Daleko, daleko stąd - choć tak naprawdę to wcale blisko - na swoim tronie siedzi bóg. Nie, nie Bóg. Ten, o kim mowa, bogiem został z własnego nadania. Koronował się bogiem. Uważa się za najpotężniejszego; za nic ma świat. Świat kompletnie go nie interesuje.
Ma miliony otumanionych, poddanych praniu mózgu wyznawców. Innych nazywa tchórzami.
* * *
O rzut kamieniem znajduje się inny tron. Siedzi na nim Pan Prezydent. Ośmiela się nie podzielać boskiego zdania. Ośmiela się otwarcie mu sprzeciwiać! Tak samo zresztą jak jego sąsiad - Pan Kanclerz. Ich przyjaźń wyrosła bujna, na żyznym gruncie post-nienawiści. Jadą jednym pociągiem. Jednym wagonem. Chyba tym z Compiegne.
Obaj robią oburzone miny. Twierdzą, że nie chcą krwi.
Są jeszcze gorsi, niż zamorski bóg. Ciężko o istotę bardziej odrażającą, niż pacyfista z wyrachowania.
* * *
Jest jeszcze osiem innych, malutkich tronów. Ale te są nieważne. Nieważni są ci, którzy na nich zasiadają. Zawieszeni w próżni między Brukselami sami już nie wiedzą, po czyjej stoją stronie. Przecież i tak nikomu na nich nie zależy.
* * *
Neron podnosi dłoń. Przez chwilę udaje, że się zastanawia. Każdy wie, że to tylko żenujące stwarzanie pozorów. W końcu, odegrawszy swoją rolę do końca, cesarz-bóg z uśmiechem, powolutku, opuszcza kciuk w dół.
Czas miecza.
* * *
John trzyma w ręku joystick. Tak to przynajmniej wygląda. Też na pewno zdarzyło Ci się trzymać w ręku joystick. Na pewno wykonywałeś nim takie same ruchy, jak John teraz. Na pewno tak samo kląłeś, może akurat nie na głos, gdy znowu nie udawało Ci się trafić. Między Tobą a Johnem nie byłoby żadnej różnicy, gdyby nie jeden fakt.
Bo widzisz: Twoim joystickiem strzelałeś do oteksturowanych polygonów, John swoim strzela do ludzi.
* * *
Możesz pytać, o co tu tak naprawdę chodzi. Raczej do tego nie dojdziesz. Nie da się do tego dojść.
Najpierw zwalczaliśmy się w imię religii, potem w imię komunizmu, a teraz w imię narkotyków i terroryzmu. Nasze powody ciągle się zmieniają.
Jakiś powód znajdujemy zawsze.
Nie potrafimy inaczej.
* * *
Abu wcale nie chciał zabijać. Był tam, trzymał przestarzały, zacinający się karabin - owszem, ale tylko dlatego, że zmusił go do tego zły, wąsaty bóg. Abu wiedział, że perspektywy ma nieciekawe; do wyboru miał w zasadzie albo zginąć na froncie, albo zginąć rozstrzelany, za dezercję. Po cichu liczył na to, że Allah jednak ocali mu skórę.
Przeliczył się. Pocisk rakietowy wystrzelony przez Johna zmasakrował i jego, i jego kilkunastu towarzyszy... Tym razem górą był John. Chociaż też wcale nie chciał zabijać.
"I play Russian roulette everyday, a man's sport | With a bullet called life, yeah, called life..."
* * *
Czas łez. Zamilczmy. Pochylmy głowy. Oddajmy hołd ofiarom bezsensownej wojny.
* * *
Axel Prubaj Hoolaynoga
Gdy piszę ten tekst, wojna z Irakiem wydaje się kwestią godzin. Zdaje się, że wszelkie próby pokojowego zażegnania konfliktu spełzły na niczym; od początku zresztą było to do przewidzenia. Nikt nie wie, jak teraz potoczą się wydarzenia. Jesteście ode mnie bogatsi o dobre dwa miesiące; gdy czytacie te słowa, może być już dawno po wojnie, może ona właśnie wymykać się spod kontroli, a może jednak do niej nie doszło? Wydźwięk moich słów może więc być różny; zdaję sobie z tego sprawę.