Dlaczego nikt nie lubi feministek?
BrightWitch
Dlaczego nikt nie lubi feministek? - zadaję sobie to pytanie od bardzo dawna i nijak nie mogę znaleźć jakiejś konkretnej odpowiedzi.
Oczywiście mam świadomość, że nie lubi się nas dzięki stereotypom i temu cholernemu paleniu staników, którego de facto nie było. Tak, tak... PALENIA STANIKÓW NIE BYŁO. Feministki protestujące przeciwko wyborom Miss Ameryki w 1969 roku przez wzgląd na przepisy przeciwpożarowe w Atlantic City nie zapaliły nawet zapałki. Staniki po prostu wrzucono do kosza na śmieci. Lindsey Van Gelder, jedna z dziennikarek napisała w artykule prasowym, że staniki spalono, ponieważ uważała, że to zwróci uwagę ludzi. Zwróciło, a jakże. I biedne feministki pokutują do dzisiaj...
Nie lubi się feministek, bo przyznają otwarcie, że własna rączka daje większą rozkosz niż mężczyzna (i nie jest to wynik ich nienawiści do facetów, a "fakt autentyczny" *). Nie lubi się, bo feministki bez skrępowania mówią co je podnieca i czego chcą. Dlatego też kojarzy się je jako dwułechtaczkowe stwory. Pogląd ten kłóci się z innym, równie popularnym, wedle którego feministki są aseksualne, ale ta niezgodność nikomu specjalnie nie przeszkadza...
Nie lubi się feministek, bo wszelkie poglądy o nich ma się wyrobione na podstawie stereotypów: feministka o ta, która nienawidzi mężczyzn i pięknych kobiet, jest brzydka, gruba, nie goli nóg, jest lesbijką, no i nigdy nie miała orgazmu.
Od feministki - medialnej, balangowej czy podwórkowej - nikt nie chce informacji o ruchu kobiecym, sytuacji kobiet na rynku pracy czy skutkach ustawy antyaborcyjnej. Feministka powinna mieć nóż w zębach, opowiadać o upadku rodziny, stu orgazmach i co najmniej dwu łechtaczkach oraz o feministycznych planach kastrowania mężczyzn. Feministka ma być okropna i każdym słowem potwierdzać to, co wszyscy i tak już wiedzą. Czyli, że nikt feministek nie lubi. **
Nie lubi się feministek, bo używają brzydkich słów. Dyskryminacja, seksizm - te słowa budzą w nas niechęć. Mamy ich dosyć, wszak dyskryminacji nie ma - jest naturalna różnica płci, a seksizm... co to w ogóle jest za słowo?! Płeć jako temat poważnych dyskusji?! Bzdura! Przecież lubimy się różnić. Bawi nas ta różnica i cieszy; codziennie i conocnie. Tu gładko, tam szorstko. Tu sterczy, tam wklęsło. Przyjemnie. Mmmmmm, jak przyjemnie. Co ma do tego polityka?
Nie lubi się feministek, bo... powodów znajdzie się całe mnóstwo. Bardziej i mniej głupich.
Przede wszystkim nie lubi się feministek dlatego, że walczą o słuszną sprawę.
To nielubienie feminizmu jest silnie zakorzenione w ludziach, a stereotyp feministki tak sugestywny, że ulegają mu wszyscy. Powiedzieć: "Jestem feministką" to narazić się na kpinę i podporządkowanie temu stereotypowi. Stąd też biorą się kobiety mówiące: "NIE jestem feministką, ale...", po czym następuje litania poglądów feministycznych. I tylko to słowo "NIE" wypowiedziane na początku chroni kobietę przed złowieszczym fantomem feministki, przed złością ludzi. Przed nienawiścią.
Feministki ocenia się przez ideologiczne okulary. Wszystko, co robi czy mówi feministka jest komentowane przez pryzmat jej poglądów. "Miłość to kłamstwo" -
mówi feministka, a ty komentujesz, że to u feministek typowe. "Kocham go" - słyszysz od feministki
i stwierdzasz, że miłość jest cechą kobiet i feministka nawet mimo swoich poglądów kobietą została. (A przeież wszyscy wiemy, że te reakcje chemiczne nie zachodzą tylko u kobiet. U mężczyzn też i to wcale nie rzadziej...) To tylko jeden przykład, a przecież ocenia się w ten sposób wszystko.
Otwarcie mówię: TAK, JESTEM FEMINISTKĄ. Jeśli coś jest moim naturalnym powołaniem to nie rodzenie dzieci, a właśnie bycie feministką. Bo - jak głosi jedno z feministycznych haseł - dopóki choć jedna z nas jest dyskryminowana wszystkie powinnyśmy być feministkami.
* ukochany tekst mojego biologa
** oba cytaty pochodzą z książki "Świat bez kobiet" Agnieszki Graff