waszą ciekawość, możecie spokojnie nacisnąć Backspace... lub czytać dalej. Tu zaznaczę, że w tym arcie nie ma wydarzeń ani dialogów fikcyjnych, są najwyżej nieco wyolbrzymione. Wszelkie podobieństwo do realnie istniejących osób, miejsc i sytuacji jest zamierzone i złośliwe ;). Celowo nie podaję nazwisk itp., bo jeszcze ktoś mnie pozna, a tego bym nie chciał... No i z tej samej przyczyny nieco zmieniłem plan lekcji (co za tajemniczość...)
Budzik zadzwonił dwadzieścia po piątej. Przez następne dwie godziny leżałem z oczami nieruchomo utkwionymi w sufit i przygotowywałem się psychicznie na coś bardzo nieprzyjemnego. Nawet bardziej niż wizyta u dentysty. Na kilkugodzinną męczarnię. Na... pójście do szkoły.
Wstałem, umyłem ładnie ząbki, ubrałem się w sweter i luźne jeansy (nie, nie "skejtowskie" ;)) a potem wyszedłem z psem kupić sobie przy okazji dzisiejszą "Piłkę Nożną". Po przejrzeniu gazety wrzuciłem do plecaka podręczniki na dziś i po pięciu minutach byłem w szkole.
Po wejściu wymieniłem uściski dłoni z moimi tzw. kolegami, czekającymi przed salą gimnastyczną na pierwszą dzisiejszą lekcję - w-f. Codzienny rytuał. Czasami niektórzy nie odzywają się do siebie nawzajem przez całą resztę dnia, ale rękę podać przecież trzeba. Po chwili przyszła nauczycielka i rozpoczął się w-f. Dzisiaj graliśmy w kosza na ocenę. Wylosowaliśmy drużyny i zaczęliśmy turniej. Prezentowałem niesamowicie wyszukaną taktykę - stałem pod własnym koszem przez cały czas, a jak przeciwnicy nie trafiali, to łapałem piłkę i podawałem do przodu. Na szczęście koledzy nie zawodzili i tym sposobem, dzięki któremu nawet się nie spociłem, zdobyliśmy pierwsze miejsce. Tak więc dostałem piątkę praktycznie za darmo.
Pierwsza przerwa. Chłopaki z klasy stoją w kółeczku na korytarzu i dyskutują na te same tematy, co zawsze. Niestety, nie mogę przyłączyć się do rozmowy, ponieważ nie oglądam "Baru" (a tam podobno jest, cytuję, "taka jedna niezła dupa") i nie mam ostatniej płyty Paktofoniki. Wtedy właśnie też usłyszałem, że jestem głupi, bo nie widziałem wczorajszego reality show z Michałem Wiśniewskim. Oprócz tego jestem debilem, bo zamiast Eminema słucham metalu i rocka (poważnie, to właśnie mi powiedzieli). Zrezygnowałem więc z dalszej konwersacji i usiadłem na ławeczce. Tu złapałem niechcący dialog dwóch koleżanek. - Ale ci faceci są dziecinni... - Masz rację, ale mój chłopak to co innego. On jest przystojny i chodzi na siłownię. Muszę przyznać, że wtedy pomyślałem, że jeśli jeszcze chwilę będę przebywał pod moją klasą, to niedługo dostanę świra i odwiozą mnie do ośrodka zamkniętego. Po prostu mądrość mojej koleżanki zwaliła mnie z nóg. Nie mogłem się powstrzymać i wybuchnąłem śmiechem. W zamian otrzymałem od niej tak zimne spojrzenie, że powietrze na linii jej wzroku zaczęło się skraplać :). Usłyszałem oczywiście, że jestem (nie zgadniecie...) głupi. No jasne. Powinna jeszcze dodać, że jestem niesamowicie dziecinny, ponieważ nie uczęszczam na siłownię. Na szczęście dzwonek oznajmił początek kolejnej lekcji. Była to historia. W międzyczasie przypomniałem sobie, że idol moich kolegów - Eminem powiedział, że nigdy w życiu nie wystąpiłby dla Żydów i Polaków. Powinienem ten fakt przedstawić zapatrzonym w niego kretynom z mojej klasy. Oni go kochają i nabijają mu kieszeń, a on ich nienawidzi.
Historia zleciała szybko. Trzeba przyznać naszemu wychowawcy, że umie prowadzić lekcje i że ogólnie jest całkiem w porządku. Nie mogę o nim złego słowa powiedzieć. Natomiast "kolega", z którym siedzę, podzielił się ze mną refleksją. Stwierdził mianowicie, że chętnie przeleciałby dziewczynę imieniem xxx (nie podam), bo jeszcze nigdy tego nie robił, a ona go podnieca. Pominę milczeniem poziom mojego rozmówcy, gdyż musiałbym użyć słów powszechnie uznawanych za wulgarne. Tak czy inaczej powiedziałem mu, co o nim myślę, by usłyszeć krótkie, acz treściwe: "Głupi jesteś". Kurde, skoro tyle osób mi to powtarza, to może coś w tym jest? Są dwie możliwości: albo oni wszyscy są idiotami, albo to ja nim jestem. Ocenę pozostawiam czytelnikom.
Na przerwie usiadłem sobie spokojnie z boku. Pod przeciwległą ścianą przycupnęła jedna z dziewczyn z mojej klasy. Taka szara myszka, ze stylu bycia podobna do mnie. A mój styl polega na tym, że jestem najbardziej nieśmiałym człowiekiem w szkole i że wychodzę na idiotę regularnie przy każdej okazji. Ona też. Z tego, co o niej wiem, mamy więcej cech wspólnych. Chyba poczuła, że na nią patrzę. Nasze spojrzenia spotkały się. Jak zwykle w takich wypadkach, ktoś musi pierwszy spuścić wzrok. Tym razem to ja przegrałem tę "walkę". Wstałem z ławki i poszedłem na dół, gdzie siedzą koledzy z innej klasy. Z nimi, w odróżnieniu od tych z mojej klasy, da się rozmawiać na ciekawsze tematy. Dlatego też często przebywam z nimi na przerwach. Ostatnio usłyszałem za to od wychowawcy, że nie chcę się zintegrować z własną klasą. Powiedział, że oni chcą się ze mną zaprzyjaźnić, a ja wybieram towarzystwo innych. No i dobrze. Odrzekłem, że to nie ma sensu. Chodzę do tej klasy tylko dlatego, że wybrałem profil humanistyczny. W innym wypadku zdecydowanie wolałbym inną. Gdyby nie ten powód, to zrobiłbym to samo, co w trzeciej kl. gimnazjum. Wtedy przepisałem się do innej klasy, bo poprzedniej po prostu już nienawidziłem. Okazało się to najlepszą decyzją w moim życiu do tej pory. Poznałem tam kilku przyjaciół, z którymi ciągle jestem w dobrym kontakcie. Na szczęście jeden z nich chodzi do równoległej klasy w mojej szkole, dzięki czemu mam partnera do dyskusji na przerwach. (tu mała dygresja nie na temat: użycie tak wiele razy słowa "klasa" w tym akapicie wynikało z faktu, że nie znam jego synonimu :) Wybaczcie mi więc, zwolennicy pięknego stylu literackiego :))
Na następnej lekcji - chemii - wzbogaciłem swą wiedzę o fakty, bez których moje życie byłoby niespełnione, i bez których niewątpliwie nie poradziłbym sobie w dorosłości. Dowiedziałem się mianowicie, że wiązanie kowalencyjne spolaryzowane powstaje, gdy różnica elektroujemności między łączącymi się atomami wynosi od 0,4 do 1,7. Zaiste, aż strach pomyśleć, co by było, gdybym tego nie wiedział.
Potem była długa przerwa. Korytarz opustoszał. Większość szkolnej braci wybrała ten moment, by, potocznie mówiąc, "zajarać". Ci, którzy nie mieli przy sobie niezbędnych każdemu uczniowi papierosów, zaopatrzyli się w nie niezwłocznie w szkolnym sklepiku. Sprzedawca dorabia sobie do skromnej pensji, wydając spod lady używki nieletnim. Jeden "szlug" schodzi za 30gr. Jak widać, na nielegalnych interesach zawsze się więcej korzysta :). Dwóm inteligentom z klasy mojego kolegi nie wystarczały jednak zwykłe papieroski. Postanowili wykorzystać tą przerwę na coś mocniejszego. Wzięli więc trochę trawki, wyszli na dwór i po paru minutach wrócili zadowoleni z siebie z błyskiem w oczach. Sprawiali wrażenie, jakby nie wiedzieli, co się dzieje. Dla przykładu opowiadali siedem razy ten sam dowcip i za każdym razem śmiali się do łez. Zresztą byli w takim stanie, że bezgraniczną wesołość wzbudziłoby w nich nawet to, że ktoś kopnąłby ich w dupę. W każdym razie żaden z nauczycieli nie zauważył zmiany w ich zachowaniu. Tego akurat nie zrozumiem.
Na informatyce natomiast posiedliśmy umiejętność, o którą bez wątpienia w pierwszej kolejności zapyta nas ewentualny przyszły pracodawca. Nauczyliśmy się robić krzyżówki w Wordzie. A już myślałem, że po chemii niczego ważniejszego się nie nauczę.
Kolejny mecz Doorshlaq vs Reszta Świata zakończył się moją przegraną. Zdezerterowałem więc z placu boju i urwałem się z dwóch ostatnich lekcji. Tym sposobem zmarnowałem swą szansę na nauczenie się na podstawach przedsiębiorczości o charakterystyce biznesplanu i o równowadze rynkowej. Pozbawiłem się też możliwości usłyszenia po raz kolejny na lekcji angielskiego o tym, że "y" to spółgłoska. Przyznam, że byłem cokolwiek zaskoczony tym faktem. Okazało się, że do tej pory żyłem w stanie błogiej nieświadomości, uważając, że "y" jest samogłoską. Na szczęście szkoła "óczy".
Wracając ze szkoły moją ulicą popełniłem niewybaczalny błąd. Niechcący ośmieliłem się spojrzeć w twarz łysemu dresiarzowi, przechodzącemu obok ze swoją dziewczyną, ubraną oczywiście w obcisłą bluzeczkę ukazującą pępek. On zapytał wtedy uprzejmie, czy chcę wpier***. Nie odpowiedziałem, lecz poszedłem dalej. Luba dresiarza, zachwycona niewątpliwie jego elokwencją, zaśmiała się i objęła go. Na pewno będą się dobrze bawić na wieczornej dyskotece, o ile ona nie dostanie od niego po ryju (np. za spojrzenie na innego - przypadek autentyczny). A tak trochę nie na temat... Jeśli szukasz mocnych wrażeń, nie skacz na bungee czy ze spadochronem. Przejdź się po prostu moją ulicą. Co prawda ryzyko utraty zdrowia znacznie większe, za to jest taniej. Jeśli natomiast poszukujesz przeżyć prawdziwie ekstremalnych, zrób to samo, tylko że po godzinie 20:00. Od razu informuję, że miejski szpital jest czynny całą dobę. Nie gwarantuję jednak dobrej obsługi. Raz przyszedłem tam cały zakrwawiony po niemiłym przejściu z siedmioma łobuzami (ja byłem tylko z jednym kolegą) i zostałem ochrzaniony przez sprzątaczkę, że chlapię krwią na podłogę. A ona tam przecież przed chwilą sprzątała! Następnie przeszedłem rozmowę z lekarzem, który zapytał mnie o wszystko, od adresu począwszy, na dokładnej dacie urodzenia skończywszy. Aż dziw, że nie chciał znać imienia mojego psa. Oczywiście pragnął usłyszeć odpowiedzi, zanim jeszcze w ogóle zaczął udzielać mi pomocy. Nawet zmyć krwi nie zdążyłem. Po pogawędce z doktorem czekałem półtorej godziny na następnego. Do czasu jego przyjścia siedzieliśmy z kolegą na szpitalnym korytarzu i słuchaliśmy śmiechów dochodzących z pokoju pielęgniarek. Po jakimś czasie jedna z nich wyszła. Miałem nadzieję, że pójdzie po lekarza, ale jej uwagę pochłaniała czynność wiele ważniejsza niż mój nos, to znaczy musiała iść zrobić kawę. Nie będę opowiadał o dalszych moich perypetiach w tym tak zwanym szpitalu, ale korzystając z okazji chciałem pozdrowić serdecznie jego pracowników i z całego serca podziękować im za troskę.
Potem poszedłem do najlepszego kolegi, z którym gramy w Championship Managera. Ja prowadzę Barcelonę, on Real i rywalizujemy ze sobą. Powiem nieskromnie, że ostatni sezon zakończyłem przed nim - na pierwszym miejscu :). Na pewno Was - czytelników (ktoś to jeszcze czyta?!) bardzo to interesuje, ale jak już opisuję dzień, to szczegółowo. Po wizycie u kolegi odwiedziłem kawiarenkę internetową. Kilkanaście nowych maili... średnio. Przekopiowałem je na dyskietkę, by potem w domu spokojnie na nie odpowiedzieć. Wychodząc z kawiarenki zobaczyłem program kinowy. Grali dziś "Dwie Wieże". Postanowiłem, że wybiorę się na ten film. Oczywiście sam, bo, jak każdy szanujący się dziwak, nie mam na tyle śmiałości, by którąś z koleżanek tam zaprosić. Tak czy inaczej obejrzałem film i... jestem zachwycony. Pomijając w sumie niewielkie zmiany w fabule w stosunku do wersji książkowej, wszystko jest po prostu doskonałe. AM nie jest jednak miejscem do recenzji, więc na tym poprzestanę. Po wyjściu z kina udałem się do księgarni, gdzie zakupiłem pierwszą część cyklu o Świecie Dysku T. Pratchetta. Zawsze chciałem to zacząć czytać. Co prawda książki są dziś strasznie drogie... 28 zł za niezbyt grubą powieść na papierze o przeciętnej jakości to lekka przesada. A ludzie się dziwią, dlaczego statystyczny Polak tak mało czyta... Jutro może kupię sobie znowu coś S. Kinga, bo chwilowo mam trochę pieniędzy. Tymczasem poszedłem do domu, gdzie zjadłem kolację i zabrałem się za przeglądanie zeszytów. Miałem niby trochę zadane, ale nie chciało mi się odrabiać lekcji. Trudno - jedna jedynka mniej, czy jedna więcej, dla mnie żadna różnica. Szkołę traktuję w sposób "byle zdać", potem w trzeciej klasie liceum wezmę się do roboty. Następnie napiszę maturę i dostanę się spokojnie na Uniwersytet Warszawski :) Tacy jak ja - niesamowicie zdolni, ale niesamowicie leniwi - może nie mają imponujących wyników w nauce, ale i tak wychodzą na swoje. Mi też się uda. W gimnazjum się udało :).
Po obejrzeniu jakiegoś durnego filmu w TV i kąpieli poszedłem do łóżka, gdzie już czekał mój pies. Odsunąłem go na bok, zgasiłem światło i przy dźwiękach "Dark Side of the Moon" odpłynąłem w sen...
"Home, home again I like to be here when I can When I come home cold and tired It's good to warm my bones beside the fire Far away across the field The tolling of the iron bell Calls the faithful to their knees To hear the softly spoken magic spells"
Doorshlaq <doorshlaq@poczta.onet.pl>
PS. A mówiłem, że ten tekst jest o niczym? Chcieliście, to macie :). Ten art jest jak kij od szczotki: długi, sztywny i cienki :). Kokieteria? Nie - samokrytyka i realizm :)
PS2. A oprócz Pink Floyd słuchałem Venom "The Waste Lands".
PS3. Nie będę obrażał Waszej inteligencji wskazywaniem miejsc, gdzie pozwoliłem sobie na ironię. Mam nadzieję, że sami ją zauważyliście.
PS4. A tak całkiem poważnie to NIE jest opis jednego dnia, lecz kilka prawdziwych zdarzeń z różnych dni (nawet sprzed paru lat) złożonych w jeden tekst. |