Ecce Homo
Kiedy spojrzałem w przeszłość i postarałem się policzyć dni od tego wydarzenia, wyszły mi setki. Zmusiło mnie to do przerwania normalnego trybu pracy umysłu. Było to dla mnie nierealne. Myślałem o tysiącach. Wydawało mi się, że będą tysiące takich dni, widzianych zza szarej, ciemnej zasłony.
Kiedy siadałem do klawiatury, chciałem zacząć ten tekst słowami: "od tysięcy dni"...
Choć pamiętam, że kiedyś było inaczej, nie potrafię sobie tego wyobrazić. Choć wiem doskonale, że kiedyś myślałem zupełnie inaczej i wszystko traktowałem zupełnie inaczej. Kiedy myślę o tamtych chwilach, wydaje mi się, że wspominam dzieje innego człowieka. Kogoś brutalnie zranionego i dobitego potem przez tłum. A poźniej zapomnianego, nawet przeze mnie. Nawet ja go nie żałowałem. Nie chciałem, żeby on powrócił. Gardziłem nim.
Długo się zastanawiałem, czy to napisać: "gardziłem nim". Doskonale rozumiałem jego motywy. Wiedziałem, dlaczego on zrobił tak, jak zrobił. Dla wszystkiego miał jakiś powód. Potrafił wytłumaczyć swoje postępowanie. Był wolny i mógł robić, co uważał za słuszne. Miał plan, według którego postępował. Był wart więcej niż wielu innych.
Ale to, że miał plan, powody i że był wiele wart nic nie znaczy. Nie zwalnia od samokrytyki i samooceny. W końcu, gdyby nie ta miażdżąca krytyka, której został poddany, nie szedłby do przodu, a to oznaczałoby tylko jedno - śmierć przez samobójstwo.
Zabawne, jak łatwo jest to napisać. Nie wstrząsa mną wizja mojej śmierci. Samobójstwo? Dlaczego samobójstwo miało by być oznaką słabości, albo miało by być złe? Są sytuacje, w których bez wątpienia oddałbym życie. Nie potrafię i nie chcę inaczej. Jestem ślepy i głuchy na wszystko, także na własną śmierć.
Porusza mnie tylko piękno. Piękno we wszelkich jego odmianach. Pragnę subtelnego i delikatnego, pożądam wyuzdanego i wypaczonego. Kocham zapierające dech w piersiach widoki, obrazy, rzeźby, monumentalne posągi, wstrząsającą poezję, muzykę. Pokocham też tą chwilę, w której wyzionę ducha nie tak normalnie, jak wszyscy, ale ginąc w sposób piękny i wstrząsający. Świadom, że ta osoba, która umiera obok mnie, jest mi wdzięczna za to, że byłem. Że byłem wierny. I że nie stchórzyłem do końca.
"...brązowa, jałowa ziemia. Są na niej kiełki jakby zieleni, ale nie ma pewności, czy to trawa, czy naturalny odcień gruntu. Widać bardzo daleko, ale obojętnie gdzie nie spojrzeć, wszędzie taki sam krajobraz. Niebo jest ciemne, prawie granatowe. Tam, gdzie dotyka ziemi, widać krwawiące pasy rozciętego błękitu, intensywnie żółte wewnątrz. Zieje stamtąd czerń. Nie boję się jej. Wiem, że to jedyny cel mojej wędrówki. Wiem, że to ona zmierza ku mnie, nie ja ku niej..."
Uderza mnie wspaniałość i jednocześnie groza tego widoku. Piękno. To piękno, do którego potrafię dążyć bez względu na okoliczności i straty. Bez względu na poświęcenie, na wszystkich, którym się to nie podoba. Mój cel. Cel, który chcę i muszę wypełnić, by umrzeć w pokoju.
Zabawne, że najpierw musiałem nauczyć się rozumieć innych, by zrozumieć siebie. Wiele chwil poświęciłem na rozpracowywanie ludzkich umysłów, głowiłem się nad tokiem ich rozumowania. W każdym była cząstka mnie, każdy miał ze mną coś wspólnego... tak mi się wydawało i to był mój punkt zaczepienia. Dzięki niemu ta osoba w końcu była mi zupełnie znana i w pewien sposób... bliska.
Ale czułem się jak niemy, który wie, czego chcą od niego ludzie, ale nie potrafi im odpowiedzieć. Choć nie byłem całkowicie niemy, nie potrafiłem im dać wszystkiego, czego chcieli, nawet jeśli było to moim celem. Nie potrafiłem przemówić do nich w ten sposób, by oni ogarnęli całość mojej duszy. By choć przez chwilę pomyśleli tak jak ja i poczuli ten głos szepczący, że choć nie jestem taki jak oni, jestem po ich stronie.
Kiedy myślę o nich, wiem, że są wartościowi i warci wielu rzeczy. Widzę, że mają swoje smutki, słabości, rzeczy, za które oddaliby wszystko. Widzę, że oni czują. Są oddani, wierni, szlachetni i dumni. Radzą sobie i nie zapominają o innych. Pamiętają o przysługach i robią wiele bezinteresownie.
"...mój wzrok obejmował tylko najbliższe otoczenie, jak we śnie. Konie prychały i rżały zawzięcie. Słychać było wrzawę, odgłosy krzątających się ludzi. Czułem atmosferę wojennego podniecenia. Widziałem ogień poświęcenia w miałem łzy. Łzy szczęścia, którego nie potrafiłem sobie wcześniej nawet wyobrazić. "Dla was" - myślałem...
Trzask łamanych kopii nigdy nie jest piękny. Tak zawsze rozpoczyna się bitwa, w której udział biorą szlachetni rycerze. Nasz szereg wdarł się niepowstrzymany w ciało nieprzyjaciela. W amoku bitwy bezlitośnie wyrzynałem wrogów. Moje myśli były potężne i jasne jak aureola dookoła głowy, widoczne gołym okiem. Widziałem innych, walczących w wojennym uniesieniu. Czułem moc, wsparcie, wysiłek tych, którzy mnie wspierali. Wiedziałem, że oni czują to samo, że jestem tak wiele wart dla nich, jak oni dla mnie. Że czują tak samo wielką chęć oddania się i poświęcenia, choć jeszcze bardziej chcieliby przeżyć i cieszyć się mną, tak jak ja nimi, że życie reszty bez któregokolwiek z nas byłoby niczym zerwany naszyjnik, z którego ktoś wyrwał perłę.
Żadna bitwa nie zakończy się bez strat. Doskonale zdawaliśmy sobie z tego sprawę. W armii było nas wielu, nie znaliśmy się wszyscy nawzajem. Nie wierzyłem, że ktoś z moich przyjaciół, tych najbliższych, może zginąć. Zawsze po walce były liczby, które nic nie znaczyły, bo my byliśmy razem. Ale teraz nadszedł czas prawdziwego poświęcenia. Świadomość, że nie wszyscy, że może nawet nie ja, nadchodziła powoli. Czułem ją już, kiedy impet ataku został zatrzymany, kiedy stało się jasne, że pierwsze uderzenie nie przełamało lini obrony. Ta bitwa miała być dłuższa, wielu zabić, niewielu uczynić silniejszymi...
Zginęło wielu moich najbliższych towarzyszy. Ich krew nasyciła ziemię, a ich kości bieleją wśród traw. Oni zginęli, by inni mogli przeżyć. Pamięć o nich nigdy nie zaginie.
Tylko taka śmierć była dla nich wykorzystaniem życia..."
Mam w pamięci ten obraz i nigdy go nie zapomnę. Chciałbym ich spotkać, chciałbym z nimi przeżyć tą bitwę. Chciałbym tak powiedzieć, szczerze, z uczuciem w sercu, z ogniem w oczach: dla was...
Nienawiść i zazdrość nie są uczuciami potrzebnymi w moim życiu. Przeszedłszy przez wszystkie ich rodzaje, potrafię radzić sobie już bez nich. Stałem się ignorantem i zamkniętym w sobie człowiekiem. Nie interesują mnie problemy ludzi, którzy nic dla mnie nie znaczą. Nie interesują mnie nic nie znaczący dla mnie ludzie. Ich nienawiść do mnie rozbija się o mój umysł, jak o skały. Nie chcę czuć do nich cokolwiek, to strata czasu.
Bardzo żałuję, kiedy nie mogę porozumieć się z osobą, w której widzę tak wiele cech bliźniaczo podobnych do moich. One najczęściej uważają, że nie ma ich w ogóle. Bardzo trudno mi im udowodnić, że jest inaczej. Mam taką wrodzoną cechę, mógłbym na plecach dżwigać problemy całego świata. Chcę im pomóc i oni to kiedyś poczują. Poczują to i otworzą się...
Każdy człowiek, na starcie, coś dla mnie znaczy. Każdy może być tym najwartościowszym. Ale większość okazuje się nic nie warta...
"...szeregi wielkich kamiennych posągów, podniszczonych przez czas. Pamiątki po czymś, co kiedyś było ucieleśnieniem ideału, potęgi i chwały. Tak wytrzymałe, wieczne. Wykute w skalnych blokach, posępne spojrzenia kamiennych olbrzymów. Przechadzam się wśród nich i widzę wszędzie ten sam wyraz twarzy. Są martwi, a ja szukam czegoś żywego. Pod nogami szeleści mi przegnita trawa i kruszone gałęzie. Horyzont nie istnieje. Tylko ja i najbliższe twarze. Nic nie przysłania mi widoku, nieba. Ale go nie ma. Nie mogę go zobaczyć. Widzę wszystko przez mgłę. Chodzę wśród posągów i wiem, że one nie dadzą mi tego, czego chcę. Nie są tym, czego szukam. Są martwe..."
Świat można porównywać do wielu rzeczy. Każde porównanie w jakiś sposób ukazuje jego istotę. Żadne jednak nie odda całości i całej jego złożoności. Dla Boga, który go stworzył, niezmiernie trudno musi być ogarnąć zrozumieniem wszystkie swoje byty.
Czuję się jak Bóg. Jestem wszystkim i dlatego niczym. Bóg, który, cokolwiek by nie robił, nie pozbędzie się wrażenia, że wykorzystuje i gra. Udaje. Kiedy płaczę, wiem, że potrafię powstrzymać łzy. Kiedy odrzucam wszelkie uczucia i staję się twardy jak kamień wiem, że chciałbym zapłakać.
Usiąść i zapłakać. Dlaczego to miałby być wstyd? Kiedy ja płaczę, mam jakiś ważny powód. To znaczy, że bardziej cierpi ktoś, niż ja. Ten ktoś, kto kiedyś był całym mną, a teraz jest już tylko nie dochodzącą prawie nigdy do głosu cząstką mej duszy. Ktoś, kogo oskarżać i wytykać palcem nikt nie ma prawa. Bo wtedy mój potężny, nie znający litości byt pała gniewem wobec istoty tak ochydnej, by atakować tylko bezbronną cząstkę...
"...w całym swoim życiu widziałem niewiele zachodów słońca. Nigdy nie pociągała mnie aż tak ta gra cieni, bym się w nią wpatrywał. Wiem, zwierciadła chmur odbijające krew promieni konającego słońca na wieczornym niebie są piękne, wstrząsają i wzruszają...
Jak wiele ulotnego piękna umknęło przede mną? Jak wiele wspaniałych chwil straciłem? Jak wiele promieni padło obok, a ja nawet nie zwróciłem na nie uwagi? Nie mogłem być wszędzie, czy nie chciałem? Nie chciałem wejść w ich światło czy zabrakło mi odwagi? Gdzie powinienem być? To było niezależne ode mnie, czy źle wybrałem?
Po śmierci dnia następuje srebrzysta noc. Księżyc nie kona już w tak spektakularny sposób. Czy oni po prostu wybrali inaczej? Czym oni byliby bez siebie?
Czy oni do siebie pasują? Czy możliwe jest, by jeden istniał bez drugiego i był tak samo wiele wart? Czy ktoś by go wtedy docenił? Czy to symbioza, czy antagonizm?...
Niech nadejdzie czerń i opadnie miecz. Nie odrodzę się już jak słońce i nie zabłyśnie po mnie światło księżyca. Ale nigdy, przenigdy nie wybiorę wiecznego życia zastygłych, kamiennych posągów. Wybrałem inną drogę do wieczności."
Ciało i zachowanie człowieka to refleksy jego myśli, odbicia jego uczuć, gra nastrojów odbywająca się w jego duszy. To niepełne odbicie jego wnętrza. Platońska jaskinia, gdzie ideą jest najbardziej skryta, najszczersza i najbardziej zamknięta myśl. Zwierciadło stłuczone w tysiąc kawałków, odbijające światło nierównomiernie. To niewolnik zniewolonego świata, który więzi i otumania wolną część istnienia.
Nie umiem wyjaśnić sobie dlaczego tak dużo refleksów i cieni potrafię odtworzyć w pierwotnej postaci. Niech pozostanie to dla mnie czymś, co mimo empirycznego podejścia do życia pozwoli mi wierzyć, że istnieje coś, co jeśli nawet da się zmierzyć fizycznymi metodami, nie da się sztucznie wytworzyć.
Obserwując cienie i rozbłyski poszukuję ludzi dla siebie. Siedzę nad rzeką i obserwuję przepływające w niej istnienia. Z pozoru jestem tylko zwykłym człowiekiem, zapatrzonym w wodę, przegryzającym kawałek jedzenia. Ale tak naprawdę ludzie płyną w tej rzece, ja jestem czymś więcej. Tylko ja jestem tutaj stały.
Ja i coś, co mnie przeżyje - soczystozielone, bujne trawy. Tak samo zielone liście wiecznych dębów, sosen i krzewów. Przechadzające się i skaczące w trawach sarny, jelenie i zające, szumiące drzewa. Lekki wiatr powiewający delikatnie, pieszczący liście drzew, traw i moją skórę, rozwiewający moje długie włosy. Zasłane niewielkimi chmurami niebo, którego i tak nie widać zza baldachimu rozłożystych gałęzi.
Nie ma tutaj kolorowych kwiatów, tworzących atmosferę radości. Jest tylko monotonna zieleń, wprawiająca w błogi stan marzeń, dystansu, oddalenia, ucieczki od wszystkiego. Stan, w którym nie liczy się już tak naprawdę nic.
Takie będą ostatnie chwile mojego życia.
Chciałbym spędzić je we dwójkę. Z kimś, kto da mi to, czego tylko zapragnę. Z kimś, dla kogo pozostawię wszystko, co miałem wcześniej, by wspólnie dzielić los śmiertelnika. Z kimś, z kim poczuję się naprawdę szczęśliwy. Kto nie powie "kocham cię", a "rozumiem cię". Kto będzie przez to rozumniał również miłość...
"Rozumiem cię i też taka jestem"
Tak, nie ukrywam - chcę, by to była kobieta.
To dla tego piękna umrę.
Wooward
wooward@poczta.onet.pl
|