Kotekkotek 2 "Uczniowie Kontratakują"

Drugi dzień rozpoczął się dla nas koło szóstej rano, czyli kiedy wszystkie łóżka się pod nami połamały, a co za tym idzie obudziliśmy się (prawie). Najpierw rozmawialiśmy trochę o wczorajszym, później siedzieliśmy cicho czując jeszcze lekkie oszołomienie po awanturze, którą zrobiła nam pani Michokalska. Po kilkunastu minutach ktoś odważył się wyjść na zewnątrz. Było bardzo zimno, a nawet zimno:). Szybka kontrola czy ktoś też się już obudził. Nikt. Wszędzie było cicho, nikt nie wychodził, widać nie wystarczy im półtorej godziny snu tak jak nam. Zmarzliśmy na dworze, więc zamknęliśmy drzwi i zamontowaliśmy z powrotem ścianę (do wychodzenia bokiem). I pojawił się pierwszy poranny problem. Otóż keamping był mały (na oko 6m2:). Nas było sześciu. Jak tak w sześciu oddychaliśmy to zrobiło nam się trochę niedobrze, Alek prawie zemdlał:)... Trzeba było umyć zęby. Problem jak cholera, bo trawa była mokra, temperatura koło zera, my w slipkach only (i koszulkach). I co teraz? Nic, idziemy :). Biec się nie dało, bo trawa była śliska jak nie wiem, palców u nóg nie czuliśmy, wojsko bracie rozumisz:).W końcu dotarliśmy do budki z myntną wodą. Wchodziło się do niej po śliskich od rosy schodach, więc jak łatwo się domyśleć, niektórzy z nas już nie mieli co myć:). Woda myntna zamarzła i teraz z kraników wypadało coś w rodzaju zamrożonej kawy.
Trudno, ręce cza myć bez gadania, usta opłukaliśmy colą (trochę pasty zostało w środku, będzie w sam raz na wieczór- wzmocniona naturalnie).
Kiedy wracaliśmy do keampingu nadal wszyscy spali. Próbowaliśmy zjeść jakieś śniadanie, ale nic z tego nie wyszło, bo nie byliśmy głodni. Zastanawialiśmy się, co nam grozi, kiedy nauczyciele (z nowymi siłami do walki) obudzą się. Gdzieś tak o ósmej wstała reszta chłopaków z naszej klasy. Oni otrzymali taki sam o-pe-er jak my. Teraz mogliśmy spodziewać się najgorszego. Żeby chociaż troszeczkę panować nad mającym się rozszaleć żywiołem, postanowiliśmy się częściowo spakować (pani poczuje się jakby naprawdę nas przestraszyła i stwierdzi, że to będzie wystarczająca kara- sprytne nie? Szkoda, że pani nie jest głupia:). Nasze rozmowy (dyskusje, rozważania, podejmowanie ważnych dla losu naszego i świata decyzji) obudziły dziewczyny. Okazało się, że dla nich Michokalskla była całkiem miła, a na pewno nie krzyczała tak jak na nas. Może więc doszła do wniosku, że młodzież w naszym wieku i stanie psychicznym (wiadomo-wywiadówka za parę dni, a ocenki już wystawione) potrzebuje co nieco szaleństwa. A w takim wypadku pani na pewno sama zorganizowałaby nam imprezę wieczorem. To się nazywa optymizm:). Koło dziewiątej wstali już wszyscy (inne klasy też). Zrobiło się trochę hałasu i jak można było przewidzieć, bestia została rozbudzona! Jako pierwszy przybył Zawadzacz. Bez uśmiechu powiedział, że MY mamy się zacząć pakować, bo byliśmy źli (opanował nas Szatan!), a inne klasy były dobre i on je właśnie zabiera na wycieczkę. Hheheehe, kochane dzieci z innych klas po tej swojej cichej imprezie to będą musiały na nowo uczyć chodzenia, bo na razie udało im się zczołgać z łóżek, krzyknąć "ała mój łeb, kto mnie tak walnął??", cośtam zacharczeć pod nosem i zasnąć...
Spakowani byliśmy już wcześniej, teraz pozostało nam już tylko oczekiwanie na ostateczną decyzję pani. Trzeba przyznać, że mieliśmy lekkiego stracha, ale raczej nie spowodowanego tym, że zaraz opuścimy Krainę Marzeń Każdego Ucznia (w promieniu 30km nie było żadnej szkoły:) tylko tym, że na wywiadówce będziemy mieli już całkowicie przewalone! Żegnajcie wakejszyns! Nie było co robić więc poszliśmy do naszej budki zobaczyć czy wszystko spakowane. Wszyściuteńko. Ja nie wiem jak schowaliśmy te łóżka i szafkę do plecaków (toreb, walizek, kto co miał). Teraz keamping wydawał się ogromny, z 10m2:). Klamcio cały czas nawijał. Mówił, że pani nie ma prawa nas stąd wywieść, przecież zapłaciliśmy kosmiczną sumę za nocleg (20 złociszy:) itd. Ciekawe czy to samo powie rodzicom, kiedy spytają się go, jakim cudem wyprowadziliśmy Michokalsklą z równowagi. Właściwie to każdy się buntował, ale w końcu doszliśmy do wniosku, że ten cały cyrk to tylko dlatego, żeby nas przestraszyć. Magda Zioło starała się skompletować team, który uda się z przeprosinami. Przed 10 pojawiła się Tomahawk (Tomczaczek znaczy się:) w błękitnym, szeleszczącym dresie. Powiedziała, że wszyscy chętni mają się przygotować do spaceru, a 2A była bardzo niegrzeczna. Zastanawialiśmy się czy iść, aż tu nagle, z krzaków wyłoniła się zaspana Michokalska. Alek twierdził, że się nie boi, zaraz zadzwoni po tatę, a poza tym to był przecież grzeczny:). Cały on. Siemek zemdlał. Otrzymaliśmy rozkaz (propozycję nie do odrzucenia) natychmiastowego zebrania się pod budką dziewczyn. "Byliście bardzo niegrzeczni (...balaablablabla) Nigdy więcej nie pojedziemy na wycieczkę (...uuuu to bolało) Zawiodłam się na was (...blelblebleble), a zaraz po powrocie robię specjalne zebranie z rodzicami (kurwa!@:))))) tylko nie tooooo błagaaaaaaaaaamy!! To było jak porażenie prądem:)". No to mamy problem... Ale na szczęście z tym wyjazdem to był kit. Teraz pozostało wbić sobie na te półtora dnia, że żadnej wywiadówki nie będzie i bawić się dalej. Do nie wiem której kombinowaliśmy radio niezbędne do wysłuchania meczu:) Polska vs. Korea. Fajnie grały te nasze chłopaki zanim nie padła pierwsza bramka dla Korei. Pod koniec drugiej połowy Michokalskla spytała kto chce iść na konie. Ja oczywiście i Alek (musiałem go namawiać, bo nie wiedział jaka to frajda...), bo oprócz mnie tylko on mniej więcej wiedział jak wygląda koń tzn. widział kiedyś w ZOO zebrę, więc wystarczyło mu wyjaśnić, że koń nie ma pasków i już był gotowy do jazdy:)
Szliśmy bardzo długo. Po drodze minęliśmy ten luksusowy hotel, do którego mieliśmy chodzić na basen. Dziękuję za taki basen, u nas jest lepiej, a przecież jak chcemy się taplać w wodzie, to zawsze możemy pożyczyć wielki gar ze stołówki i napuścić do niego mytnej wody. Kawałek za hotelem trzeba było przeciąć siatkę w płocie żebyśmy mogli pójść dalej. Pani, jako opiekunka pokryła koszty naprawy, a my koszty psychiatry, dla właściciela płotu:). Dalej droga ciągnęła się przez las. Było ciężko, głównie ze względu na porozstawiane miny, ale wystarczyło głośno przeklnąć na którąś z nauczycielek i już mieliśmy do dyspozycji uniwersalny rozbrajacz głosowy, który, o czym nie wspomniałem, był również używany zeszłej nocy przeciwko niewinnym uczniom. Później dotarliśmy do jakiegoś jeziora i już było widać stadninę. Alek zemdlał z wrażenia, kiedy po raz pierwszy w życiu zobaczył konia. Chwilę zajęło nam szukanie szeryfa. Spytaliśmy go ile bierze za jazdę. Spojrzał na nas lekko przerażony i powiedział, że jak dla grupy to 50zł od osoby, ale my na pewno nie umiemy jeździć tak doskonale i cudownie jak on, a poza tym to tu się jeździ w teren. Na to ja powiedziałem mu, że w terenie byłem już setki razy i reszcie (nie wszystkim, jakaś dziewczyna z innej klasy też już umiała jeździć) można by w 15 minut wyjaśnić co i jak, pozwolić im się oswoić z koniem i na stępa możemy pojechać... Na to on powiedział, że jestem głupi, konie na pewno nas poniosą i wszyscy umrzemy. I zemdlał. To się nazywa drogie dzieci, lamerstwo (on sobie nie dał powiedzieć, że ktoś poza nim potrafi jeździć konno…). Nie pozostawało nam nic, tylko wrócić do obozowiska. Przy wyjściu ze stadniny śmialiśmy się z kaczek, pani próbowała trafić w jedną butelką po... napoju (oczywiście wypiliśmy wcześniej te ostatnie kilka kropel), a kiedy okazało się to mało skuteczne wyciągnęła z plecaka obrzyn i rozpieprzała kaczki aż skończyła się amunicja (wskoczyła wtedy do wody i załatwiała niedobitki kolbą). Cali byliśmy w piórach i krwi. Buahahahaha:). Patrzcie cóż to narkotyki i alkohol robią z porządnym człowiekiem... takie czasy panie, takie czasy:). Po drodze wskoczyliśmy do knajpy (Michoklalska wskoczyła, a my za nią) na "jednego", a później jeszcze na "setkę":). Z rozmowy z panią dowiedzieliśmy się, że na wczorajszej dyskotece było całkiem całkiem, więc postanowiliśmy, że dzisiaj i my się wybierzemy na tańce:).

Po powrocie ze spaceru (spaceru wyczynowego) mieliśmy chwilę czasu wolnego. Oczywiście najpierw musieliśmy odnieść panią do jej budki (w porównaniu z naszą to była willa!), a później dowiedzieliśmy się o wyniku meczu... Trudno się mówi:) Na polu pomiędzy keampingami parę osób grało w kilka rodzajów sportów z piłką jednocześnie. Dołączyliśmy do nich (ja i Misio), a za nami jeszcze kilka osób. Jazda była na maksa! Po jakiś piętnastu minutach gry składy ukształtowały się tak, że graliśmy mecz mans (real) vs.woman (hmmm:). Bardzo dużo fauli, szczególnie ze strony Kingi i Bozi (ale one mają wystrzał). Bieganie utrudniały korzenie chamsko z ziemi, o które co chwilę ktoś się potykał. Musieliśmy przerwać kiedy Bozia oberwała piłką między oczy (centralnie między oczy), po czym zaczęła udawać psa (biegała z patykiem w zębach i szczekała:). Powtórne uderzenie piłką pomogło. Zrobiło się ciemno i teraz grę utrudniały również drzewa:). Około 21 Michokalska wzięła nas na dyskotekę. Salę udawała stołówka. Ci sami goście (a raczej gościówy), którzy wczoraj prosili nas o głośniki przynieśli teraz swoją wieżę (niezły pomysł, żeby zabrać wieżę na taką wycieczkę). Nasza ekipa oczywiście siedziała z boku (czekaliśmy aż jakieś laski nas zaproszą do tańca:), a impreza się rozkręcała. Co do muzyki to mam tylko jedno zastrzeżenie- była nie-metalowa. W końcu jednak postanowiliśmy ruszyć tyłki i poszliśmy stać na środku. Pani Michokalskla przyszła do nas i próbowała udając heavy metalowca (stanęła w rozkroku i trzepała piórami) namówić nas do jakiegokolwiek ruchu. Stalibyśmy dalej, ale złamał nas taniec Mrs.Tomczaczek (w dresie oczywiście), który przypominał nieco skakanie na skakance. Oczywiście natychmiast zaczęliśmy tańczyć tak samo. Potem jeszcze zwiedziliśmy kuchnię i wyszliśmy na dwór. Zastaliśmy tam całą naszą klasę. O północy mieliśmy zacząć imprezkę z okazji urodzin Krzyśka. Mieliśmy na wszystko zgodę pani, więc zapowiadała się jazda na maksa (pani nie do końca wiedziała co planujemy, ale zezwoliła nam na zakup jednego Redsa dla solenizanta). Wszystko zaplanowaliśmy idealnie. Ktoś miał wywabić Krzyśka z keampingu, po czym Alek odpalał świszczącą petardę, a my zaczynaliśmy śpiewać sto lat. Do północy było jednak jeszcze trochę czasu, więc Michokalskla wysłała nas do pomocy przy znoszenie sprzętu po dysce (dyskami była wyłożona podłoga na stołówce:). Musieliśmy zanieść wieżę do keampingu naszych sąsiadek, dzięki czemu zawarliśmy kilka nowych znajomości.

Dokładnie o północy wszyscy znajdowali się na umówionych pozycjach (Machołoń pod drzwiami keampingu Krzyśka, pani przed keampingiem, my za nią, a nieco na uboczu Kudełakak przygotowany do odpalenia rakiety). 10... 9.... 8... Piotrek wołaj go! 7... Krzysieeeek! Cho no na chwilę, babka cię woła 5.... 4....pssss NIEEE jeszcze nie odpalaj!! Shit! 2... 1... JEEEEEEEEEEEEEEEEEEB! Stooooooo lat, Stoooooooo lat (...). Niemal natychmiast na miejsce przybyli nieuświadomieni nauczyciele (a może zwabiły ich te płonące po wybuchu petardy korony drzew? Eeee nie sądzę, każdy by się chyba domyślił, że potrzeba nam trochę światła:). Tomczaczek miała 10 tonową gaśnicę podróżną, Zawadzacz krzyżyk z różańcem, a Mrs. Rycerz potężny Voice Cannon. Tratatatata, co tu się dzieje, Kaśka (P.Michokalskla) ta twoja klasa to jakieś demony i co tu tu z nimi robisz, a dlaczeeego Bandżardżek (Krzysiek) pije alkohol?????? (Redsa znaczy się). No ładnie, ładnie, to się Bozia pogniewa- powiedział Zawadzacz, ale Bożena wcale nie była zła, bo śmiała się razem z nami. O-P-eR był jednak bardzo krótki, ponieważ tym razem Michokalskla nas broniła. Mogliśmy robić co chcemy (no,no,no:) do 2:41. Były niezłe jaja bo na początku wiedzieliśmy o tym tylko my, inne klasy już dawno siedziały w swoich keampingach. Dość szybko jednak przekazaliśmy radosne nowiny koleżankom z sąsiedztwa. Ale się cieszyły! Wieść się rozeszła i już po chwili wszyscy uczestnicy wycieczki (bez nauczycieli oczywiście) biegali po lesie wykrzykując jednocześnie dość niecenzuralne słowa (albo po prostu wydzierając się bez sensu:). Było super.

I tak poza tym to nic się drugiego dnia nie działo w Kokotku. Poszliśmy spać (ale tak na niby, trochę było jeszcze wyłażenia) zgodnie z umową bo taka zabawa bez przeciwnika była nudnawa...

Sqall

www.sqall.prv.pl

PS. Napisz jeśi masz jakieś uwagi dotyczące tego tekstu

PS2. Wszystkie użyte tu nazwiska zostały umyślnie poprzekręcane :)