PIŁKA NOŻNA DOBRA NA WSZYSTKO 
Jakoś tak utarło się mawiać, że piłka nożna jest
polskim sportem narodowym. Mimo iż nie jesteśmy w tej dyscyplinie jakimiś
wybitnymi graczami, piłka nożna to coś co od pokoleń znamy i kochamy. Nawet
skoki narciarskie, pomimo sukcesów Adama Małysza, nie zdołały futbolowi
wydrzeć palmy pierwszeństwa w sercach Polaków.
Ale dziś stwierdzam, że ja piłki nożnej nie lubię.
Czy zatem nie jestem prawdziwym Polakiem? Oczywiście, że nie, bo nie widzę
powodu, by brak bieżącego, graniczącego z fanatyzmem godnym najbardziej
zdesperowanych terrorystów islamskich, zainteresowania tym sportem miał odbić
się na moim poczuwaniu się do takiej a nie innej przynależności państwowej.
Miło wspominam czas, kiedy i dla mnie "noga" była
wielką radością, każdy mecz w telewizji wielkim świętem, a każde zwycięstwo
mojej ukochanej drużyny - również moim zwycięstwem (w pewnym sensie). Piłką
nożną zacząłem interesować się dość dawno temu, lecz pamiętam jak dziś,
kiedy Juventus rozwalił w rzutach karnych faworyzowany Ajax Amsterdam. Połknąłem
bakcyla. W Polsce brylował wówczas Widzew - przez wielu nienawidzony, ale ja,
początkujący fan sportu widziałem w tej młodej zdolnej drużynie naprawdę
godnych podziwu sportowców. Chyba każda osoba interesująca się w tamtym
okresie piłką, pamięta pasjonujący mecz Legia - Widzew 2:3, dający łodzianom
drugi z rzędu tytuł mistrzowski.
Przez te kilka lat, od finału Ligi Mistrzów w 1996 roku,
do mistrzostw świata w 2002 roku śledziłem wszelkie wydarzenia piłkarskie w
Europie, ze szczególnym uwzględnieniem rodzimej ekstraklasy, Serie A,
Bundesligi (Polacy!), Premiership i Primiera Division. Przez ten czas
pokochałem wiele klubów, poznałem wiele składów. Nie w smak było mi "kibolowanie"
jednej drużynie. Przeżyłem wielkie emocje gapiąc się w telewizor i z obłędem
w oczach przeżywając mistrzostwa świata we Francji. Tak samo Euro 2000,
Mundial w Azji, olimpiada w Sydney, każdy sezon, każdy reprezentacyjny
mecz.... Ech, aż się łezka w oku kręci.
Mając niecałe 12 lat, zachorowałem. Nie wiadomo
dlaczego zacząłem widzieć podwójnie. Podwójnie! Z podejrzeniem guza mózgu,
trafiłem do szpitala 108 km od domu. Na szczęście ostateczna diagnoza była
bardziej łaskawa - "tylko" zapalenie mózgu. Dla kogoś kto do tej
pory chorował najwyżej na 5-dniową grypę, takie przesilenie jest naprawdę
ciężkie do zniesienia. Zwłaszcza na początku. W tym momencie, na żelaznym
szpitalnym łóżku, w moim "zapalonym" mózgu :) skonfrontowały się
dwie wspaniałe pasje. Jedna nowa, do tej pory raczej niezbyt mi bliska, druga -
będąca dla mnie jak tlen, zapadła już w duszy na dobre. Książka i piłka
nożna. Obie są wspaniałe, rozwijają i uczą. Obie pomogły mi wytrwać.
Tak się złożyło, że na mój pobyt w szpitalu przypadł
mecz Polaków ze Szwedami, na którym ważyły się losy uczestnictwa ekipy Wójcika
na Mistrzostwach Europy. Nie należę do osób, które przesadnie wierzą w
spiski, czy inne podejrzane machlojki (choć jako sympatyk piłki powinienem
przywyknąć ;P), ale tego jednego meczu chciałem, by tak się stało. W końcu
Szwedom było wszystko jedno - nam wystarczał jeden punkt. Tak więc remis byłby
jak najbardziej kompromisowym rozwiązaniem. Idealna sprawa do załatwienia przy
zielonym, stoliku przez panów w ciemnych garniturach. Spokojnie, przez lata
parania się sportem, nauczyłem się jednej zasady - fair play. A więc gramy.
Liczyłem na to, iż nasi dadzą z siebie wszystko, że po meczu będą pluć
krwią z wyczerpania, spodziewałem się ujrzeć w ich oczach kipiącą złość
pomieszaną z koncentracją. A tu lipa. Snuli się po boisku, za cholerę nie
mogłem dopatrzyć się w nich choćby krztyny fantazji, polotu, czy przemyślanej
inteligentnej taktyki. Ci co widzieli ten mecz, wiedzą o czym mówię. Siedziałem
jeszcze chwilę w przystrojonej na biało - czerwono sali telewizyjnej i płakałem.
Rzadko mi się to zdarza, ale wtedy nie mogłem się opanować. Łzy same popłynęły.
Zdradzili mnie. Wójcik poleciał ze stanowiska , co BARDZO MNIE UCIESZYŁO.
Reprezentacją zajął się pewien nowy pan. Jerzy Engel. Wszyscy wiedzą, jak pod jego dowództwem grała reprezentacja. Grała pięknie.
Ale i tak znaleziono pretekst, by się go pozbyć. Nieudane mistrzostwa świata.
Na miejscu panów prezesów i dyrektorów byłbym bardziej wstrzemięźliwy w
podejmowaniu decyzji. Optowałem za tym, by Engel został. Wysłałem list do
redakcji "Piłki nożnej", nawet do PZPN. Kiedy odszedł Engel, wokół
reprezentacji powstał straszny szum i bałagan. Postanowiłem odejść razem z
nim.
I tak moja marna kariera piłkarskiego kibica dobiegła końca.
Nie wiem, co dalej działo się w sportowym światku. Nie widziałem żadnego
meczu, nie wiem nawet kto został w tym roku mistrzem Polski, nie wiem kto został
laureatem Ligi Mistrzów. Z perspektywy czasu czuję się niedobrze, wręcz
podle. Zostawiłem polską piłkę w bardzo trudnym dla niej momencie. Nie wiem
jak jej dziś idzie, ale czuję, że znowu chcę "tam" być. Być może
weźmiecie mnie za idiotę, który myśli, że siedząc przed telewizorem z
browarem w łapie, krzycząc na oddalonych o setki, tysiące kilometrów
zawodników zmienia na lepsze polską piłkę. Ja tylko myślę, jestem
przekonany, że piłka nożna to nie tylko sport, że to coś więcej, dzięki
czemu można stać się naprawdę lepszym człowiekiem z ciekawą pasją. Trzeba
tylko umieć podchodzić do pewnych spraw z odpowiedniej
strony.
Lato zbliża się coraz bardziej. Tysiące młodych Polaków
wylegną na podwórka, niosąc kawałek łaciatej gumy pod pachą. I tak jest od
pokoleń. Tak, teraz jestem pewien, że piłka nożna to nasz narodowy sport.
Dziś obejrzę wszystkie możliwe serwisy sportowe. Jutro
idę kupić tygodnik "Piłka nożna". Dawno mnie tam nie było.
Clayman