POLSKA PO WIŚLE - CZYLI PRECZ Z MELANCHOLIĄ!

Obiektywnie przyznać muszę, że czym, jak czym, ale sportem to ja się specjalnie nie interesuję. Skoki narciarskie nudzą mnie niemożebnie, nawet mimo błogosławionej dla polskiej dumy narodowej obecności Małysza Adama. Adam - z tym, że Wójcik - nie potrafi mnie też skłonić do pasjonowania się koszykówką. Męczy mnie pływanie, siatkówka wydaje mi się dość schematyczna, boks zaś zbyt brutalny. Sportów motorowych wcale do sportów nie zaliczam, nie rozumiem też, co wśród dyscyplin olimpijskich robi takie cudo jak curling. Ale nie tylko piękna curlingu nie dostrzegam - w ogóle jestem dość infantylny, jeśli chodzi o powab większości dyscyplin sportu. Wiem jedno: naprawdę lubię snowboard (aktywnie) i piłkę nożną (na co dzień biernie). O ile w tym pierwszym, jeśli chodzi o Polskę to nic, jak świat światem, się nie dzieje, to w polskiej piłce ostatnio zagotowało się, zawrzało, zakotłowało jak w naszym wielkim, berlińskim, turystycznym żurku.

Wobec ostatnich wyczynów Wisły Kraków nie można wszak przejść obojętnie. Obojętnie nie przeszło też koło nich nasze wspaniałe społeczeństwo. Naród nasz bowiem nagle się piłką zainteresował, nagle stał się cały piłkarskim ekspertem. Do tego zaangażował się nasz naród emocjonalnie, znalazł sobie kolejnego, wspomnianego już dzisiaj Małysza Adama. Zaczął na ołtarze piłkarzy Wisły wynosić, pod niebiosa ich wychwalać, nieomal by im pomniki stawiał. Naród nasz zaczął Wisłę miłować i pokładać w niej nadzieję.

Ale los ma to do siebie, że nie jest łaskawy i miłościwy. Fortuna kołem się toczy, szczyptę zachwytu sypnie, łykiem cierpienia będzie poić.
Wisła z Lazio przegrała.
Przegrała mimo tygodni drobiazgowych przygotowań. Mimo wielu godzin analizowanych taśm wideo, mimo dokładnych założeń taktycznych. Przegrała, choć walczyła dzielnie, choć starała się, jak mogła najlepiej.
Przegrała, bo taka jest piłka nożna.
I znów okazało się, że łaska kibica na pstrym koniu jeździ. Skończyła się nieustająca adoracja krakowskiej ekipy, posypały się gromy, oskarżenia i wyzwiska. Dostał po buzi złym słowem Hughes, musiał wziąść po karku Żurawski, policzka nadstawiał Kasperczak. Zaczęło się mówić o błędach i rozpoczęto poszukiwania winnego takiego sromu i klęski.

Bo, jak zwykle przy takich okazjach, nikt nie słucha starego powiedzenia, że "wygrywa - i przegrywa - tylko zespół."
Ale - nim zawiesimy na Wiśle wszelkie okoliczne persy i dachowce - zastanówmy się może, czy Wisła na takie traktowanie zasługuje. No bo przecież, jakby nie spojrzeć, był to najlepszy występ polskiej drużyny w europejskich pucharach od czasu pamiętnej batalii Legii Warszawa w - prawdziwej jeszcze - Lidze Mistrzów z roku 1994. A skoro jest tak dobrze - to nie może być źle, sprawa elementarnej logiki. Wniosek prosty więc - prawdziwy kibic się z występu naszego zespołu cieszy, choć pewnie widzi i błędy. Ale rozumie, że gra się tak, jak przeciwnik pozwala - więc nie zajmuje się malkontenctwem i czarną propagandą, a stara się być obiektywny i rzeczowy. Prawdziwy kibic nie marudzi, a - nie lękając się - krzyczy pełną piersią: "W przyszłym roku będzie lepiej!"

Ja nie jestem jeszcze prawdziwym kibicem, ale bardzo się staram.
Czego i Państwu życzę...

UnionJack