PIŁKARZ ZA KRATAMI KELNER, PODGŁOś! CWANI DZIAŁACZE (ODCINEK 4) 
Miałem szczęście, że ten mecz z Sampdorią przyszedł tak szybko. Dzięki temu moja pozycja z dnia na dzień umacniała się stopniowo. Co tu dużo mówić, byłem ważnym ogniwem drużyny. Sprzęt jeszcze przez jakiś czas za starszych kolegów nosiłem, ale... już niezbyt długo. Pamiętam, że nawet w Genui targałem torby. Skoro taki Leszek Pisz ich nie wziął, to było dla mnie jasne, że po nie nie wróci w najbliższym czasie. Ale po jakimś czasie jak widziałem stojącą torbę, to mówiłem: - O, torba stoi! Inni młodzi musieli się zreflektować, że przecież noszenie sprzętu mogłoby śle wpłynąć na moją formę. A gdyby ktoś się notorycznie nie domyślał, to by pewnie nie grał.
Zresztą, niektórzy młodsi zawodnicy byli w kilku kwestiach lepsi ode mnie. Pamiętam, jak przyszedł jeden z nich na trening. Napruty! Wchodzi do szatni i jeszcze jakoś się trzyma, choć widać, że w nogach ma z osiem meczów, oczy równie zmęczone. Idziemy na trening. Nie wiem, czy to słoneczko tak go trzepnęło, ale gościu kamuflował się coraz słabiej. Myślał, że trenerzy nic nie zauważą. Początkowo szło nieźle. Ustawiliśmy "dziadka" i kopiemy w kółko. On nie może wyjść ze środka przez kilka minut. - Pięćdziesiąt sześć, pięćdziesiąt siedem... - słychać odliczanie przy każdym kopnięciu piłki. W końcu poszła szybka wymiana. Tak się chłopak zakręcił, że... z rozpędu przywalił głową w kraty. Nie to było jednak najgorsze. On w tych kratach utknął! - Kurwa, nie mogę wyciągnąć głowy! - bełkotał. Trener patrzy, a nawalony piłkarz w połowie jest na boisku, a w połowie na trybunach! - Nie rób jaj, wychodź - mówimy. - Jak wychodź, jak kurwa łeb mam między kratami?! - pytał. W końcu wydostał się z pułapki, choć równie dobrze mógł pójść w drugą stronę - od razu na trybuny. Tego dnia dostał wolne.
Nieuchronnie zbliżał się termin półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów. Oprócz nas do tego etapu awansowała Barcelona, Juventus i Manchester United. Miała być jeszcze Sampdoria i wszystko git. Tymczasem taki obciach - w półfinale jakaś tam Legia, z jakiejś tam Polski, z jakimś tam Kowalczykiem w ataku. Najpierw było losowanie. Strasznie chciałem trafić na Barcelonę. Pod względem sportowym losowanie nie miało żadnego znaczenia, ale ta Barcelona we mnie tkwiła. Czułem, że nadszedł czas, aby... zagrać na Camp Nou. Siedziałem ze swoją paczką przy placu Konstytucji, w Horteksie na lodach. Nagle wiadomości sportowe w radio. Kelner na nasze życzenie podgłosił. - Teraz podajemy wiadomość dnia. Legia Warszawa w półfinale Pucharu Zdobywców Pucharów zmierzy się ze słynnym angielskim Manchesterem United. Pierwszy mecz odbędzie się przy Łazienkowskiej - dopłynęło do nas z głośników.
- Dobra, wszystko jedno. Old Trafford też jest ładne - powiedziałem. Skoro byłem taki bezczelny, że dokopałem Sampdorii, to teraz nie mogłem bać się losowania. Jeszcze przed meczem mieliśmy z działaczami Legii identyczną rozmowę jak przed rywalizacją z Włochami.
- Ile chcecie? - zapytali. Myśleliśmy, że znowu potraktują nas jak frajerów i zgodzą się na każdą sumę.
- Po dwadzieścia tysięcy dolarów na głowę - palnął na pewniaka Budka.
- Nic z tego!!! - usłyszęliśmy w odpowiedzi. Widać było, że premie za Sampdorię troszkę uszczupliły budżet.
- Ale przecież to półfinał Pucharu Zdobywców Pucharów! Musimy dostać więcej niż za ćwierćfinał - kontynuował Budka.
- No to ile chcecie? - chyba w końcu wychodziło na nasze.
- Piętnaście tysięcy dolarów na głowę - stwierdził nasz kapitan.
- Ech, dobra... - i wszystko jasne!